opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Teksty - sylwetki

Teksty - omówienia

Artaserse. Zapomniane arcydzieło Leonarda Vinciego wraca po 300 latach na scenę

Autorka: Halka GS

Artaserse Libretto Cover 1730 - by Metastasio - en:Image:Artaserse Libretto Cover 1730.jpg, www.haendel.it/librettisti/metastasio_opere.htm. Licensed under Public domain via Wikimedia Commons - commons.wikimedia.org/wiki/File:Artaserse_Libretto_Cover_1730.jpg#mediaviewer/File:Artaserse_Libretto_Cover_1730.jpg
Artaserse Libretto cover
1730 Metastasio
kliknij, aby powiększyć / click to magnify

Wszystko zaczęło się w jakąś lutową sobotę 2013 roku. Było późne popołudnie, w pokoju grał telewizor nastawiony na francuską stację muzyczną „Mezzo” a ja byłam zajęta pracą w kuchni. Ale słuchałam muzyki. To barokowa opera, arie i recitativy  śpiewane z akompaniamentem klawesynu i teorbanu, moje ulubione brzmienie, charakterystyczne dla tego okresu. I w pewnym momencie dotarł do mnie głos Filipa Jarousskyego. Ładne, okrągłe dźwięki, melodia wpadająca w ucho, no, muszę to zobaczyć, więc weszłam  do pokoju i zobaczyłam: Philippe Jaroussky w „odlotowym” kostiumie niczym z „Gwiezdnych wojen”, punkowa peruka, mocny sceniczny makijaż i śpiewa swoim jasnym, wysokim sopranem krótką, ale niespokojną, przejmującą arię. Potem poznałam słowa; „Pozwólcie mi odetchnąć w spokoju, bo w jednej chwili mam być sędzią, przyjacielem, kochankiem, mordercą i królem”. A obok jeszcze lepszy widok. Faceci w kieckach, i to jakich! Dwójka śpiewaków była ubrana w piękne suknie z piór na krynolinach, oszałamiające peruki, makijaż, sztuczne rzęsy i pomalowane paznokcie u rąk. Grali role kobiece, więc kostiumy były odpowiednie do prezentowanych  postaci. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

W wystawianych współcześnie operach z 17 i 18 wieku to często panie śpiewaczki są przebierane za panów kiedy śpiewają męskie role, te pisane dla kastratów (jak nasza wspaniała Ewa Podleś z doklejoną brodą w „Ciro in Babilonia”).

Artaserse CD cover - www.amazon.com/Vinci-Artaserse-Leonardo/dp/B008R9QAY6
Artaserse DVD cover - www.amazon.co.uk/Vinci-Artaserse-NTSC-Philippe-Jaroussky/dp/B00HZ3L25M
"Artaserse" okładki płyt CD i DVD
kliknij aby powiększyć / click to magnify

Trzeba to zobaczyć, więc usiadłam wygodnie i oglądam. Nie znam kompozytora. Nazwisko Leonarda Vinciego przewinęło się w historii muzyki, kojarzone jest z operą włoską. Tytuł opery też nic mi nie mówi. Nie znam treści, tylko widzę na scenie dwie postacie kobiece i trzech panów. Czwórka wykonawców to kontratenorzy i jeden tenor. Poznałam Jarousskego, Maxa Emanuela Cenčića, reszty nie znam. Philippe Jaroussky ma ugruntowaną pozycję, kreuje tutaj tytułową rolę i zapowiada się na gwiazdę przedstawienia. Ale to tylko do czasu. Kiedy na scenie pojawia się piąty kontratenor (rola Arbace) i zaczyna śpiewać sławną dzisiaj arię „Vo solcando un mar crudele”, nie mam wątpliwości kto będzie prawdziwym królem tego przedstawienia. Niewielkiej postury, drobny, z bardzo sugestywną mimiką twarzy (i te wielkie czarne oczy!), chłopak robi niesamowite wrażenie. Kiedy w brawurowy sposób wykonuje bardzo trudną arie najeżoną wokalnymi ozdobnikami i dodaje własną improwizację w kadencjach, publiczność szaleje. Orkiestra jeszcze gra ostatnie takty muzyki a na sali rozlegają się oklaski i entuzjastyczne okrzyki „brawo!”. A ja nie wiem kto to jest !

Potem był akt drugi i trzeci. Słuchałam z napięciem i wielką uwagą. Muzyka zdawała się być coraz piękniejsza. To niezmierzone bogactwo pomysłów melodycznych, wsparte żywiołowym, dynamicznym brzmieniem orkiestry. Każda aria wyróżniała się odmienną melodyką i rytmem. Piękne, śpiewne, niektóre w rytmach tanecznych – były pełne uroku i wdzięku. I znakomicie śpiewane. W trzecim akcie kompozytor umieścił jedyny duet tej opery. Duet jest śpiewany przez parę scenicznych kochanków – Mandane i Arbace – czyli Maxa Emanuela i „te Czarne Oczy”. A ja ciągle nie wiem, kto to jest! Na końcu opery jest jedyna scena zespołowa w której biorą udział wszyscy wykonawcy. Taki chór pochwalny, z końcowym morałem chwalącym sprawiedliwość i łaskawość panującego. Całe szczęście, że kanał telewizyjny „Mezzo” ma zwyczaj powtarzania swoich audycji. Kiedy po kilku dniach ponownie oglądałam tą operę, wiedziałam już co oglądam i czego słucham.

Leonardo Vinci, włoski kompozytor z przełomu 17 i 18 wieku należał do najwybitniejszych twórców włoskiej opery z tamtego okresu. Pochodził gdzieś z Kalabrii, kształcił się w Neapolu, gdzie później działał jako kompozytor. Był niezwykle utalentowany. Zdążył skomponować kilkadziesiąt utworów scenicznych. Niestety, żył krótko, zmarł w wieku około 34 lat, prawdopodobnie otruty przez rywala w sprawach sercowych. „Artaserse” to jego ostatnia opera, napisana i wystawiona na kilka miesięcy przed śmiercią. Autorem libretta był przyjaciel Vinciego Pietro Metastasio, a samo libretto zostało potem wykorzystane przynajmniej kilkadziesiąt razy przez różnych kompozytorów. To historia przyjaźni dwóch młodych ludzi, którzy są wzajemnie zakochani w swoich siostrach. Postawieni przez ojca jednego z nich w dramatycznej sytuacji muszą dokonać wyboru – życie albo śmierć – dla siebie lub kogoś bliskiego. Artabano, ojciec Arbace, zabija króla Kserksesa ojca Artaksersesa. Oskarżenie - niesłuszne - padło na przyjaciela Artakserksesa, Arbace. Skazany na śmierć, uchodzi z życiem dzięki pomocy przyjaciela, którego on sam potem ratuje przed utratą władzy i królestwa. Ostatecznie, wszystko kończy się dobrze, sprawiedliwość triumfuje, winni zostają ukarani, a zakochani mogą być razem.

Premiera opery Vinciego odbyła się w Rzymie 4 lutego 1730 roku. Ponieważ obowiązywał papieski zakaz występowania kobiet na scenie, damskie role (Mandane i Semira) były śpiewane przez kastratów. Gwiazdami tamtej premiery byli: znakomity kastrat, sławny Giovanni Carestini w roli Arbace, Giacinto „Farfarellino” Fontana jako Mandane i świetny tenor Francesco Tolve jako Artabano. I to słychać, że te partie były pisane dla wybitnych śpiewaków. Niezwykłej urody i wirtuozerii wymagają nieprzeciętnych głosów.

Vinci wkrótce zmarł, ale opera zdobyła wielką popularność i była grana w teatrach całej ówczesnej Europy. Po kilku latach popadła w zapomnienie i dopiero w 2012 roku znalazła się grupa ludzi (przede wszystkim Max Emanuel Cenčić) która postanowiła wskrzesić to arcydzieło. Zdecydowano się wykonać ją tak, jak w 1730 roku, a więc partie kobiece są śpiewane przez kontratenorów zastępujących dawnych kastratów. Ale zanim doszło do realizacji na scenie, dokonano nagrania całej opery na płytach audio. Obsada wykonawcza składająca się ze znakomitych śpiewaków jest międzynarodowa. Philippe Jaroussky – Artaserse, Max Emanuel Cenčić (Chorwat) - Mandane, Franco Fagioli (Argentyńczyk) - Arbace, Valer-Barna Sabadus (Rumun z pochodzenia) - Semira, Yuriy Mynenko (Ukraina) – Megabise i Daniel Behle (niemiecki tenor, którego na scenie zastąpił Hiszpan Juan Sancho) jako Artabano. Orkiestrę Concerto Köln poprowadził szwajcarski dyrygent Diego Fasolis. Album płytowy ukazał się jesienią 2012 roku, a 2 listopada odbyła się sceniczna premiera „Artaserse” w Opera National de Loraine w Nancy. Sukces był tak wielki, że po zakończeniu produkcji (6 przedstawień) w teatrze, zespół wyjechał w 2013 roku na tournée do kilku krajów (Francja, Niemcy, Szwajcaria) z wersją koncertową dzieła. Muzyka Vinciego, piękna i elegancka znów podbiła Europę wzbudzając zachwyt i zainteresowanie kompozytorem. Zaczęły się pojawiać nagrania jego utworów. I co najważniejsze, zapadła decyzja o wznowieniu przedstawienia, tym razem w Operze Królewskiej w Wersalu, wiosną 2014 roku. Zaplanowano 3 przedstawienia: 19, 21 i 23 marca. Jednocześnie połączono to z promocją płyty DVD na której zarejestrowano przedstawienie z 10 listopada 2012 roku w operze w Nancy.

Kiedy się o tym dowiedziałam, w pierwszej chwili nie myślałam o tym, żeby obejrzeć przedstawienie w Paryżu. Miałam nagranie audio  i wideo w nagrywarce UPC (bardzo przydatne urządzenie) do dowolnego odtwarzania. Ale kiedy w listopadzie ubiegłego roku po raz pierwszy znalazłam się w sali opery w Wersalu – słuchałam wówczas „Orfeusza i Eurydyki” Glucka – zapragnęłam posłuchać i zobaczyć tych facetów w piórach i krynolinach na tej scenie, bo to piękny, zabytkowy teatr, właśnie dla takich oper. No i powstał dylemat: jechać czy nie jechać do Francji. Po kilku tygodniach zmagania się z własnymi chęciami i możliwościami podjęłam decyzję. Jadę do Paryża!

Franco Fagioli photo (c) Julian Laidig
Franco Fagioli
photo (c) Julian Laidig
kliknij aby powiększyć / click to magnify

Jadę, to znaczy lecę do Paryża na przedstawienie opery Vinciego „Artaserse”. Mam bilet na pierwszy spektakl 19 marca. Nie lubię tych pierwszych przedstawień i koncertów, bo z reguły są najsłabsze, ale nie mam wyboru. Jestem ograniczona funduszami i rozkładem lotów. Wyjazd jest zorganizowany na trzy dni i zaplanowany co do minuty. Żeby tylko nic się nie „obsunęło”. Ale się „obsunęło”. I tak już było do końca podróży. Zaczęło się od tego, że samolot w środę 19 marca z Modlina do Paryża wystartował z godzinnym opóźnieniem i cały plan podróży zaczął się „sypać”. Groziło mi, że spóźnię się na wymarzone przedstawienie. Żeby zdążyć na czas, trzeba było „włączyć 4 bieg”: biegiem do autobusu z lotniska do Paryża, biegiem do metra, znaleźć hotel. A w hotelu tylko pół godziny czasu żeby się umyć, przebrać, ułożyć włosy i coś zjeść. Potem znów biegiem do kolejki RER do Wersalu. Jak nie zdążę na pociąg 18.25, to jestem spóźniona! A oni tam nie wpuszczają spóźnialskich, dopiero na pierwszej przerwie. Ale zdążyłam, byłam przed czasem, zajęłam swoje miejsce na widowni i już tylko czekałam na niezwykły spektakl.

Scena jest otwarta, jak w przedstawieniu w Nancy. Kręcą się po niej artyści i obsługa techniczna. Reżyser przedstawienia Silvu Purcarete zastosował pomysł teatru w teatrze. Oglądamy śpiewaków przygotowujących się do występu, jeszcze bez kostiumów. Widz ma świadomość, że wszystko jest umowne: dekoracje, kostiumy i postacie dramatu, a reżyser niejednokrotnie robi delikatne „oko” do publiczności w swoich rozwiązaniach inscenizacyjnych i włącza do gry obsługę techniczną sceny. Przykładem może być  urocza scena na samym początku, kiedy Mandane wyciąga rękę po chusteczkę by otrzeć łzy – ktoś z obsługi ją  podaje i potem odbiera.

Sala wypełniła się widzami do ostatniego miejsca. Orkiestra zajęła swoje miejsca i czekamy na dyrygenta. To jest taka magiczna chwila, kiedy gasną światła, ustaje szmer widowni, wchodzi dyrygent, rozlegają się oklaski na powitanie a muzycy szykują się do grania. Chyba wszyscy kochamy ten moment. Zaczyna się bajka.

Max Emanuel Cencic photo (c) Julian Laidig
Max Emanuel Cencic
photo (c) Julian Laidig
kliknij aby powiększyć / click to magnify

Pierwsze dźwięki uwertury były dziwne, zabrzmiały dla mnie trochę niepewnie i chaotycznie, ale maestro Fasolis natychmiast narzucił jednolity rytm, tempo i dalej wszystko poszło gładko. Rozpoczęło się przedstawienie. Ponieważ znałam już dokładnie operę, nie musiałam śledzić uważnie akcji na scenie, tylko mogłam się skupić na słuchaniu muzyki i pięknego śpiewu. A był to dla mnie wieczór muzycznych niespodzianek. Po długiej pierwszej scenie żegnania się kochanków następuje pierwsza aria śpiewana przez Mandane czyli Maxa Emanuela Cenčica. Cenčić śpiewa bardzo dobrze i pewnie. Teraz zaskoczył mnie dosyć miękką i łagodną barwą głosu. W Nancy jego śpiew brzmiał bardziej ostro i przenikliwie, szczególnie w wysokich dźwiękach. Teraz było lepiej, podobało mi się.

Następna aria należała do Arbace czyli Franca Fagioli (to są te Czarne Oczy!). Szybkie tempo, synkopowane rytmy, skoki melodyczne – to trudne, ale przecież było pisane dla najlepszego. Słowa arii wyrażają niepokój, obawę i przerażenie: „Drżę, trzęsę się, czuję jak krew w moich żyłach mrozi me serce”. I w tym momencie ja też lekko zadrżałam. Po raz pierwszy i jedyny usłyszałam jak Fagiolemu coś nie wyszło. Chyba wypadł z rytmu, na moment zamilkł. Trwało to tylko chwilę, po czym „złapał” frazę i płynnie dośpiewał do końca. Ale wysokie dźwięki w tej arii też nie zabrzmiały tak ładnie, jak zazwyczaj. Sądzę , że niewiele osób zauważyło takie drobne potknięcie, ale ja, maniaczka osłuchana z tą operą do granic możliwości, zwróciłam na to uwagę. Miałam wrażenie, że artysta jest albo nierozśpiewany przed spektaklem, albo rozkojarzony, może trochę zdenerwowany (trema?) i z niepokojem czekałam na dalszy ciąg. Na szczęście, to było chwilowe zawahanie, bo kiedy zaczął śpiewać najważniejszą arię „Vo solcando un mar crudele” na zakończenie pierwszego aktu, zaprezentował swój wyjątkowy, piękny mezzosopranowy głos wsparty błyskotliwą techniką w koloraturze i  znakomitą „górą” parodiując jednocześnie zachowanie gwiazdy na scenie. Oklaskom na sali nie było końca, publiczność urządziła taki tumult (w Wersalu jak coś się bardzo podoba to widzowie tupią w drewnianą podłogę i robią niezły hałas), że artysta wychodził i kłaniał się kilkakrotnie, dołączył też do niego dyrygent. Ale bisu nie było! Zapalono światła na widowni i trzeba było wyjść na przerwę.

Juan Sancho photo published by courtesy of Georg Lang from parnassus.at
Juan Sancho
kliknij, aby powiększyć / click to magnify
Daniel Behle (c) Marco Borggreve
Daniel Behle
photo (c) Marco Borggreve
kliknij aby powiększyć / click to magnify

Pozostali artyści też zrobili mi niespodziankę. Juan Sancho, śpiewający rolę Artabana, chociaż nie jest wybitnym tenorem, brzmiał lepiej niż w Nancy. Poza tym jest dobrym aktorem i swoja grą znakomicie przedstawił postać jaką kreował. Artabano to królobójca, który własnego syna wplątuje w morderstwo i nakłania do następnego. Sugestywna gra aktorska i śpiew, szczególnie w recytatywach, stworzyły bardzo przekonującą i charakterystyczną postać na scenie.

Zaskoczeniem też był dla mnie ukraiński kontratenor Yuriy Mynenko. Ma bardzo dobry głos, sopran, którym posługiwał się z dużą swobodą i lekkością i brzmiał teraz jeszcze  lepiej  niż w Nancy. Występował  jeszcze jeden kontratenor z pierwszej obsady – Valer-Barna Sabadus. Jego głos był najbardziej delikatny, ale dobrze pasował do roli Semiry, siostry Arbace, a jego suknia z białych piór robiła niesamowite wrażenie.

Niestety, z obsady wycofał się Philippe Jaroussky i zastąpił go pochodzący z Korei Vince Yi. I to była największa niespodzianka i największy zawód w moim odczuciu. Śpiewak ten dysponuje małym, delikatnym bez mała dziewczęcym, mało nośnym głosem. Szczególnie w średnim i dolnym rejestrze brzmiał bezbarwnie i płasko. Był marny wokalnie i aktorsko i jeszcze do tego potknął się i spadł ze schodów na scenie. Zupełnie się nie nadawał do swojej roli i tylko obniżył artystyczny poziom przedstawienia. Miał tylko dużo odwagi. Żeby przejąć rolę po Jarousskym z takimi warunkami głosowymi trzeba być mocno zdeterminowanym. Wielka szkoda, bo to Jaroussky, chociaż nie był ostatecznie pierwszą gwiazdą przedstawienia, nadawał mu blasku i elegancji.

Całość dzieła poprowadził od początku do ostatniego spektaklu szwajcarski dyrygent Diego Fasolis. To jest znakomity muzyk, z silną osobowością artystyczną i wielkim doświadczeniem. Jest pianistą, klawesynistą, organistą, śpiewakiem i dyrygentem. Wie, co robi i co chce osiągnąć. Myślę, że sukces „Artaserse” to w dużej mierze jego zasługa i orkiestry Concerto Köln, którą poprowadził z niezwykłą werwą i precyzją. Wielkie brawa dla niego.

Yuriy Mynenko photo published by courtesy of Yurij Mynenko
Yuriy Mynenko - photo published
by courtesy of Yurij Mynenko
kliknij aby powiększyć / click to magnify

Piękna muzyka Vinciego oczarowała publiczność, bo po każdej arii rozlegały się oklaski. Ale na koniec po ostatnich gromkich brawach kurtyna opadła i już nie „poszła” w górę. Niezwykłe przedstawienie, pięknie zaśpiewane, tylko czegoś jeszcze brakowało. Może tego luzu, swobody a jednocześnie pewności na scenie, której artyści nabierają w następnych spektaklach. Może też nasz odbiór jest inny, kiedy znamy już operę, jesteśmy osłuchani z muzyką i nie ulegamy ogólnemu nastrojowi, tylko zwracamy uwagę na szczegóły i poddajemy dzieło bardziej chłodnej analizie.

Przedstawienie skończyło się o 23.40; o 23.50 miałam ostatni pociąg RER do Paryża, więc pożegnałam się w myślach z szybkim powrotem do miasta i poszłam na spotkanie z artystami. Jak wcześniej wspominałam, była to zarazem promocja płyty DVD z nagraną operą. Były zatem autografy, rozmowy ze śpiewakami, wspólne zdjęcia i solo. Miłe dopełnienie niezwykłego wieczoru w Operze Królewskiej w Wersalu.

Do Polski wracałam w piątek rano. I znowu się zaczęło. Pobudka o 5.30. o 6.30 miałam kolejkę RER (szybkie metro) do przystanku autobusowego na lotnisko. Z tą kolejką jest tak, że trzeba mieć bilet do wejścia i wyjścia, bo są bramki. Skasowałam bilet, włożyłam do kieszeni i pojechałam, ale jak wysiadłam, podeszłam do wyjścia i okazało się, że nie ma. Zgubiłam. I co robić? Ogrodzenie jest szczelne, nie można się przecisnąć. Chyba będę musiała skakać przez płot jak Wałęsa do stoczni. Ale się zdenerwowałam! Na szczęście za chwilę przyjechał następny pociąg, wysiadła jakaś starsza pani, zobaczyła jak stoję cała w panice z przerażonym wzrokiem i pokazała gdzie jest przejście dla „gapowiczów”. No to znowu biegiem, do autobusu, na lotnisko i do odprawy. A samolot, oczywiście, znów się spóźnił, wystartował z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem i cały plan powrotu „wziął w łeb”. Ostatecznie w domu byłam późnym wieczorem i miałam dosyć wrażeń tego dnia.

Ale kiedy wspominam te dwie doby w Paryżu, oglądam zdjęcia z Wersalu, przedstawienia, i te z artystami, spoglądam na piękną dedykację od Juana Sancho w książce programowej, to chętnie przeżyłabym to szaleństwo jeszcze raz!

 

  • Nie znaleziono komentarzy
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)