opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Bayreuth

„Holender tułacz” i „Lohengrin” na Zielonym Wzgórzu

Autorzy: Beata i Michał

Bardzo długo zbieraliśmy się do napisania relacji z przedstawień operowych obejrzanych w Bayreuth. Stało się tak nie dlatego, że tamtejsze spektakle nam się nie spodobały, czy też nas rozczarowały, o nie, wręcz przeciwnie! Byliśmy jednak po ich obejrzeniu i wysłuchaniu tak rozemocjonowani, że obawialiśmy się, iż nasz opis będzie za mało obiektywny, a „ach-om” i „och-om” nie będzie końca. I kto wtedy nam uwierzy, że było tak dobrze, skoro prawie wszyscy mówią, że Bayreuth schodzi na psy? Teraz, gdy przyszło nam cofnąć czas o ponad 3 tygodnie i przywrócić w pamięci wszystkie ówczesne emocje i wrażenia, jeszcze raz uzmysłowiliśmy sobie jak wielką przygodę było nam dane przeżyć.

Obie inscenizacje, które zobaczyliśmy w Bayreuth czyli i „Holender tułacz” i „Lohengrin” nie były nowymi produkcjami, mogliśmy więc przeczytać przed wyjazdem mnóstwo recenzji, które pozwoliły nam zawczasu przygotować się do tego co mieliśmy wkrótce zobaczyć na legendarnej scenie. Wcale nas to jednak nie przeraziło, mimo że niektóre opisywane tam pomysły reżyserskie wydały nam się wyjątkowo karkołomne. Bardziej natomiast zaniepokoiły nas tegoroczne transmisje z Festiwalu w Bayreuth w Polskim Radiu, ponieważ niektóre głosy, zwłaszcza te kobiece, nie brzmiały dla nas przekonująco. Na szczęście, późniejsza wizyta na Zielonym Wzgórzu dowiodła po raz kolejny, że należy być bardzo ostrożnym w ocenianiu wykonania wokalnego czy muzycznego jedynie w oparciu o obejrzane i wysłuchane transmisje, gdyż zarówno przekaz kinowy, jak i radiowy mogą zniekształcać nieco głosy śpiewaków, zwłaszcza w przypadku głosów o dużej mocy. Tak też było i tym razem, gdyż w „realnej przestrzeni teatru” okazało się, że śpiewających główne partie pań: Ricardy Merbeth w roli Senty w „Holendrze” oraz Edith Haller jako Elzy z Brabancji w „Lohengrinie”, słuchało się z wielką przyjemnością.

Ale, ale … zacznijmy od początku. Pierwszego dnia popędziliśmy na „Holendra tułacza”. To nowoczesna produkcja w reżyserii Jana Philippa Glogera, w której Daland jest szefem (właścicielem) fabryki wentylatorów, przez co znakomita  cześć opowiadanej historii tam się właśnie rozgrywa. Możemy podziwiać urocze, ubrane w identyczne niebieskie uniformy pracownice fabryki, które pakują dziarsko owe wentylatory do paczek. Eryk jest w tej produkcji przysłowiową „złotą rączką”, czyli osobą, która potrafi wszystko naprawić i nie straszne mu wspinanie się po drabinie. Tylko Senta jest w tym towarzystwie jak z innego świata, zatopiona w myślach, odcinająca się od rzeczywistości murem nieobecności, niecierpliwie czekająca na mężczyznę ze swoich wyobrażeń, którego uratuje przed zatraceniem. Jej odmienność, nieprzystawalność do otaczającego ją środowiska jest od początku naszkicowana tak wyraźnie, że zupełnie nas nie dziwi jej bezwarunkowe oddanie Holendrowi, praktycznie od momentu, gdy go zobaczy w realnym świecie. I nie jest dla niej ważne, że wcale go nie zna i że bardziej widzi w nim swoje wyobrażenia, niż realnego mężczyznę. Ona nie ucieka przed swoim przeznaczeniem, ona go wręcz pragnie. Jeśli Holender by się w ogóle nie zjawił, pewnie utożsamiła by go sobie z rzeźbą, której postać z uporem skleja ze swoich snów na jawie. Ta rzeźba jest pokiereszowana i budzi w otoczeniu Senty oraz w nas na widowni raczej uczucia niechęci i odrazy, niż podziwu lub pożądania. Ale nie dla niej. Senta jest wyobrażeniem Holendra zafascynowana. W tej produkcji, Holender to człowiek pochłonięty pogonią za pieniędzmi. Ze świata mamony może go wyrwać jedynie miłość kobiety, ale czy jest on na nią na pewno gotowy, …hmm tego do końca nie wiemy.

Całość opowieści jest w miarę spójna i konsekwentna, z wyjątkiem samego początku opery. Bowiem jeśli przenosimy wszystko do czasów nam współczesnych, to dlaczego w pierwszym obrazie widzimy na scenie łódź z Dalandem, która jest umieszczona w „matrixowej” przestrzeni pełnej neonów i dziwnych, bardzo futurystycznych metalowych konstrukcji (rusztowań). Nie do końca ten początek „kupiliśmy”, bo wszystko wyglądało tak jakby reżyserowi zabrakło jasnego pomysłu na rozegranie tej sceny, ale dalej opowieść toczyła się już w całkiem spójny sposób. Pomimo dość karkołomnej koncepcji wtłoczenia opowieści o Holendrze w tą dziwną fabryczną rzeczywistość musimy przyznać jedno, wszyscy śpiewacy spisali się od strony aktorskiej rewelacyjnie. Co więcej, gdy tylko wyszliśmy po operze i mogliśmy wreszcie wymienić swoje wrażenia (siedzieliśmy osobno a „Holender” wystawiany jest jak zwykle bez przerw), to jak na komendę przyznaliśmy, że było to wokalnie bardzo wyrównane i świetne przedstawienie. Nie było w nim żadnego słabego punktu, zaczynając od ról pierwszoplanowych a kończąc na partiach pomniejszych, co nie zdarza się często. Ricarda Merbeth okazała się wspaniałą Sentą, wiarygodną i pełną wewnętrznego ciepła. Jej mocny głos potrafił przekazać olbrzymi ładunek dramatyzmu i kipiących w niej emocji oraz oczekiwań, był ładny w górach, nie przesterowany, nie krzykliwy. W żadnym momencie nie mieliśmy wrażenia nadmiernego wysilenia. Różnica w porównaniu z transmisją radiową była ogromna. Tam, słuchając w Warszawie mieliśmy obawy, że jej góry nas nie oczarują, tu w Bayreuth cieszyliśmy się, że już we wrześniu znów usłyszymy tą śpiewaczkę w „Holendrze tułaczu”, tym razem w Wiedniu i z Brynem Terflem w roli tytułowej.

Do tej pory w roli Senty mieliśmy okazję podziwiać Anję Kampe, którą  bardzo lubimy, ale kiedy słyszeliśmy jej wykonanie tej partii w Zurychu, przeszkadzały nam wtedy nieco zbyt ostre górne dźwięki. Jej ówczesny dialog z Holendrem był na granicy krzyku, jej głos nas nie czarował, było w nim za dużo histerii (dużo lepiej Kampe wypadła jako Senta w Bayerische Staatsoper w Monachium). Tymczasem na Zielonym Wzgórzu Ricarda Merbeth śpiewała swoją partię tak naturalnie, a jednocześnie z taką siłą i determinacją, że w Bayreuth to ona zdominowała nieco duet Senty z Holendrem:) Równie przekonująco zaśpiewał partię Dalanda Kwanghchul Youn. To bas obdarzony głosem o dość ciepłej barwie, niematowym, pełnym powietrza, dobrze docierającym do widza. W Bayreuth oprócz bardzo dobrego wykonania wokalnego zaprezentował również świetną dykcję oraz całkiem niezłe aktorstwo. Samuel Youn jako Holender również nie zawiódł, partia zaśpiewana została od początku do końca bardzo dobrze. Może tylko zabrakło nam w jego kreacji wokalnej  tej „mrocznej tajemnicy”, którą na przykład Bryn Terfel potrafi świetnie zagrać i wyśpiewać. Patrząc i słuchając Bryna Terfela w Zurychu czuliśmy, że „jego Holender” nie będzie nigdy łatwym towarzyszem życia, że zawsze będzie skrywał w sobie coś, czego nie będziemy chcieli poznać ani doświadczyć. Co gorsza, czuliśmy że takiego człowieka zwyczajnie się lękamy. W spektaklu w Bayreuth tego poczucia obcowania z tajemnicą i lęku przed nieznanym zabrakło, ale przecież nie można wymagać, by wszyscy śpiewacy byli urodzonymi aktorami.

Czytaj więcej: „Holender tułacz” i „Lohengrin” na Zielonym Wzgórzu

Podróż do Teatru na Zielonym Wzgórzu

Autorzy: Beata i Michał

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Pojechać do Bayreuth, pójść na Zielone Wzgórze, wejść do legendarnego Teatru i zatopić się w muzyce Wagnera, wszystko to do wiosny tego roku wydawało nam się nieziszczalnym, niemożliwym do spełnienia marzeniem. Wyobrażaliśmy sobie, że najbliższe dziewięć lat, bo tyle nakazywały czekać na bilety znane nam statystyki, spędzimy na wsłuchiwaniu się w opowieści szczęściarzy, którym się udało. Prawdę mówiąc zakładaliśmy, że to może nam się nigdy nie przytrafić. Tymczasem…

Wielką szansę straciliśmy jesienią ubiegłego roku, gdy musieliśmy będąc w Wiedniu dokonać dramatycznego wybory, czy idziemy na spektakl do Staatsoper, czy też zostajemy w hotelu i czatujemy na otwarcie zapowiedzianej na ten właśnie dzień sprzedaży internetowej na kilka przedstawień w Bayreuth. Łatwo się domyślić, że gdy wróciliśmy z teatru, po biletach nie było już śladu. W tym momencie, odczuliśmy jednocześnie smutek i …ulgę. Wiemy, że brzmi to cokolwiek dziwacznie, bo przykro jest przecież nie dostać wymarzonych biletów, ale z drugiej strony mogliśmy dzięki temu odłożyć „ad acta” trudną do podjęcia decyzję o wydaniu masy pieniędzy. To ważny element opowiadanej tu przez nas historii – bilety na Festiwal Wagnerowski potrafią być horrendalnie drogie.

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Upłynęło kilka miesięcy w trakcie których Beata postanowiła trwać w heroicznym uporze i codziennie regularnie, z determinacją graniczącą z zacietrzewieniem, sprawdzać po kilkanaście razy strony internetowe Festiwalu, żywiąc cichą nadzieję, że może jednak ktoś zrezygnuje. „Wielka chwila” nadeszła dla nas w pewien kwietniowy wieczór. Jakiś nieszczęśnik oddał jeden bilet na „Holendra tułacza”. Natychmiast go zarezerwowaliśmy na 30 minut i w napięciu czekaliśmy na rozwój sytuacji. Było warto, bo kolejny pechowiec, pojawił się kilkanaście minut później, pozwalając nam zarezerwować drugi bilet, tym razem na „Lohengrina”, spektakl zaplanowany na następny po „Holendrze” wieczór. Kilkanaście kolejnych minut do łatwych nie należały, tym bardziej, że już wtedy wiedzieliśmy, że zwyczaje hotelowe w mieście Bayreuth są w okresie festiwalowym prawdziwie pirackie i nie ma tam przysłowiowego „zmiłuj”. Ceny są trzykrotnie wyższe od normalnych, więc nasza fantazja budżetowa została wystawiona na poważną próbę. Miłość do muzyki Wagnera jednak zwyciężyła i podjęliśmy decyzję o kupnie biletów. Pozostała jeszcze tylko kwestią do rozstrzygnięcia, które z nas pójdzie na który spektakl, by potem drugiemu opowiedzieć jak było. Na szczęście zgodność pożycia małżeńskiego nie została wystawiona na tak ciężką próbę, bo wola Beaty okazała się niezłomna. Następne dni  były wyjątkowym okresem na stronach serwisu operowego Festiwalu, bo co i rusz udostępniano tam do sprzedaży kolejne zwroty. Po kilku dniach byliśmy dumnymi posiadaczami dwóch biletów na „Holendra” i dwóch na „Lohengrina”. Z niezrozumiałych dla Michała powodów, Beata nie dała się namówić swojemu mężowi, aby walczyć dalej i w rezultacie jej magiczno-internetowych starań zasiąść w teatrze obok siebie. Separacja na widowni legendarnego teatru była właściwie jedyną niedogodnością w szczęśliwych dla nas dniach, które miały nadejść.

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Do Bayreuth przyjechaliśmy w sierpniu, mocno rozemocjonowani, tym bardziej, że już w lokalnym pociągu wiozącym nas z Norymbergi dostrzegliśmy pasażerów z innym niż zazwyczaj  o tej porze roku  bagażem. Upał potworny, a tu co i rusz ktoś dźwigający charakterystyczną torbę na garnitur. Można powiedzieć, że byli to późniejsi nasi dobrzy znajomi, bo spotykani nieustannie, a to w hotelu, a to w teatrze, albo w drodze do willi Wahnfried. Przyjazd do Bayreuth pociągiem ma zresztą dodatkowy urok, bo wysiadając można już z peronu dostrzec w oddali, na naprawdę zielonym wzgórzu charakterystyczną sylwetkę wagnerowskiego teatru. Potem trzeba się tylko dostać do hotelu i w wielkim pędzie rozpocząć przygotowania, które z racji wczesnych często godzin rozpoczęcia spektakli są pewnym logistycznym wyzwaniem. Po pierwsze  trzeba bowiem rozstrzygnąć problem ubioru i tu od razu zaczynamy część poradnikową dla wszystkich, którzy kiedyś też będą uczestnikami Festiwalu. Drodzy Państwo niech Was czasem nie zwiedzie prażące słońce, wczesna pora i ogólna atmosfera letniej senności pięknie utrzymanego, bawarskiego miasta. Ostrzegamy lojalnie, że próba udania się na Zielone Wzgórze w swobodnym stroju, bardzo szybko narazi Państwa na sytuację, w której poczujecie się kosmitami. Tam naprawdę obowiązuje elegancja „wagi ciężkiej”, niespotykana w takim rozmiarze nawet na Festiwalu w Salzburgu, gdzie jednak znaczna część publiczności zachowuje umiar w poszukiwaniu wytworności. W Bayreuth jest pod tym względem inaczej, bo smokingi, czarne wieczorowe garnitury, olśniewające suknie i ogólny sznyt wyszukanego wyglądu  są powszechne i oczywiste, nie tylko w dniach gdy są tam rozwijane czerwone dywany dla uhonorowania gości szczególnej rangi. Kolejnym problemem, z którym należy sobie poradzić jest dojazd do teatru, który choć położony w odległości nie większej niż dwudziesto lub trzydziestominutowy spacer, jest jednak w upalne popołudnie sporym wyzwaniem dla ludzi „opancerzonych” w wieczorowe stroje. Tu z pomocą przychodzą często same hotele, które litują się nad nieszczęśnikami i organizują dla swoich gości darmowe dojazdy. Warto z nich skorzystać w drodze do teatru, ale również warto z nich zrezygnować w drodze powrotnej, bowiem mimo pomocy lokalnej policji, korki wyjazdowe z okolic teatru są monstrualnych rozmiarów. Wtedy zalecamy uroczy spacer do hotelu, podczas którego można wstępnie ochłonąć z pierwszych wrażeń i szybciej wrócić do siebie zanim autokary przywiozą resztę gości. Premia za spacer jest nadzwyczajna, bowiem możemy po pierwsze rozprostować kości po wielogodzinnym siedzeniu na słynących z niewygody drewnianych krzesłach, po drugie dotlenić organizm po wyczerpującym pobycie w nieklimatyzowanej, ale wypełnionej po brzegi sali teatralnej, by wreszcie zająć miejsce przy stoliku w restauracji, zanim nie będzie to możliwe z powodu napływającej fali miłośników Wagnera, rozprawiających o tym czego wysłuchali i co właśnie zobaczyli.

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
 Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Oczywiście kwestię dojazdu na przedstawienie zawsze mogą rozwiązać taksówki, z których też korzystaliśmy i o których możemy powiedzieć, że w przeciwieństwie do innych ważnych operowo miejsc w Europie, są one prowadzone przez uczciwych i sympatycznych kierowców. To miłe i ważne, szczególnie gdy tak jak my, ktoś był już ofiarą berlińskich, wiedeńskich czy monachijskich taksówkarzy, którzy dumni ze swojego miasta i powodowani „szlachetną gościnnością” starali się często najdłuższą możliwą trasą zawieźć nas do celu. W Bayreuth taksówkarze prawdopodobnie nie mają złudzeń co do wiedzy swoich klientów o położeniu Teatru na Zielonym Wzgórzu. Co więcej potrafią obchodzić się z właściwym wyczuciem wobec takich debiutantów jak my i chronić ich przed nimi samymi. Chcąc jak najszybciej znaleźć się w mitycznym miejscu, my pierwszego dnia nie czekaliśmy oczywiście na autokar hotelowy, tylko czym prędzej zamówiliśmy taksówkę. Drodzy Państwo, moment gdy samochód zaczyna wjeżdżać piękną parkową aleją u krańca której stoi budynek teatru jest naprawdę bardzo poruszający (oczywiście tylko dla miłośników muzyki Wagnera), a pragnienie jak najszybszego opuszczenia taksówki tak dojmujące, że łatwo jest się stać ofiarą własnego roztargnienia. Nie zapomnimy paniki jaką u Pani taksówkarz wywołał Michał, który przekonany, że wręczył banknot o nominale 10 euro, natychmiast po otrzymaniu kliku monet reszty grzecznie „w imieniu ekipy” podziękował, życzył miłego dnia i zaczął się pośpiesznie gramolić do wyjścia, wpatrzony cielęcym wzrokiem w gmach teatru pod którym się zatrzymaliśmy. Na szczęście sytuację uratowała sama Pani taksówkarz, która bardzo zdenerwowana, zaczęła błagać żebyśmy nie opuszczali jej auta, bo ona nie zdążyła jeszcze sięgnąć do portfela, by wydać nam  dwa banknoty o nominałach dwadzieścia euro każdy. Jak łatwo zgadnąć oszołomiony widokiem teatru Michał zapłaciłby za kurs z gestem, o który nigdy nawet siebie nie podejrzewał.

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Co było potem, łatwo odgadnąć. Bieganie po całym terenie, pstrykanie zdjęć „wszystkiemu i wszystkim” i towarzyszące temu bardzo duże wzruszenie. W takim chwilach, bardzo łatwo w tłumie eleganckich widzów rozpoznać tych, co to …pierwszy raz, bo wszędzie w kluczowych, najsłynniejszych miejscach gromadziła się kolejka wytwornie ubranych osób, które pragnęły mieć pamiątkową „fotkę”. Szczególnym wzięciem publiczności cieszyły się porozstawiane na terenie teatru plastikowe figury Richarda Wagnera, które „krzyczą” pstrokatymi kolorami i przez wielu są uznane są za symbol niewiarygodnego kiczu. Nam olśnionym samym miejscem, wątpliwa estetyka owych figur była prawdziwie obojętna, choć musimy przyznać, że jest trochę racji w twierdzeniu, że swoją stylistyką owe „Wagnery” nawiązują do popularnych u naszych zachodnich sąsiadów ogrodowych krasnali. Nic jednak nie było w stanie przygłuszyć naszej radości, pomieszanej z podniosłym nastrojem i cechującym raczej małe dzieci rozentuzjazmowaniem. Dobrego nastroju nie zepsuło nawet „owinięcie” części budynku płótnami, które z namalowanym wizerunkiem tego co pod nimi było ukryte, maskowały fakt trwających na Zielonym Wzgórzu prac konserwatorskich. Nie udało się również zaburzyć naszego zachwytu licznym paniom z obsługi teatru, które są tyle samo grzeczne, co stanowcze w ściganiu „przestępców” próbujących zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie w niewielkich rozmiarami kuluarach teatru. Pod tym względem obowiązuje na Zielonym Wzgórzu prawdziwy i trudny do zaakceptowania rygor. Piszemy świadomie „zaakceptowania”, bowiem zrozumienie przychodzi bardzo szybko i ma trochę niemiły charakter. Otóż powiemy to od razu, żeby potem nie psuć relacji utyskiwaniem. Dość drażniącym elementem wyprawy na słynny Festiwal jest jego nachalna i wszechobecna merkantylizacja, streszczająca się w bezwzględnym stosowaniu na każdym kroku zasady, że po co dawać coś za darmo, skoro można to sprzedać. Dlatego nie dziwcie się Państwo, że dziennikarze, którzy chcą zilustrować swoje recenzje zdjęciami ze spektakli muszą tam   kupować fotografie od organizatorów po prawie dwadzieścia euro za sztukę, widzowie którym nie pozwoli się na fotografowanie wnętrz chętniej decydują się nabyć drogie albumy na stoiskach, a kupno biletu na spektakl nawet za kilkaset euro, nie zwolni nikogo od obowiązku zapłacenia haraczu w teatralnej ubikacji. To ostatnie może być źródłem irytacji, bowiem jest coś niestosownego i nieeleganckiego w otwartej inwigilacji widzów przez pracownika, który w toalecie podsuwa talerzyk pod nos „wyfraczonej” publiczności. Z taką ostentacją, w takich miejscach, nie spotkaliśmy się jeszcze nigdzie w „operowej” Europie. Na pociechę i ku zaspokojeniu pasji poznawczej, polecamy wszakże obserwowanie zachowania wytwornych widzów, którzy prawdopodobnie wiedzeni słusznym oburzeniem (bo przecież nie pazernością, biorąc pod uwagę cenę przeciętnego biletu), stosują różne techniki i podejmują skuteczne próby ominięcia pracownika o srogim obliczu. Doprawdy zabawny to i pouczający jest widok.

Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Festiwal Wagnerowski w Bayreuth sierpień 2014 photo (c) Beata i Michał Olszewscy
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Jako się rzekło, nic nie było w stanie w owych dniach zepsuć nam doskonałego nastroju, tym bardziej że wszelkie, najśmielsze nawet oczekiwania dotyczące poziomu spektakli oraz legendarnych atrybutów tamtejszego teatru, zostały spełnione z nawiązką. I trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie – w opowieściach o nadzwyczajnej akustyce i fenomenalnej atmosferze, która panuje w teatrze nie ma cienia przesady. Jest to bez dwóch zdań miejsce magiczne, a przebywanie w nim jest źródłem niewiarygodnej satysfakcji estetycznej. Wszyscy wiemy, że teatr dla perfekcyjnej akustyki został zbudowany z drewna, że jego wnętrze zostało tak zaprojektowane, aby z każdego miejsca zapewnić widzom niczym nie zaburzony widok, a specjalny układ bocznych ścian sprawia, że mamy poczucie bycia „otulonymi” dźwiękiem, który z kolei dzięki słynnej, nigdzie nie spotykanej konstrukcji orkiestronu, dociera do nas w cudownie zbilansowanej formie. Jest to doświadczenie absolutnie niesamowite, gdy tenor dla wykonania słynnej „In fernem Land” może bez lęku stanąć w głębi sceny i śpiewać bez obawy, że potężna orkiestra go zagłuszy i że w żadnym momencie wykonywanego dzieła słuchacz nie zmaga się z „muzycznym nadmiarem”, tak charakterystycznym dla wielu wykonań Wagnera w innych teatrach operowych. Ten cud architektury muzycznej nadal działa genialnie, pozwalając obecnym na sali na wejście w prawdziwy trans i słuchanie muzyki oraz śpiewu o zachwycającej jakości. I nic nie jest w stanie zepsuć doskonałych doznań, nawet najbardziej ryzykowna i „odjechana” inscenizacja („Holender tułacz” dzieje się we współczesnej fabryce wiatraków, a „Lohengrin” w laboratorium pełnym przesympatycznych skądinąd szczurów), bo poziom instrumentalny i wokalny jest najwyższej próby. Prawdziwa rozkosz dla duszy i przeżycie, dla doświadczenia którego warto bardzo wiele poświęcić. Jeśli mielibyśmy określić krótko nasze wrażenia z pobyty w Teatrze na Zielonym Wzgórzu, opowiedzielibyśmy o naszym olśnieniu i marzeniach o powrocie.

O samych spektaklach postaramy się jeszcze opowiedzieć w odrębnej relacji. Na zakończenie wspomnień warto jeszcze poinformować, że moda na remonty w Bayreuth trwa w najlepsze. Oprócz bowiem Zielonego Wzgórza, kapitalnej renowacji poddawana jest willa Wahnfried, w której bezpośrednie pobliże, oprócz grobu Cosimy i Richarda Wagnerów, nie można podejść, nie mówiąc już o zwiedzaniu samego obiektu. Nasze zdjęcia pokazują dobrze obecny stan prac. Podobnie jest ze sławną z barokowego wnętrza Operą Margrabiów, która również ze względu na remont jest teraz niedostępna dla turystów.

Ostatnia ważna informacja praktyczna dotyczy biletów. Gdyby ktoś z Państwa po przeczytaniu naszych wspomnień zapragnął podążyć tym samym śladem, to powinien już niebawem zacząć śledzić ogłoszenia publikowane na stronach internetowych Festiwalu w Bayreuth i wypatrywać daty rozpoczęcia sprzedaży internetowej na kolejny sezon. W tym roku najtańsze bilety można było kupić już za 30 euro!  

Czytaj więcej: Podróż do Teatru na Zielonym Wzgórzu

Co słychać w Bayreuth?

Autorka: Drusilla

Richard Wagner Festspielhaus w Bayreuth zdjęcie z Wikipedii (c) Rico Neitzel - en.wikipedia.org/wiki/File:Bayreuth_Festspielhaus_2006-07-16.jpg
Richard Wagner Festspielhaus w Bayreuth
kliknij aby powiększyć...

Na bilet na festiwal w Bayreuth zwykły śmiertelnik czeka ponoć około 10 lat. Zatem na razie pozostaje mi zadowolić się przekazami radiowymi, które na szczęście są coraz bardziej dostępne. W tym roku drugi program Polskiego Radia transmitował pięć spektakli – inaugurującego festiwal „Holendra tułacza” oraz premierowy cykl „Ringu”. Co prawda w przypadku radia jesteśmy pozbawieni istotnego dla opery elementu wizualnego, co trochę odbiór zubaża; jedynie z grubsza można się zorientować dzięki zdjęciom publikowanym na stronie festiwalu. Ale może to i lepiej…

Tegoroczny „Pierścień Nibelunga” to nowa realizacja, której początkowo miał dokonać Wim Wenders, jednakże zrezygnował on z tego zadania, w związku z czym powierzono reżyserię Frankowi Castrofowi. Nie przejął się on specjalnie librettem, umieszczając akcje poszczególnych części w miejscach dość dziwnych.

Czytaj więcej: Co słychać w Bayreuth?

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)