opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Eksperci debaty

Eksperci opinie

Eksperci

Maciej Figas - Dyrektor Naczelny Opera Nova w Bydgoszczy Bogusław Kaczyński - Znawca opery Andrzej Knap Profesor Ewa Łętowska - Znawca opery Piotr Kamiński - Znawca opery Józef Kański - Znawca opery Tomasz Konieczny - śpiewak operowy, bas baryton Ewa Michnik - Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Wrocławskiej Tadeusz Serafin Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Śląskiej Małgorzata Walewska Śpiewaczka operowa, mezzosopran
Marek Weiss Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Bałtyckiej Sławek A. Wróblewski - Dyrygent Jacek Marczyński - Znawca opery Jerzy Snakowski - Znawca opery Agnieszka Zwierko - Śpiewaczka operowa, mezzosopran Piotr Nędzyński - znawca opery i muzyki klasycznej, twórca programu telewizyjnego "Wokół Wielkiej Sceny"        

Operetka...

My
Za kilka dni (17 stycznia 2015) melomani pobiegną na kolejną transmisję z cyklu „MET Live in HD”, w ramach której obejrzą „Wesołą wdówkę” Franza Lehara z Renée Fleming w roli głównej. W wywiadach dla opera.info.pl najpierw Michał Znaniecki powiedział niedawno, że „Musical skraca logikę wypadków. Opera ją wydłuża. Operetka obtańcowuje”, a Piotr Kamiński wspominał, że jego „biedna Mama łamała ręce, że jej dziecko zachorowało na operetkę, operetka miała bowiem w jej rodzinie fatalne papiery”. Nawet we wstępie do hasła „Operetka” w Wikipedii można przeczytać, że gatunek ten nazywany jest żartobliwie "podkasaną muzą", tymczasem Metropolitan Opera zaprasza wszystkich właśnie na operetkę. Prawdę mówiąc nie wiemy, co o tym myśleć, bo nie potrafimy jakoś przekonać sami siebie, że operetka jest wartościowa, ba ciekawa nawet i że jest rzeczą właściwą jej promowanie. A jakie jest zdanie Państwa o tym gatunku? Czy Państwo lubicie operetkę, a jeśli tak, to jak bronilibyście jej walorów? A może zechcecie się Państwo podzielić z czytelnikami opera.info.pl wiedzą, które tytuły i w czyim wykonaniu, warte są kupna odpowiedniego nagrania na CD lub DVD? Z góry dziękujemy za Państwa opinie.

Jesteśmy bardzo wdzięczni, że na nasze pytanie odpowiedzieli: Maciej Figas, Ewa ŁętowskaJerzy Snakowski, Tadeusz Serafin i Marek Weiss.

 
Maciej Figas
Maciej Figas
Dyrektor Naczelny
Opery Nova
w Bydgoszczy
 

Opera Bydgoska, a dzisiaj Opera Nova, nigdy nie stroniła od operetki i nasz repertuar zawsze zawierał tytuły tego gatunku. Takiej polityki repertuarowej nie zmieniło także przeniesienie się do nowoczesnego obiektu w sercu miasta. Choć nie wszystkim się to podobało, zawsze podkreślałem, że o widza należy dbać i go zdobywać. A zdobywać go zdecydowanie łatwiej musicalem lub operetką niż operą, niestety. Są one zwyczajnie łatwiejsze w odbiorze. Opera Nova znana jest ze znakomitej widowni i stabilnej, wysokiej frekwencji na przedstawieniach. Ale wielu z tych, których dziś można śmiało nazwać operowymi melomanami, zaczynało kiedyś swoją przygodę z teatrem muzycznym (operowym) właśnie od … „podkasanej muzy”. Operetka i musical w sposób zauważalny spełniają rolę magnesu dla mniej wyrobionej muzycznie publiczności i dla tych, którzy z różnych powodów od opery stronią. Na marginesie: nie oznacza to wcale, że gatunki te są w przygotowaniu łatwiejsze lub wymagają mniejszego nakładu pracy. Często wręcz odwrotnie. Zresztą podobnie jest chyba w dziedzinie teatru czy filmu, gdzie przygotowanie lub nakręcenie dobrej komedii wcale nie jest zadaniem łatwiejszym od inscenizacji lub sfilmowania krwawego dramatu.

Z operetką wiąże się jednak zasadniczy problem, który spędza sen z powiek dyrektorów oper, czy teatrów muzycznych. Otóż wiele z nich, a szczególnie dotyczy to ich librett, mocno się zestarzało, a ich ewentualna dzisiejsza inscenizacja wymaga niemałej ekwilibrystyki i wyobraźni reżysera. Pominę w tym miejscu kwestię tychże twórców, a zwrócę jedynie uwagę właśnie na problem zróżnicowania poziomu, czy wartości operetkowego repertuaru. Mamy więc genialną „Zemstę nietoperza” Johanna Straussa z szampańskim tłumaczeniem Juliana Tuwima, znakomite orkiestracje operetek Imre Kalmana, magiczny, choć literacko i muzycznie niezbyt uzasadniony tytuł - „Baron cygański”, ale już konia z rzędem temu, kto porwie dzisiejszą publiczność inscenizacją „Nocy w Wenecji” tego samego J. Straussa! Ale czy oznacza to, iż gatunek operetki skazany jest na zagładę? Jestem przekonany, że nie i wzorem na przykład operowych cymeliów, inscenizacje mniej lub bardziej popularnych, czy też zapomnianych operetek będą się w przyszłości pojawiać.   

Poza finezją mojego ulubionego Carlosa Kleibera, która powala w „Zemście nietoperza” J. Straussa (nagranie Deutsche Grammophon z J. Varady, L. Popp, H. Preyem, I. Rebroffem, R. Kollo) niewiele nagrań operetkowych dzieł zrobiło na mnie wrażenie. Albo to zaległości, trudne do nadrobienia w pędzącym życiu teatru operowego, albo … mam zbyt wygórowane oczekiwania.

 
Ewa Łętowska
Profesor Ewa Łętowska
Znawczyni opery
 
Czytając w Opera.info niedawny (bardzo zresztą ciekawy) wywiad z Piotrem Kamińskim, gdzie mówi o niezbyt przychylnym traktowaniu operetki, pomyślałam, że przesadza. Ale ostatnio oglądana "Wesoła Wdówka" z Metropolitan Opera i mnie nie nastawiła przychylnie. Operetka może obronić się dziś chyba tylko perfekcją  śpiewu, dowcipem reżyserii i urokiem dyrygowania. Tego wszystkiego zabrakło. No więc, wróciwszy do domu, nastawiłam sobie stare nagranie Schwarzkopf – Steffek - Gedda-Waechter pod von Mataticem. Od razu zrobiło się milej. Operetka jednak może mieć przyszłość.
 
Tadeusz Serafin
Dyrektor Naczelny i
Artystyczny Opery Śląskiej
 

Zastanawiając się nad tematem operetki jako gatunku, wychodzę z założenia, że wszystko jest sztuką, również i ten gatunek sceniczny. Nie uznaję ścisłego podziału na muzykę lepszą lub gorszą tylko dobrze lub źle wykonaną. Operetka, jeśli jest wykonana na najwyższym poziomie, z klasą i elegancją powinna być grana w różnych, także wielkich teatrach i prezentowana w mediach. Przychylam się ku temu, ponieważ poza walorem poznawczym tkwi w tym jeszcze jeden atut – przyciąga do teatrów operowych ludzi, którzy nie są obyci z gatunkiem operowym, a może ich zachęcić do kolejnych kroków w poznawaniu nowych gatunków teatru muzycznego. Opera Śląska ma w swoim repertuarze wiele operetek, między innymi „Wesołą wdówkę”, która także jest bardzo chętnie oglądana przez naszą publiczność.

 
Jerzy Snakowski
Jerzy Snakowski
Znawca opery
 
Operetka nie jedno ma imię. Tę paryską, Offenbachowską, kocham za wszystko, wiedeńską za melodię i instrumentację (Lehar i Kalman to mistrzowie brzmienia!), angielską za zgrywę i absurdalne poczucie humoru. Strauss czeka w kolejce na polubienie, bo póki co jakoś nam nie po drodze. Acz zdecydowanie wolę operetkę w nagraniu, bo póki co jest zbyt dużym wyzwaniem dla naszych realizatorów i wykonawców, którzy nie potrafią znaleźć do niej klucza.

Marek Weiss

Marek Weiss
Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Bałtyckiej

Uważam gatunek operetki za obiekt muzealny, podobnie jak balet klasyczny. To wynika z konwencji i stosownej dla niej technik wykonania, ale również z horyzontu intelektualnego, który w dzisiejszych czasach jest nie do przyjęcia. Oczywiście ogromna rzesza miłośników operetki będzie bronić jej istnienia do upadłego, bo przywiązanie do określonego gatunku sztuki jest bardzo silne. Wynika z emocji czasów dzieciństwa, ale też pewnego pokrewieństwa mentalnego. Są przecież ludzie, którzy uwielbiają cyrk, a inni tańce na lodzie, a jeszcze inni stare kreskówki. Nie lekceważę tego, ani nie wartościuję publiczności gardząc tymi, którzy ponad wszelkie rozkosze muzyczne przedkładają discopolo. Trudno. Nie ma żadnego obowiązku, żeby kochać Mozarta, czy Słowackiego "bo wielkim był". Każdy czyta i ogląda to, co lubi. A jednak "ptak ptakowi nie dorówna... nie poleci orzeł w g..." I tak dalej, i tak dalej.

Mówimy i piszemy o tym od setek lat, że sztuka jest piramidą zbudowaną na określonej hierarchii. Nie uznawanie jej, czy próba podważenie, wynika przede wszystkim z ignorancji. Jeśli ktoś woli Lehara od Mahlera, to głównie dlatego, że w swoich podróżach muzycznych nie dokonał wysiłku, by poza Leharem jednak czegoś jeszcze uważnie posłuchać. Też kiedyś dałbym się zabić za ukochanych The Beatles, ale dzisiaj już bym się tak nie poświęcał. Za operetkę natomiast nie oddałbym nawet paznokcia, bo porcja słodkiego idiotyzmu, jaka jest zawarta nawet w najwspanialszych od strony muzycznej przykładach tego gatunku jest dla mnie nie do przełknięcia. A to, że MET wykonuje operetki i serwuje je w swoich światowych transmisjach, nie jest dla mnie powalającym argumentem, bo MET przy swojej potędze finansowej i przez to kadrowej, jest jednak instytucją komercyjną i często z ambicjami artystycznymi niewiele ma wspólnego, co miałem okazję kilka razy zaobserwować tam osobiście. Nie jestem fanem tego cyrku medialnego, jaki towarzyszy transmisjom z MET, bo kult złotego cielca w tej całej akcji zbyt jest widoczny. Jednak doceniam fakt, że w tych transmisjach znalazła się produkcja z naszej Opery Narodowej i uważam to za ogromny sukces Trelińskiego i Kudliczki, którym w ty miejscy składam wyrazy szacunku. Całe szczęście, że pokażą dzieło z najwyższej półki, a nie operetkę.



 

 

Nie tylko u nas....

Autorka: Profesor Ewa Łętowska

Adams - Death of Klinghoffer / Randle, Sylvan, Howard, Maltman, Boutros, Melrose, Bickley, LSO - DVD cover
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify
Profesor Ewa Łętowska
Ewa Łętowska

Trzecią pozycją w programie bezpośrednich transmisji w 2014 roku miała być "Śmierć Klinghoffera", amerykańskiego minimalisty Johna Adamsa, świeżutka nowa inscenizacja w MET, której drugie przedstawienie było przewidziane na 15 listopada. Skuszona tą pozycją wybrałam właśnie ją, gdy zaproponowano mi komentarz do któreś z transmisji.  Niestety, stosunkowo wcześnie okazało się, że zamiast Adamsa będzie Rossini. Transmisję odwołano (choć sama premiera w MET odbyła się, tyle, że w atmosferze skandalu). Zadziałał podobny mechanizm co w wypadku polskich samorządów, które w obliczu obawy gwałtownych protestów dyktowanych sprzeciwem ideologicznym rezygnują z kłopotu i organizacji imprezy teatralnej, spektaklu czy wystawy.

"Śmierci Klighoffera" od początku jego prapremiery w 1991 roku towarzyszy etykieta dzieła już to antysemickiego (anyizraelskiego), gloryfikującego palestyński terroryzm, niesympatycznie przestawiającego tytułowego bohatera, Leona Klighoffera, jedynej ofiary uśmierconej przez porywaczy, którzy w 1985 opanowali włoski statek wycieczkowy Achille Lauro. Zamiary terrorystów były podobno inne, bo wybierali się do izraelskiego Asztod, zresztą w zamiarze dokonania tam ataku, jednakże zaskoczeni przez stewarda w czasie czyszczenia broni zdecydowali się na przedwczesną, tragicznie zakończoną akcję na statku. Dlaczego zastrzelono i wrzucono do morza akurat poruszającego się na wózku inwalidę?  Nie wiadomo. Oczywiście zginał dlatego, że był Żydem, i to przydaje jego śmierci wymiaru symbolicznego, ale z tego punktu widzenia nie był jedyną potencjalną ofiarą. Terroryści poddali się władzom egipskim, które – nieświadome śmierci zakładnika – pozwoliły im odlecić do Tunisu. Gdy jednak morderstwo ujawniono, Amerykanie (Klinghoffer był obywatelem USA) zmusili samolot do lądowania na Sycylii. Z kolei Włosi nie zgodzili się (przy burzliwych sporach prawnych i użyciu siły na lotnisku) na wywiezienie Palestyńczyków do USA. Terrorystów włoski sąd skazał na wieloletnie więzienie.  

"Śmierć Klinghofera", to druga po "Nixonie w Chinach" opera Johna Adamsa (trzecią jest "Doktor Atomic", o Robercie Oppenheimerze, ojcu bomby atomowej). O ile jednak "Nixon" był chwalony i ciągle jest wystawiany (MET, inscenizacja Peter Sellars), o tyle do "Śmierci Klinghoffera" przylgnął zarzut niepoprawności politycznej. Zarzucano mu antysemityzm, zaś rodzina Leona Klinghoffera uznała, że został on przedstawiony w niewłaściwym świetle.

Znam "Śmierć Klinghofera" z nagrania video Decci (zdobyło Prix Italia, z LSO, pod dyrekcją kompozytora. Główną partie Kapitana statku odtwarzał znany nam z "Cyrulika Sewilskiego", Christopher Maltman, znacznie bardziej bliski tu właściwego emploi).

Z czystym sumieniem: nie wiem dlaczego dzieło to uchodzi za antysemickie czy wychwalające terroryzm. Nie jest nawet propalestyńskie czy antyizraelskie, jakkolwiek wiem, że przypomnienie wydarzeń towarzyszących w 1948 roku powstaniu państwa Izrael (rugowanie ludności palestyńskiej) i kontrapunktowanie tych wydarzeń z obecną praktyką  wysiedleń i towarzyszącego im odwetu – jest powodem krytyki Adamsa, udzielającego równej muzycznej uwagi obu stronom konfliktu. Jednakże trudno stawiać znak równości miedzy antysemityzmem a krytyką niektórych przejawów polityki Izraela.

Opera ma statyczny i raczej oratoryjny charakter. Wielkie wrażenie robią chóry. Prolog kontrapunktuje chór wygnanych ze swych siedzib Palestyńczyków z chórem wygnanych Żydów. Ten drugi znalazł się w partyturze już po premierze opery w Brukseli w 1991 roku. Pierwotnie, po chórze wygnańców palestyńskich następował chór finansjery cieszącej się z pozycji dolara. Oczywiście wymowa tego kontrapunktu była zupełnie inna, niż obecne przeciwstawienie obu grup ekspatrydów. I pewno ten grzech pierworodny spowodował złą sławę opery. Prócz prologu, chór nocy (zamykający akt pierwszy) i chór dnia, wstrząsająca aria (gymnopedia) osuwającego się w otchłań ciała tytułowego bohatera, dramatyczne melorecytacje Kapitana statku – przekonują do "Śmierci Klinghoffera". To wybitne dzieło. Tyle, że polityka sztuce jak widać zaszkodziła.  

Obejrzawszy sfilmowaną wersję telewizyjną (wspomniana kaseta Decci), oburącz się podpisuję pod zdaniem sędzi Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginzburg, która nie zbojkotowała premiery w MET, a potem powiedziała (relacja internetowa), że nie dostrzegła niczego gorszącego politycznie, antysemickiego, ani niesympatycznego dla samej postaci tytułowego bohatera (zarzuty rodziny). Miłośniczka i znawczyni opery, z racji pochodzenia, nie może być uważana za dysponująca niedostateczną wrażliwością aksjologiczną, aby móc oceniać tak delikatny problem. Szkoda, że nie zobaczyliśmy i nie posłuchaliśmy transmisji.


Ewa Łętowska

 Zostaw komentarz

 

 

Jak śpiewać "Carmen"?

My

Zapytaliśmy Agnieszkę Zwierko:

Jest Pani artystką operową, która miała już okazję śpiewać partię Carmen. Powiada się, że jest to wymarzona rola dla każdego mezzosopranu. Jakie są Pani doświadczenia w tej materii? Czy lubi Pani tę postać i czy łatwo zostać na scenie legendarną uwodzicielką?

 

Agnieszka Zwierko, śpiewaczka operowa, mezzosopran:

Agnieszka Zwierko

Kochani słuchacze i wielbiciele "Carmen"... Jest wielu ekspertów,  którzy pięknym językiem potrafią opisać uroki tego dzieła, którego sukcesu nie było dane Bizetowi doświadczyć, gdyż premiera w paryskiej Opera Comique została przyjęta bardzo chłodno. Ja nie należę do wielbicieli tej opery a na dwie produkcję, w których brałam udział jako odtwórczyni tytułowej roli, wolałabym spuścić zasłonę milczenia ;-) . Żeby nie być źle zrozumianą podkreślę, iż to ja nie pasowałam do tych przedstawień, które same w sobie były bardzo piękne. "Carmen" Gliwickiego Teatru Muzycznego wystawiona w klimatycznych ruinach Teatru Miejskiego była strzałem w dziesiątkę, a "La Tragédie de Carmen" - adaptacja Petera Brooke'a bizetowej opery lśniła na deskach ostrawskiego Teatru Morawsko - Śląskiego przez kilka sezonów.

Żeby jednak nie zostać potraktowana przez Czytelników jako odszczepieniec i dziwoląg przyznam się, iż jest jedna Carmen, która mnie wzrusza i którą zawsze chętnie obejrzę, jak tylko nadarzy się okazja. Tak - wielu z moich bliskich znajomych wie, iż jestem miłośniczką baletu - pewnego rodzaju adaptacji opery Bizeta pod tym samym tytułem, który rosyjski kompozytor Rodion Szczedrin skomponował dla swojej żony Maji Plisieckiej. Zachwyciłam się tą suitą przed laty, jeszcze jako dziecko, słuchając jej na jednej z płyt LP... później mialam okazję obejrzeć dwie produkcje - w ostrawskim Teatrze Morawsko - Śląskim z apetyczną Tamarą Černą w tytułowej roli i w Teatro Colon w Buenos Aires. Obie Carmen piękne, seksowne a muzyka - mix Bizeta i Szczedrina jest dla mnie kwintesencją tej postaci i formy w jakiej najchętniej ją oglądam. Ahhhh... oczywiście słyszałam fragmenty z przedstawień operowych, które bardzo mi się podobały - przed laty produkcja ROH ze wspaniałą, naturalną Marią Ewing, czy niedawno oglądana rewelacyjna Elina Garancia. Pozostaję jednak sercem przy suicie a wielbicielom pełnego dzieła operowego życzę pięknego wieczoru z solistami Metropolitan Opera w Nowym Yorku.

Jak odczytać "Carmen"?

My

"Carmen" Bizeta to opera o zaskakującym jak na gatunek, spójnym, logicznym i raczej jednoznacznie napisanym libretto. Wydaje się, że sylwetki bohaterów są dość wyraźnie zdefiniowane, a układ opowiadanej historii nie zostawia reżyserowi wielkiego pola manewru. Czy tak jest w istocie, czy jest to wrażenie błędne? Czy Pan reżyserując "Carmen" miał poczucie, że oto otwiera się przed Panem pole możliwych interpretacji, czy też dzieło to jest w Pana opinii "odporne" na modyfikowanie interpretacyjne. Jak we współczesnym świecie można odczytać historię Carmen?

O odpowiedź na te pytania poprosiliśmy reżyserów, Pana Marka Weissa i Pana Michała Znanieckiego.

Marek Weiss, Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Bałtyckiej:

Marek Weiss

Carmen

Według mnie to jeden z najtrudniejszych do realizacji tytułów w literaturze operowej. Z jednej strony najeżony oczywistościami i tradycjami spod znaku mantylki i wachlarza oraz przytupywania w rytm kastanietów. Z drugiej strony wielkie arcydzieło muzyki i dramatu wypełnione wielkimi emocjami opowieści o sprawach ostatecznych. Miłość i zdrada, honor i nikczemność, namiętność i śmierć – wszystko to podane w zachwycającej kondensacji. Nad ta tragiczną historią unosi się jednak ciężka chmura hiszpańskiego folkloru przetrawionego przez niezliczone prezentacje rodem z folderów turystycznych. Dzieło skomercjalizowane do bólu, a przecież w swojej podstawowej wersji czyste i piękne.

Miałem zaszczyt zmierzyć się z nim, kiedy współpracujący z operą poznańską festiwal w Carcassonne zamówił u nas inscenizację tego tytułu. Jej premiera odbyła się z okazji otwarcia nowego centrum sztuki w Starym Browarze Grażyny Kulczyk. W związku z tą koprodukcją dyrektor festiwalu francuskiego pan Barriere zaprosił nas ze scenografem Borysem Kudliczką do swego rodzinnego kraju Basków, żeby pokazać nam corridę. Opowiadał o tym, jaka powinna być Carmencita, jaki Escamillio, a najwięcej uwagi poświęcił „paseo”, czyli paradzie torreadorów wokół areny przed występem. Zaangażował również do przyszłej prezentacji naszego spektaklu w Carcassonne wielką gwiazdę Urię Monzon, która pochodziła z Pirenejów i mimo, że śpiewała Carmen w Metropolitan Opera, zgodziła się wziąć udział w naszym spektaklu za przyzwoitą cenę. W klubie nocnym torreadorów, dokąd pewnego wieczoru nas zaprosił, zobaczyłem grupę tych zabijaków, jak zajechali z dziewczynami na wielkich Harleyach i bawili się do białego rana. Carmen w Operze Bałtyckiej zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery BałtyckiejOd tej chwili cała inscenizacja była wymyślana w duchu tego najazdu motocyklistów. W Poznaniu zaprzyjaźniłem się z klubem takich „Easy Riderów” i namówiłem ich na udział w naszym spektaklu. Chwila, kiedy Carmen wjeżdżała ze swoim motocyklowym gangiem na dziedziniec przed fabryką tytoniu, była bardzo efektowna, a cała reszta inscenizacji starannie i konsekwentnie wywiedziona z tej sceny. Bardzo lubię ten spektakl i byliśmy z Borysem Kudliczką i Marysią Balcerek, która zaprojektowała do niego świetne kostiumy, naprawdę dumni.

"Zadzwoń teraz do pana Barriere i opowiedz mu, coś wysmażył” – rozkazał dyrektor Pietras lodowato, kiedy euforia premierowa opadła. Nasz partner nie mógł przyjechać do Poznania ze względu na stan zdrowia. Po moim telefonie uległo ono dalszemu pogorszeniu. Zażądał natychmiastowego przesłania mu filmu z „Browaru”. Kiedy go otrzymał, zadzwonił i powiedział, że został przekonany, ale po pierwsze muszę przekonać Urię Monzon, żeby wzięła udział w tym szaleństwie, a po drugie muszę się zgodzić, że on przygotuje „paseo” ze specjalną grupą prawdziwych torreros i oni rozpoczną ostatni akt. Przystałem na to, a Uria, kiedy do niej zadzwoniłem, powiedziała, że bardzo się cieszy, bo ma własnego Harleya i na nim chce wystąpić. Publiczność francuska podzieliła się na dwa zawzięte obozy. Starsi melomani buczeli oburzeni, kiedy wyszedłem na ukłony, ale młodsza cześć widowni wrzeszczała i tupała z entuzjazmem i nie pozwalała nam zejść ze sceny. Recenzje były wspaniałe. Któraś z nich zauważyła przy okazji, że żaden francuski reżyser nie odważyłby się na takie potraktowanie świętości narodowej. Nie byłem do końca przekonany, czy to komplement, czy jednak złośliwość. Ale jestem zdania, że „Carmen” nie powinno się dziś wystawiać tradycyjnie z falbanami, mantylkami i czerwonym sztucznym kwiatem we włosach. To zbyt emocjonalna muzyka i dramatyczna, piękna historia o skomplikowanych uczuciach, żeby to adresować do folderów turystycznych. W mojej inscenizacji w Operze Bałtyckiej powtórzyliśmy z Hanną Szymczak wszystkie moje poprzednie założenia.

Carmen w Operze Bałtyckiej zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery BałtyckiejWidziałem osiem inscenizacji tej opery, ale tylko film Petera Brooka był według mnie zbliżony do powagi wspaniałej muzyki i libretta. Reszta ulegała regułom, które w Polsce nazywamy „cepeliowskimi” od zasłużonej instytucji, która popularyzowała ludowe wzornictwo, ale z czasem wypracowała własne stereotypy i estetykę mającą z ludowością mizerne związki. Również opera w jej populistycznym tyglu (a ma tych różnych tygli więcej) wypracowała wzorzec Carmen, który duża grupa melomanów uważa za jedynie słuszny. Jeśli jednak opera w swoim nurcie „seria” dąży do prawdy o bohaterach i o nas samych, którzy siedzimy na widowni i chcemy tym bohaterom współczuć, to warto się postarać, żeby nie opakowywać  ich w stereotypowe kostiumy i nie urządzać im świata scenicznego, który zaspokaja popularne gusty, ale niemiłosiernie wałkuje wszystkie subtelności tragedii do poziomu pizzy na wynos. To właśnie na przykładzie Carmen, Aidy i naszej Halki, a więc największych hitów w polskich teatrach, widać jaka dramatyczna walka toczy się pomiędzy uleganiem większości dla wygody dyrektorów i świętego spokoju księgowych, a artystami, którzy wierzą, że teatr musi być żywą wymianą myśli i emocji prawdziwych, a nie wywoływanych sztucznie.

Pole do interpretacji, mimo bardzo jednoznacznej postawy kompozytora wobec przesłania dzieła, jest jednak spore. Kiedyś swoboda erotyczna głównej bohaterki była szokująca i przekraczająca granice przyzwoitości przyjętej na widowni. Dzisiaj Carmen z jej „wyzwoleniem” i seksualnością to poczciwa babunia i jeśli nie „dopali” się jej na wymiar współczesny, młodzież w ogóle nie zrozumie w czym problem. Don Jose jest jedną z najtragiczniejszych postaci w literaturze operowej. Przemytnicy dzisiaj to nie są biedacy taszczący toboły z nieoclonymi drobiazgami, tylko bezwzględni i bardzo bogaci gangsterzy. Carmen należy do nich, więc też nie można jej traktować jak biednej robotnicy z fabryki tytoniu, która dorabia sobie śpiewając w knajpie i tańcząc na stole w podkasanej spódnicy. To urodzona przywódczyni o wielostopniowej osobowości, moralności i życiu. Bardzo trudno to wszystko pogodzić. Wielu miłośników powie – Co tu godzić i filozofować? Trzeba zagrać i zaśpiewać to, co w partyturze i nie udziwniać opowieści. Ale w tego typu dyskusji nie biorę udziału. Jest tyle teatrów i tylu kolegów reżyserów, że z pewnością niejeden podejmie się wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom. Ja będę się upierał, że to dzieło tragiczne i wymaga uwspółcześnienia. Bizet zapłacił życiem za jego klęskę premierową. Nie dożył czasów, w których jego opera zajęła pierwsze miejsce na liście przebojów. Na to żeby tak się stało złożyła się praca kilku pokoleń artystów operowych. Tak więc Ci, co myślą, że recepty w świecie operowym są proste, bardzo się mylą.

*Kliknij zdjęcia, aby powiększyć... / Click photos to magnify... Zdjęcia (c) S. Ćwikła opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej

Michał Znaniecki, reżyser teatralny i operowy:

Michał ZnanieckiMuszę się nie zgodzić , tak jak nie zgodziła się prapremierowa publiczność Opera Comique, co do spójności i jednoznaczności "Carmen". Właśnie fiasko Bizeta związane bylo z dualizmem jego propozycji: nieslychanie interesująca jest analiza reakcji pierwszych widzów. Po pierwszym akcie tryumf na sali i gratulacje dla otoczonego wielbicielami kompozytora. Z każdym aktem oklaski zanikały, gratulacje zamienialy sie w poklepywanie a potem w dalekie, uciekajace, uśmiechy a prawie naturalistyczna śmierc Cyganki doprowadzila do reakcji absolutnie negatywnej (która spowodowala depresję i przyśpieszyla śmierć Bizeta). Kto mógł się spodziewać że właśnie to pomieszanie stylistyczne (od standardowej, modelowej "opera comique" z jej wielominutowymi dialogami do rozbuchanego emocjami muzycznego finalu, który zapowiadał prawie Pucciniego czy Leoncavallo) przekaże "Carmen" następnym pokoleniom jako "operę uniwersalną". Saloniki Carmen w reżyserii Michała Znanieckiego photo (c) Stefanos opublikowane dzięki uprzejmości Stefanosa i Michała Znanieckiego To nietrzymanie się kanonu zdradza geniusza i pozwala przetrwać operom, które będą zawsze aktualne, a to oznacza że reżyser ma pole do popisu interpretacyjnego. Reżyser stawia akcenty i może pokazać główną bohaterkę jako symbol wyzwolenia kobiet albo walki klas, może mówić o wolności lub utracie wolności, o podświadomości Don Jose z jego dualizmem dobra i zla (Michaela kontra Carmen) itp.

Ja w moich ostatnich inscenizacjach (Trondheim i Thessaloniki) skupiłem się właśnie na niekonsekwencji spojności dzieła wobec zastanych kanonów. Pokazałem dwa światy: ten idealny, którego szukał ówczesny widz, nazywając go "Pocztówką z Hiszpanii" (pamiętajmy, że kompozytor nigdy w Sevilli nie był (!)) i światem naturalistycznym, outsiderskim, wolnym, do którego Carmencita - Cyganka należała i który właśnie zszokowal mieszczańską publiczność Opera Comique w Paryżu. Świat stylizacji, świat formy i malowanych horyzontów, prostych relacji i dialogów, przeciwko obserwującym i negującym ten świat, dzisiejszym Romom. Opera i śmietnik. Mieszczańskie normy i wolność wyboru poza schematem. Tak jak było to spostrzeżone na premierze. Czy jest to duże pole do manwru dla reżysera? Chyba tak, jako że może pracować bardzo głęboko, wręcz psychologicznie z Carmen czy Don Jose, a z drugiej strony zadowolić konserwatywną publiczność tworząc światy wystylizowane, formalne i "operowo tradycyjne". I to wszystko właśnie dzięki Bizetowi i jego eksperymentowi niespójności.

*Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click photo to magnify...

 

 

"Wesele Figara", tak przy okazji

My

Za kilka dni miłośnicy opery pobiegną na transmisję "Wesela Figara" z MET. Zwolennicy "Don Giovanniego" będą zapewne utyskiwać, że ileż to razy można oglądać, jak ktoś arystokratę w "konia robi", co naturalnie spotka się z reakcją tych, którzy "Wesele Figara" przedkładają nad opowieść o rozpustniku wszech czasów. Będą dowodzić, że "Don Giovanni" równać się "Weselu" nie może, bo przecież ta opera, to prosta jak cep historyjka, w której numer goni numer. A stąd jak wiadomo, tylko krok do kłótni i obrazy.

Szanowni Państwo prosimy o wybaczenie, ale w tej sytuacji korci nas niezmiernie, aby postawić pytanie godne dziennikarza prasy kolorowej. "Wesele Figara", czy "Don Giovanni", która opera jest doskonalsza? A która z nich bliższa Państwa sercu?

Jesteśmy bardzo wdzięczni, że na nasze pytania odpowiedzieli: Marek WeissJerzy Snakowski i Agnieszka Zwierko.

Marek Weiss, Dyrektor Naczelny i Artystyczny Opery Bałtyckiej:

Marek Weiss

O wyższości Giovanniego nad Figarem

Tytuł, jak się znający na rzeczy domyślili, nawiązuje do słynnych wykładów Stanisławskiego o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy.

Zadaniem tego tytułu było wykpienie skłonności do sprowadzania wszystkich zjawisk na boisko sportowe i upór, żeby każde zajęło jakieś miejsce w rywalizacji, bo przecież w ocenie każdego zjawiska niezbędna jest wiedza, jakie ono zajmuje miejsce w odpowiednim dla niego rankingu. Bez tej wiedzy coraz częściej stajemy zakłopotani nie mogąc przypisać zjawisku żadnej rangi, bo obawiamy się niesłusznie, że nasze indywidualne odczucia nie mogą być przecież miernikiem wartości. Otóż w sztuce ten zbiorowy idiotyzm jest szkodliwy i niebezpieczny. Sam byłem fanem Top Twenty Radia Luksemburg zaprzątającej mój zielony umysł przez kilka lat. Ulegam też do dzisiaj zapasom sportowym  przy rozdawaniu Oskarów, czy Nobli. Ale to są słabości, którym nie powinno się ulegać. Generalnie jestem zdecydowanym wrogiem wszelkich list, rankingów, słupków oglądalności i porównywaniom ze sobą artystów i ich dzieł. To wprowadza powszechny zamęt i sprawia wrażenie na umysłach niezbyt rozgarniętych, że sukcesy artystyczne można mierzyć stoperem, ilością bramek, długością skoku w metrach, czy ilością trafień floretem. Rodzi się na tym tle aura snobizmu i kultu rekordzistów, przewaga bardziej popularnych nad mniej popularnymi i inne tego typu zakłócenia oddalające nas od prawdziwych wartości zawartych w dziełach dawnych i współczesnych.

Oczywiście, że sztuka jest hierarchiczna i kompozytor Piekutkowski nie szybuje tak wysoko jak Penderecki, a Mozart jest od Pendereckiego jednak dla świata wciąż więcej wart. Nie da się więc całkowicie uniknąć porównań i rankingów i nie ma co o to kruszyć kopii. Kiedy jednak bierzecie pod uwagą dwa wielkie arcydzieła owego Mozarta, z których każde jest nasycone wspaniałą muzyką dostarczającą nam od lat niezwykłych wzruszeń, nie porównujcie ich tak, by ustalić ich hierarchię! Każde z nich opowiada inną historię. Każde zawiera mądre przesłanie dające nam szansę stać się kimś lepszym. Każde z nich  wyzwala z nas emocje, pozwalające oddalić się od zwierzęcia, jakim tak często bywamy. Jednym bliższa jest zawiłość i delikatność poezji Figara, innym siła i brawurowa definicja etyczna Giovanniego. Jak można się zastanawiać które dzieło ważniejsze, a które pośledniejsze? Gdyby któregoś zabrakło na tym świecie, bylibyśmy ubożsi i głupsi. Kierując Operą Bałtycką uznałem, że bez tych arcydzieł nie ma współczesnego teatru operowego. Dlatego zrealizowaliśmy kanon mozartowski składający się z jego czterech arcydzieł „Don Giovanni”, „Wesele Figara”, „Czarodziejski Flet” i „Cosi Fan Tutte”, żeby mieć poczucie, że jesteśmy w stanie sprostać teraz każdemu wyzwaniu, jakie stoją przed operą, bo to jest fundament naszego gatunku. Każdy, kto chce coś wiedzieć o operze i poruszać się w niej świadomie, nie może nie znać tych czterech pozycji. Kiedy już będziecie Państwo z nimi za pan brat, przekonacie się, że nie ma sensu zastanawiać się nad kolejnością, w jakiej powinny stać na sportowym podium.

Jerzy Snakowski, krytyk muzyczny, znawca opery:

Jerzy SnakowskiTakie pytanie, to chwyt poniżej pasa! Odmawiam odpowiedzi! Już dawno pogodziłem się z tym, że pomiędzy „Weselem…”, a „Don Giovannim” istnieje znak równości. Jedna i druga opera to arcydzieło. I jak na arcydzieło przystało każda z nich ma na szczęście swoje pęknięcia i chropowatości. „Na szczęście”, bo dzieła doskonale skrojone, choć miłe, nie sprawiają niespodzianek i wydają się mdłe (vide np. „Lakme” – słucha się tego, ale nie przeżywa). Jedna i druga jest tym, o co chodzi w teatrze operowym  - w obydwu to, co najważniejsze rozgrywa się między nutami  i słowami, jedna i druga pisana jest teatrem. Są piękne w nagraniach, ale sens zyskują  jedynie wtedy, gdy trafią na scenę. Jedna i druga ma taki fragment, w którym staję na krawędzi czeluści geniuszu autora, od czego kręci mi się w głowie i czuję się taaaaaki malutki, a zarazem przeszczęśliwy, że mogę czegoś takiego doświadczać. To pierwsza aria Donny Elviry i cavatina Basi – nie można lepiej oddać sytuacji i postaci niż zrobił to Mozart w tych dwóch numerach. „Wesele...” czy „Giovanni”? Obie!

Agnieszka Zwierko, śpiewaczka operowa, mezzosopran:

Agnieszka Zwierko

"Don Giovanni" czy "Wesele Figara"? Odwieczne pytanie "dzielące" miłośników oper Mozarta. Ja zaliczam się do tych "Weselnych", choć i dobrym wykonaniem Giovanniego nie pogardzę. Ostatnio bardzo podobała mi się studencka produkcja "Don Giovanniego" w wykonaniu warszawskiej młodzieży z UMFC w reżyserii Dziekana Wydziału Wokalnego, prof. Ryszarda Cieśli. Od razu uprzedzę komentarze niektórych czytających: nie, nie, nie, nie "podlizuję" się panu profesorowi, który jest promotorem mojej pracy doktorskiej! Za długo znamy się z Ryszardem, żeby stosować takie tanie chwyty (w tym roku już 25 lat...). Zachwyciła mnie młodzież swą elastycznością, pomysłowością, istnieniem na scenie a i wielu z nich dojrzałym i pięknym śpiewem.

Wracając jednak do tematu..., jak wspomniałam, jestem zdecydowanie fanką "Figara". Razem z moim Jaśkiem (dla niezorientowanych - to mój mąż od ponad 20-tu lat) jesteśmy wiernymi i częstymi słuchaczami, i "oglądaczami" wersji, którą uważamy za wzorcową realizatorsko i wokalnie. Jean-Pierre Ponnelle mistrzowsko poprowadził Hermanna Preya, Mirellę Freni, Kiri Te Kanawę, Dietricha Fischer- Dieskaua i pozostałych znakomicie dobranych śpiewaków. Za pulpitem Karl Böhm i genialnie choć niekoniecznie zgodnie z tempami w partyturze interpretowane takie fragmenty jak duet Susanny i Hrabiny "Sull'aria" czy finałowy ansambl "Contessa, perdono..." Herman Prey jako Figaro jest dla nas jedyny. Jak wzorzec metra w Sevres pod Paryżem. Oglądając różne realizacje "Wesela" odruchowo porównujemy je do tej Ponnelowskiej i jej wspaniałych Artystów...... w przyszłym roku mija 40 lat od wydania tego nagrania, tak nas urzekło, że zdecydowanie i z przyjemnością - jeśli chodzi o twórczość Mozarta - zostaliśmy WESELNIKAMI.

Ostatni raz miałam przyjemność oglądać spektakl "Wesela Figara" w Londyńskiej Operze Królewskiej Covent Garden w 2012 roku, gdy równolegle brałam udział w próbach do "Rusałki" Dvořáka. W głównych rolach Ola Kurzak i Ildebrando D'Arcangelo. Reżyseria klasyczna, przeurocza, pełna dowcipu, w świetnej scenografii i iskrząca kapitalnymi kostiumami. A w roli Marcelliny genialna Ann Murray z którą miałam zaszczyt dzielić garderobę! Bardzo wysoki wokalny poziom spektaklu, co w tym teatrze jest normą i nasza przeurocza Ola, która z każdej sceny robiła perełkę. A w fotel wcisnęła mnie śpiewając przepianissimo (ten termin wymyśliłam teraz, pisząc ten list) niesamowicie genialną w swej prostocie arię Susanny "Deh, vieni, non tardar...." Nad całością czuwał uroczy i zawsze uśmiechnięty szef muzyczny ROH Tony Pappano.

Ciężko jest mi powiedzieć, która opera jest dla mnie doskonalsza..., obydwu słuchałam wielokrotnie, pamiętam warszawskie spektakle "Wesela" jeszcze w polskiej wersji językowej, "Don Giovanniego" w Łodzi (widzialam 2 tamtejsze realizacje a na spektaklu Hanuszkiewicza byłam na premierze) i w TW-ON (z której zapamiętałam najbardziej Piotra Nowackiego ubranego w dziwny, żółty kostium...), ale zdecydowanie bliższy sercu jest mi "Figaro"... Może to Hermann Prey podbił moje serce?

 

 

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)