opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Moje serce jest bardzo szerokie..." - wywiad z Profesor Ewą Łętowską

Zapraszamy Państwa do lektury wywiadu z Profesor Ewą Łętowską, wybitną znawczynią opery i muzyki klasycznej. Pani Profesor rozmawiała z nami przez wiele godzin, goszcząc nas u siebie. Dzięki temu mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczenia na własne oczy jej legendarnego zbioru płyt oraz dowiedzenia się wielu arcyciekawych rzeczy o sztuce operowej. Rozmowa z Panią Profesor była dla nas zaszczytem i ...wielka frajdą :) Serdecznie Pani Profesor Ewie Łętowskiej dziękujemy za czas nam poświęcony. Beata i Michał Olszewscy

Profesor Ewa Łętowska - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Pani Profesor Ewy Łętowskiej
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Zacznijmy od imponującej kolekcji płyt, którą gromadziła Pani z mężem od bardzo wielu lat.

Kolekcjonowanie płyt zaczęło się już na studiach prawniczych, które z mężem ukończyliśmy w 1961 roku. Zbiór powstawał najpierw pod koniec lat pięćdziesiątych, jako dwie odrębne kolekcje, zasilane przez ośrodki  kulturalny NRD, Węgier oraz  wymianę z kolegami ze Związku Radzieckiego i z zachodu. W tej chwili kolekcja już właściwie się nie powiększa, bo jeśli chodzi o historię muzyki, to ja właściwie wszystko już mam, a jeśli zaś chodzi o współczesność, to nie wszystko co obecnie jest wydawane mnie interesuje. W sensie moich oczekiwań, jest to właściwie zbiór kompletny.

Jak szybko potrafi Pani Profesor odnaleźć potrzebną pozycję na półkach?

Bez trudu, wszystko jest skatalogowane i opatrzone odpowiednią sygnaturą. Nawet cymelia mają swój własny symbol.

A „piraty”…?

Nie, „piratów” nie wyodrębniam, dlatego że „piraty”, które ja mam, nie są nimi w sensie prawnym. Są to nagrania klubowe, które są lub były oficjalnie dystrybuowane. Zasada generalnie jest taka, że nie zbieram rzeczy, które ktoś, gdzieś, jakoś zrobił i następnie mi sprzedał wyprodukowaną przez siebie płytę. Oczywiście może się zdarzyć, że w tym ogromnym zbiorze są pozycje, których proweniencja jest na tyle zagmatwana, że nie nadają się one do odtwarzania publicznego, jednak „piratów” w klasycznym tego słowa znaczeniu nie mam.

A tak na marginesie, jako pouczającą ciekawostkę, opowiem Państwu jak w latach siedemdziesiątych przyjechała do Polski Elisabeth Schwarzkopf. Tak się złożyło, że zaprosiliśmy ją z mężem na kolację. Gdy w trakcie rozmowy zapytaliśmy ją, co ona sama ceni najwyżej w swojej dyskografii, Schwarzkopf odpowiedziała, że nagranie Fiordiligi pod Guido Cantellim, które jest ewidentnym „piratem”. I oto, ona, która była bardzo cięta na piratów powiedziała nam „Bogu dziękować, że oni to nagrali”. I ja się z nią zgadzam, bo jeśli się rozważy historię opery, to można odczuwać ogromną wdzięczność dla „piratów”. Zresztą można powiedzieć więcej, że bez „zapożyczeń” wiele oper w ogóle by nie powstało, czemu poświęciłam niedawno opublikowany w „Ruchu Muzycznym” artykuł poświęcony pastiszowi w operze.

Generalnie rzecz biorąc jest nieuchronny konflikt, i to nawet nie tyle między artystami, którzy są pozbawiani apanaży z tytułu praw autorskich, a zbieraczami, czy szerzej, osobami chętnymi dokonywać rejestracji. Jest to raczej narastający konflikt między wytwórniami a artystami, którzy są tym razem po stronie zbieraczy. Bo nam się wydaje, że prawo autorskie chroni twórcę. A to figa z makiem, bo prawo autorskie, tak naprawdę chroni pośrednika, i to coraz bardziej drapieżne. Proszę zwrócić uwagę na wydłużenie terminu ochrony do 70 lat oraz rozszerzenie podmiotowe na dziedziców, powoduje, że dywidendę dostaje teraz ktoś, kto w ogóle nie jest twórcą i który często kładzie łapę na wejściu do domeny publicznej czegoś, co w tej domenie już dawno być powinno. Więc wracając na moment do pastiszu operowego, można powiedzieć, że przy obecnych regulacjach prawnych, nie ma dziś szans na żaden pastisz operowy. Innymi słowy rozrost potęgi pośredników, odbywa się kosztem domeny publicznej, w której my, odbiorcy muzyki, tkwimy. Więc jeśli ktoś mnie o to zapyta, zawsze powiem, że jestem bardziej za wolnością, niż własnością.

Już rok temu Pani Profesor zdobyła nasze serca w tej kwestii, gdy była Pani uprzejma powiedzieć w trakcie wprowadzenie do transmisji „Don Giovanniego” z Metropolita Opera w Nowym Jorku, że zna Pani kilkadziesiąt wykonań tej opery, ale wśród nich wszystkich najbardziej sobie Pani profesor ceni te zarejestrowane przez piratów.

 Bo to jest prawda. One mają niezwykłą spontaniczność…

…ale to wymaga wstępu i wyjaśnienia. Kiedy cofniemy się myślą do czasów mojej młodości, to natrafimy na najwybitniejszą epokę w dziejach nagrań, nie tylko pod względem perfekcji samej techniki zapisu, ale również pod względem artyzmu w samym podejściu do sztuki rejestracji. Ówcześni „nagrywacze”, bo taki wolę termin od realizatora, czy też inżyniera dźwięku, to byli mistrzowie i artyści w pełnym tego słowa znaczeniu, których realizacje były ich samoistną kreacją na płytach. To, ile wkładano wysiłku w nagrywanie, żeby osiągnąć niespotykane na sali koncertowej efekty, to, jak zmieniano instrumenty, by „dźwięk, o ile będzie taka potrzeba, szedł ukosem w dół”, tak naprawdę nie zdarza się już dziś. Obok tych artystycznych cudów studyjnych, istniał wtedy równolegle ów „ruch pirackich nagrań”, które dostarczały czegoś zupełnie unikatowego na tle wymuskanych nagrań studyjnych. „Piraty” dawały poczucie autentyzmu sali koncertowej i w tym sensie były nadzwyczaj spontaniczne. One po prostu działały na wyobraźnie, dając nam dostęp do tego, co działo się naprawdę na scenie, tak jakbym siedziała gdzieś na galerii, gdzie pewnie zwykle nagrywali. Piraci dawali dostęp do tego, co prawdziwe, a nie wykreowane.

Tymczasem proszę zobaczyć, co dzieję się dzisiaj. Teraz to jest tak – nagrania studyjne nie są przeważnie „studyjne”. Są to bowiem pocięte, zmiksowane nagrania z żywych spektakli, które akurat gdzieś się działy. Niektóre z nich bywają nawet dobre. Studyjnych nagrań par excellence nie ma już tylu, co w tamtych czasach. Sztuka nagrywania jest po prostu w odwrocie. Przy tym bardzo się rozszerzył dostęp do repertuaru operowego, każdy z miłośników muzyki ma dużo rzeczy w tej swojej  szafie, więc teraz wydawcy zaczynają polować na specjalne wydarzenia. Do tego dochodzą transmisje jak te z Metropolitan Opera, słowem, obecne warunki tworzą sytuację, w której mamy do czynienia z innym rodzajem eksploatacji i inżynierii dźwięku, niż ten, który przyczynił się w minionej epoce do tworzenia arcydzieł studyjnych. Dziś warunki odbioru muzyki są zupełnie inne. Proszę zwrócić uwagę, jeśli my, jako widzowie w kinie lub teatrze, słuchamy transmisji z MET, to czy śpiewak stoi do nas przodem, czy też stoi do nas tyłem, albo maszeruje w głąb sceny, słyszycie Państwo ten sam dźwięk. Albo weźmy inny przykład, z Bregenz, kiedy w wystawionej na jeziorze „Aidzie” Radames stoi kilkadziesiąt metrów od swojej ukochanej, ale i tak śpiewają bardzo zgodnie w duecie. W efekcie, my inaczej słuchamy i oni inaczej śpiewają. Oczywiście mnie to nie przeszkadza, bo moje serce jest szerokie, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że dzisiejsze śpiewanie to jest coś innego niż dawniej. Kiedy od czasu do czasu sięgam do swoich zbiorów i odsłuchuję wybrane utwory, to jestem po prostu zdumiona ich doskonałością i innością. A do tego dochodzi zachwyt „Rany Boskie, jak ci ludzie wspaniale wtedy śpiewali”. Tak, tak ówcześni nagrywacze wiedzieli, co robić z głosem i muzyką.

Czy oto oznacza, że tamtej epoce należy powiedzieć „adieu”! Jesteśmy teraz skazani na rynkową „melasę”?

Tak. Niestety tak. Oczywiście my mamy teraz inne, niedostępne wtedy radości, ale tamto już bezpowrotnie minęło. Co gorsza, nawet, jeśli ówczesne wspaniałe analogi przegra się na cyfrę, to już nie jest to samo.

Ale skoro rządzi nami logika zysku i logika rynku, to przecież natychmiast powinien ktoś zorientować się, że jest to przysłowiowa żyła złota…

Ależ nie… Przecież rynek dla audiofilów jest niezwykle płyciutki…

Wróćmy na chwilę do naszego pierwszego pytania, o genezę wspaniałej płytoteki Pani Profesor. Zaczęło się wszystko w głębokim PRL-u, kraju zamkniętych granic, tych fizycznych i tych kulturowych…

No bez przesady (śmiech), Internetu wprawdzie nie było, ale można było sobie dobrze radzić…

…no właśnie, ale co dla Pani i Pani męża było źródłem rzetelnej i cennej informacji, która jak wiadomo jest początkiem wszelkich kolekcji?

Źródłem informacji i bardzo solidnej wiedzy było zaprenumerowane pismo – „Gramophone”, którego wszystkie roczniki miałam wówczas.  Ponadto, myśmy byli bardzo mocno zaprzyjaźnieni z Janem Weberem, wspaniałym znawcą i krytykiem muzycznym. Co więcej, ówcześnie znakomitym źródłem wiedzy muzycznej oraz sposobem na pozyskiwanie płyt były oficjalne i prywatne „importy” ze Związku Radzieckiego. Bo trzeba Państwu wiedzieć, że tamtejsza „Melodia” wydawała za przysłowiową kopiejkę utwory znakomite, nawiasem mówiąc, piracąc na potęgę rzeczy wydawane wtedy na zachodzie. Oczywiście nie było też aż tak słodko, żeby zwyczajnie pójść tam do sklepu i kupić. Ale, od czego się miało przyjaciół. Gromadzili i cierpliwie zbierali dla nas tamtejsze wydania płyt, a my robiliśmy to samo dla nich tu w Polsce. Potem, przy nadarzającej się okazji następował „obmien”.

A źródła zachodnie…

Z tymi było bardzo podobnie. Mieliśmy dwóch przyjaciół. Jeden to mieszkający w Edynburgu Szkot, nauczyciel francuskiego, którego mąż poznał podczas jednego ze swoich wyjazdów naukowych do Francji. Akurat w trakcie pobytu tam mąż kupił nagranie „Normy”, to pierwsze  z Sutherland. Gdy siedział w pokoju i słuchał tej płyty, do drzwi zastukał ów Szkot i zapytał, czy też może posłuchać. I tak zaczęła się ta przyjaźń. Bardzo oryginalna, bo Szkot był amatorem zbierania bardzo różnych i bardzo dziwnych rzeczy muzycznych, wydawanych w krajach bloku komunistycznego. My zbieraliśmy je tu dla niego, on zaś zbierał dla nas to, czego akurat potrzebowaliśmy my sami. Drugim takim specjalnym przyjacielem był pewien Włoch z Mediolanu, niezwykle czynny audiofil, który oprócz pasji gromadzenia płyt, był również autorem filmów dokumentalnych, w tym nawet o Marii Callas. Radością i szczęściem dla nas było to, że on zbierał socrealistyczne opery narodów Związku Radzieckiego. To było dopiero cudo…

No tak, tego można było wówczas  na tony u nas kupować…

No właśnie, tony dosłownie. Jakieś tadżycke, jakieś gruzińskie, kazachskie i tym podobne. I co więcej, jemu wcale nie chodziło o to, żeby to był jakiś Aram Chaczaturian, nie, to miały być kompletne egzotyki, lokalne, ówczesne produkty. I myśmy takie produkty wymieniali w relacji jedna płyta za jedną płytę. Oczywiście ta ekwiwalentna (śmiech) wymiana trwała potem bardzo długo.

A jak Państwo zdobywaliście sprzęt potrzebny do odtwarzania. Tamta epoka jak pamiętamy nie rozpieszczała pod tym względem?

Ze sprzętem był rzeczywiście poważny problem. Myśmy długo korzystali z NRD-owskiego Ziphone, ale głośniki to były „samizdaty”, które zrobił nam pewien zdolniacha we własnym zakresie. Pamiętam, że transformatory nawijane były ręcznie. Potem nastąpiła poprawa, bo Mąż wyjechał na stypendium do Austrii, w trakcie którego, dzięki oszczędnościom, mogliśmy kupić lepszy sprzęt.

A potem nastąpiła rewolucja cyfrowa…

Tak i pojawiły się płyty CD. Pamiętam, z jakim niedowierzaniem czytaliśmy w „Gramophone” relacje pierwszych słuchaczy nagrań w tej technice. Same narzekania i utyskiwania. Ale teraz, po latach, ja doskonale rozumiem, na czym polega ten problem, choć on akurat należy do tych, o których człowiek wie, że coś jest nie tak, ale nie potrafi łatwo zwerbalizować, co jest nie tak. Ja to tłumaczę obrazowo w taki sposób: dźwięk, jaki daje gramofon analogowy to jest cegła, ona ma strukturę i grubość. Ona ma trzeci wymiar, gdy tymczasem dźwięk cyfrowy można porównać … z kartką papieru. Ona nie ma głębi. Oczywiście, nie potrafię tego wyłożyć posługując się precyzyjnym językiem technicznym, ale zestawienie głębi i płaskości dużo mówi o tym zjawisku.

W teatrze nadal słuchamy analogowych instrumentów…

…tak i nikt nie przepuszcza tego przez filtr digitalizacji. Co więcej, siedząc w teatrze otrzymujecie Państwo różne warianty muzyki, w zależności od miejsca, w którym siedzicie.

Czasami to są nawet bardzo różne przedstawienia, choć za każdym razem grane w tym samym miejscu, przez tych samych muzyków. Inaczej brzmi „Don Giovanni” słuchany na skraju parteru w Wiener Staatsoper, a inaczej, gdy zasiadamy w samym środku sali.

Zgadza się. I na tym polega właśnie czar prawdziwego, scenicznego wykonania.

Pani Profesor, a skoro rozmawiamy o przewagach i urokach prawdziwego śpiewania, to niech nam będzie wolno zadać klasyczne, dziennikarskie pytanie: „Których śpiewaków ceni Pani najwyżej?”

Już o tym wspominałam: moje serce jest bardzo szerokie i żeby powiedzieć zgodnie z prawdą kocham różnych śpiewaków za zupełnie różne rzeczy. I nie mam takiej cechy, żeby pytana o faworytów, wskazywać na idoli mojej młodości, bo wśród ulubieńców mam również wielu śpiewaków współczesnych. I powiem więcej, pamiętam młodego, olśniewającego Placido Domingo debiutującego przed wieloma laty w Hamburgu w „Rycerskości wieśniaczej”, i pamiętam również świetnie starego Dominga u nas, w Warszawie, śpiewającego w „Walkirii”, wzbudzającego absolutny szacunek. Którego Domingo kocham bardziej? Nie wiem, każdego z nich szanuję za coś zupełnie innego. Bardzo cenię wspomnienia o Pavarottim na żywo, za ten rodzaj zachwytu, którym mnie obdarzył, kiedy słuchając go miało się wrażenie, że to nie śpiew jest, ale że strumień czystego złota się leje. Mam również bardzo dużo sentymentu do Björlinga, którego znam tylko z nagrań oraz niezwykle wysoko cenię Geddę. Odczuwam również nadzwyczajną słabość do pewnego niedocenianego śpiewaka – Wacława Domienieckiego, który wzorem muzykalności wprawdzie nie był, ale co to był za głos. Gdyby ten facet trafił w swój czas to podbiłby  świat. Jego przypadek jest klasycznym dramatem bardzo utalentowanego śpiewaka, którego kariera przypadła na epokę zimnej wojny. Inny taki przypadek to Bogdan Paprocki, którego można porównywać do  Giuseppe di Stefano. To było całe pokolenie artystów, które z powodów politycznych nie miało szans na właściwy rozwój i karierę.

Najwspanialszą królową nocy na świecie w tym pokoleniu była Zdzisława Donat…

Donat – świetna. A przy okazji, to jej kariera zwraca uwagę na pewne szersze zjawisko. Mam całkiem sporą kolekcję biografii znanych śpiewaków, między innymi Nilsson. Ona wspomina o wydarzeniu, które jest kwintesencją podejścia śpiewaka do – jakby to powiedzieć – własnego aparatu. Ona wspomina dość zabawną i charakterystyczną historię. Otóż ona w latach swojej młodości długo się wahała, którą drogą pójść, bo właściwie była w stanie śpiewać dowolny repertuar. Wspomina moment, kiedy stanęła przed lustrem i zaczęła się zastanawiać, co powinna śpiewać kobieta obdarzona właśnie taką urodą (miała dużą głowę i krótką szyję). Potem, w trakcie swojej kariery udowodniła, że potrafi ze swoich osobistych predyspozycji wyciągnąć najlepsze, co było można. Do czego zmierzam? Jeżeli teraz mamy śpiewaków, którzy są kształceni trochę na naśladownictwie, trochę na płytach, to nie poświęca się uwagi na to, aby pomóc im poszukać ich własnej, właściwej im drogi, ustawienia własnego głosu. Tak samo  było ze Schwarzkopf, która zaczynała jako mezzo, bez specjalnie dobrych rezultatów. Szwendała się po jakiś operetkach i pośledniejszych teatrach. W pewnym momencie trafiła do Marii Ivogün, świetnej również śpiewaczki występującej często przed wojną w Wiedniu, która była w owym czasie znakomitą nauczycielką śpiewu. I to ona właśnie znalazła w głosie Schwarzkopf dwa dźwięki, wokół których pomogła jej zbudować całą resztę głosu. Bo uznała, że u Schwarzkopf akurat te dwa dźwięki są dobre i że w oparciu o nie właśnie będzie można stworzyć wybitny głos śpiewaczki. Te dwa przypadki – Nilsson i Schwarzkopf pokazują, jakie jest ważne przy kształceniu śpiewaka znalezieniu tego, co u niego jest najlepsze, a nie robienie spod sztancy, bo „tak się teraz śpiewa”, „bo tak się teraz robi”. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie, bo uświadomiło mi, dlaczego mi się bardziej podobają śpiewacy przeszłości niż teraźniejszości. Tamci po prostu szukali swojego głosu, gdy tymczasem wielu dzisiejszych śpiewaków wzoruje się na tym, co się słyszy na płytach.

To ciekawe, bo opinię Pani Profesor potwierdza wielu innych osłuchanych ekspertów. Zwracają oni uwagę na narastające zjawisko naśladownictwa, niekorzystne, bo wielu młodych śpiewaków próbuje śpiewać jak dawni mistrzowie, nie mając po temu odpowiednich warunków. W efekcie bardzo często, szybko tracą głos.

Ależ tak. Czy pamiętacie Państwo krótką karierę Elena Souliotis. Przecież ona miała piękny głos…

…co się stało?

No stało się to, co stać się musiało… zdarła głos, bo naśladowała Callas. W wieku około 30 lat wszystko poszło w diabły.

To bardzo interesujące, bo podobny styl pracy ma Piotr Beczała, który od kilkunastu lat współpracuje z tym samym nauczycielem śpiewu, i który opowiadał nam jak przebiegały jego pierwsze lekcje. Dokładnie tak, jak w historiach przytoczonych przez Panią Profesor. …. Nauczyciel kazał mu na okrągło śpiewać i ćwiczyć dwa lub trzy dźwięki, z taką konsekwencją, że jak to określił Pan Piotr: „to było aż upokarzające”.

No proszę, to jest dokładnie to samo, o czym mówiłam.

Pani Profesor opera, choć mówi się o niej, że jest sztuką wysoką, że wyjątkowa, że elitarna, to jednak opera współczesna jest po prostu – tak jak cała nasza rzeczywistość – rynkowa. Innymi słowy, operą rządzi rynek i w pewnym sensie, dla wielu zatrudnionych w niej ludzi jest to biznes, jakich wiele.

Tak to prawda…

Efekty bywają dosyć nieprzyjemnie zaskakujące. Na przykład Opera Wiedeńska jest bodaj jedyną na świecie, która szczyci się tym, że jest na finansowym plusie. Jednak prosimy o zwrócenie uwagi, jakie to przynosi efekty: linoleum na podłodze, budynek, przynajmniej w części dostępnej dla widzów „domagający się remontu”, a o toaletach w ogóle nie warto wspominać, bo te które odwiedzamy w polskich teatrach, powinny być dla Opery Wiedeńskiej wzorem estetyki i schludności. Ale idźmy dalej, finansowy plus jest też prawdopodobnie zapewniony powściągliwością w wydawania pieniędzy na inscenizacje.  Wielokrotnie mamy tam do czynienia z inscenizacjami niezwykle oszczędnymi jeśli chodzi o inwestycje w dekoracje  - ostatnio, kilka kubików naśladujących duże kostki lodu, brama a la Igloo i dwie niedźwiedzie skóry, to były wszystkie rekwizyty dla całego drugiego aktu „Eugeniusza Oniegina”. Tymczasem, płacimy tam niebotyczne ceny biletów, bo jak można się domyślać takie są wymagania zatrudnianych tam gwiazd operowych pierwszej wielkości. Co więcej, a wiemy to z relacji wielu śpiewaków, bardzo często nie ma tam prób z orkiestrą, a śpiewak wychodząc na spektakl ma do czynienia z muzykami i danym dyrygentem po raz pierwszy. Efekty są doprawdy „rynkowe” – widzieliśmy już „Wesele Figara”, w którym wielka gwiazda operowa, śpiewak od lat wykonujący partię Hrabiego Almavivy, zamiast śpiewać do trzymanej w objęciach partnerki, „wgapiał” się nieustannie, a to w dyrygenta, a to w kulisy….

Profesor Ewa Łętowska - zdjęcie za Wikipedią - pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Ewa_Łętowska_Polish_lawyer.jpg
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

(śmiech)… w kulisy to on patrzył zapewne, bo miał tam swojego suggieritore.

To przypomina mi historię, która wydarzyła się w Operze Wiedeńskiej jeszcze w czasach Karajana, kiedy to doszło do dzikiej awantury prawniczo – operowej o maestro suggieritore, który jako taki jest tworem włoskim. To nie jest sufler, to jest ktoś więcej. To jest ten, który stoi w kulisie i odpowiadając za tekst, prowadzi również śpiewaka muzycznie. Coś, jakby drugi dyrygent, ale zza kulis. Współcześnie rola suggieritore nie jest już taka istotna jak kiedyś, szczególnie podczas spektakli, w których artyści noszą w uszach charakterystyczne słuchaweczki. Jednak w latach sześćdziesiątych to był spory problem, tym większy, że pewnego razy Karajan zażądał do premiery „Cyganerii” suggieritore z … Włoch, co było nawet logiczne w sytuacji, kiedy całą obsadę miał włoską, a tradycyjnie pracujący suflerzy austriaccy nie mieli takich umiejętności, nie mówiąc o języku. Jednak wtedy, jak wiadomo nie było Unii Europejskiej, a zatem na zatrudnienie cudzoziemca trzeba było mieć administracyjne pozwolenie. I proszę sobie tylko wyobrazić, jaka wybuchła o to awantura, bo oczywiście postawiły się ostro związki zawodowe, twierdząc, że suflerzy austriaccy są równie dobrzy. Sprawa oparła się o sąd administracyjny, przed którym prawnicy Karajana musieli dowodzić, że w tym konkretnym przypadku nie chodzi o zwykłe „podpowiadactwo”, ale o potrzebę artysty, który włada pewną specjalnością, niedostępną na terenie Austrii. Podkreślano tu szczególnie artyzm tego rzemiosła, bo według ówczesnych regulacji prawnych wyjątki przy zatrudnianiu cudzoziemców stosowano szczególnie chętnie w przypadku naukowców i …artystów właśnie. I proszę sobie wyobrazić, że Karajan sprawę przed sądem wygrał, premierę zrobił na swoich warunkach, ale tak się wściekł, że trzepnął drzwiami powiadając, że nie będzie więcej w Operze Wiedeńskiej pracował. Ta przerwa trwała, aż dziesięć lat, a Karajan wrócił do Wiednia dopiero w 1974 roku.

Pani Profesor, co to jest opera?

Dzieło złożone proszę Państwa...

Zadajemy to pytanie zupełnie świadomie i jak mantrę powtarzamy, bo chcemy zrozumieć siebie samych. Potrzebujemy psychoanalityka, gdyż nie bardzo ten fenomen rozumiemy. Mamy przecież swoje lata, mamy sumę życiowych doświadczeń, ale nic na to nie poradzimy, że gdy umiera Mimi, za każdym razem płaczemy jak pensjonarki. Co jest takiego w operze Pani zdaniem, że te same przedstawienia wyzwalają w nas taki wstrząs?

To wszystko zależy od tego, na jakie doznania człowiek jest wrażliwy. Ja jestem wrażliwa na czysto fizyczną urodę głosu, a jeżeli głos jest jeszcze wsparty bardzo dobrą techniką, czyli warsztatem, i jest to pięknie przekazane, to jaka to przyjemność tego słuchać! Dla mnie wszystko zaczyna się od wykonawstwa.

Pani Profesor, ale to chyba nie jest wszystko, bo gdyby tak było to nie chodzilibyśmy przecież do teatru, a słuchalibyśmy opery w domu?

Ale proszę Państwa, opera to jest także wydarzenie towarzyskie. W XVIII, XIX  wieku opera była rodzajem elitarnego klubu. Po prostu wypadało co wieczór iść na operę, choćby na kawałek, po to w teatrach przecież były loże... Być może urok opery, jej powab, z jednej strony leży w jej możliwości zaspokojenia bardzo rożnych potrzeb społecznych. To taki fenomen kulturowy i społeczny. Z drugiej strony, dla człowieka, który lubi muzykę, łatwiej jest słuchać opery niż na przykład kameralistyki. Dodatkowo, opera przyciąga nie tylko głosem, ale i niejednokrotnie ciekawą inscenizacją teatralną. Na przykład wczoraj oglądałam przepięknie wystawioną „Turandot”. Te kostiumy, cała oprawa sceniczna, jakież to było interesujące! Ta wielorodność opery jest fascynująca. To jest tak samo jak ze sztukami teatralnymi. Które sztuki teatralne dają największe możliwości inscenizacyjne? Te, które są uniwersalne z różnych względów. Opera jest z tego punktu widzenia uniwersalna, bo może zaspokoić rożne potrzeby. I może dlatego jest taka ponadczasowa. Opera łączy w sobie tak wiele elementów - sama muzyka, melodia, kunszt orkiestracyjny. Ileż jest możliwości od strony wokalnej, czy też od strony teatralnej, która uruchamia naszą wyobraźnię.

Pani Profesor, ale gdzieś jest jednak zagadka, bo gdybyśmy czytali daną powieść dziesięć razy to w poszczególnych momentach ziewalibyśmy ze znudzenia, a tu za każdym razem idziemy na „Cyganerię”, żeby już się trzymać tego przykładu, i jesteśmy rozemocjonowani, a przecież dokładnie wiemy jak to się skończy …

To prawda. Można się oczywiście starać tłumaczyć to na różne sposoby, rozbierać na elementy pierwsze, ale tak na końcu najważniejsze jest jedno, czy dane przedstawienia nas porusza i czy przysłowiowe dreszcze chodzą po plecach, czy nie.

Czytaj więcej: "Moje serce jest bardzo szerokie..." - wywiad z Profesor...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)