opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Ludzie chcą tego, co piękne" - wywiad z Józefem Kańskim

O minionej epoce w operze, z nestorem polskiej krytyki muzycznej i muzykologii - Józefem Kańskim, rozmawiali Beata i Michał Olszewscy

Józef Kański zdjęcie (c) Andrzej Georgiew/"Ruch Muzyczny" opublikowane dzięki uprzejmości Andrzeja Georgiewa
Józef Kański
zdjęcie (c) Andrzej Georgiew/"Ruch Muzyczny"*
kliknij, aby powiększyć...

Przywilejem amatorów, rozmiłowanych w tym co słyszą, jest często nie rozumieć dlaczego podoba im się to co słyszą. Doświadczeni melomani zwyczajowo często w takich sytuacjach wskazują na dyrygenta jako tego, który może sprawić, że doskonale nam znany utwór ponownie porwie nas swoim pięknem. Na czym polega magia dyrygentury?

Rzeczywiście o duszy utworu, o jego pięknie i wyjątkowości, decyduje dyrygent, a o jego wielkości jako artysty: jego indywidualność i wyjątkowość. Rzecz jest więc z pozoru banalna:  dyrygent musi być genialny, bo gdy nie jest…, to jako rzemieślnik pozostawi po sobie tylko nuty zagrane we właściwym miejscu, a my o jego wykonaniu po prostu zapomnimy. Smutno to powiedzieć, ale wielcy dyrygenci, już poodchodzili. Weźmy pierwszy przykład z brzegu, Bayreuth i wykonania dzieł Wagnera. Moim zdaniem Hans Knapperbusch był ostatnim z wielkich wagnerowskich dyrygentów z charyzmą, której dzisiejsi dyrygenci po prostu nie mają. No, może jeszcze Carlos Kleiber, zresztą także już nieżyjący… Minęło ponad czterdzieści lat od mojej pierwszej wizyty w Bayreuth. Wtedy, z pierwszego przedstawienia „Parsifala” jakie udało mi się obejrzeć, ludzie wychodzili uduchowieni, wręcz rozmodleni…

Wiemy z lektur i wspomnień ówczesnych uczestników festiwalu w Bayreuth, że obowiązywała zasada, że nie klaszcze się po „Parsifalu”…

…tak, nie klaskało się po ostatnim jego akcie, bo ten kończył się w bardzo seraficznym klimacie. Ale wiele się od tamtych czasów zmieniło. Kiedy ostatni raz, pięć lat temu, byłem na „Parsifalu” w Bayreuth, to słyszałem okrzyki, w bardzo różnych językach: „Hańba”, „Wstyd” i „Świństwo”.

 

Zgadujemy, że publiczność była oburzona sposobem inscenizacji?

Oczywiście. Do tego wykonanie muzyczne nie było takie, żeby dało się kogokolwiek „zabrać do artystycznego nieba”. Tymczasem przedstawienia, które dane mi było oglądać podczas moich pierwszych podróży na Festiwal Wagnerowski jeszcze takie były. Można powiedzieć, że miałem szczęście „załapać” się w kilku dziedzinach,  na ostatnie blaski mijającej epoki. Dotyczy to również teatru dramatycznego. Na przykład widziałem „Lillę Wenedę”, którą po wojnie otwierano Teatr Polski w Warszawie. Pamiętam do dziś obsadę tamtego spektaklu – Elżbieta Barszczewska, Seweryna Broniszówna, Wojciech Brydziński, Gustaw Buszyński, Leokadia Pancewiczowa i Juliusz Osterwa, pamiętam poszczególne sceny i fenomenalną dykcję ówczesnych aktorów. Gdy kilkanaście lat później zabraliśmy naszą córkę do teatru, ta w przerwie poprosiła nas abyśmy wracali do domu. Na pytanie o przyczynę odpowiedziała: „Bo ja nic nie rozumiem z tego co oni mówią”. We wspomnianej przeze mnie „Lilli Wenedzie” nie było takiego słowa, które by się zgubiło. I na tym właśnie polega symboliczna różnica między „kiedyś”, a „dziś”, i to samo zjawisko dotknęło Bayreuth.

Czterdzieści lat temu, to była inscenizacja Wielanda Wagnera, wielkiego wizjonera, którego inscenizacja „Parsifala” wcale nie była tradycyjna, ale wysoce symboliczna. Tam działały tylko światła, a dekoracji właściwie nie było, poza kilkoma elementami na scenie. I mimo to, dzięki fantastycznej reżyserii cały czas miało się wrażenie, że się jest dokładnie tam gdzie należy, czyli w mitycznym świecie stworzonym przez Wagnera.

Czyli było odwrotnie, niż jest teraz, gdy publiczność po opuszczeniu teatru, jeszcze długo spiera się o to, co widziała na scenie. Dość wspomnieć „Parsifala”, którego widzieliśmy kilka tygodni temu w Royal Opera House w Londynie. Orkiestra pod batutą Antonio Pappano zagrała świetnie. Szkopuł jednak w tym, że inscenizacja była bardzo momentami zawiła i nieczytelna w warstwie znaczeniowej. Na przykład odsłaniany Graal okazywał się nagle małym chłopcem, któremu Amfortas rozcinał bok. Oczywiście możemy „podłożyć” pod to co widzimy kilka możliwych interpretacji, ale mamy często wątpliwości, czy jest to akurat naszym obowiązkiem „rozszyfrowywać” intencje reżysera?

Nie, no właśnie, że nie. Powinno być dokładnie odwrotnie. To obowiązkiem reżysera jest rzecz całą tak wyłożyć, żeby widz rozumiał o co jemu, to znaczy reżyserowi, chodzi. A moim zdaniem, jemu powinno chodzić o dokładnie to samo, o co chodziło autorowi. Oczywiście, jak to zrobi i jakich użyje do tego celu metod, to jest zupełnie inna, otwarta sprawa. To właśnie Wieland Wagner pokazał, że niekoniecznie musi płynąć strumyk na scenie, ale ja, jako widz, muszę mieć wrażenie, że on jednak tam płynie. Oczywiście, można opery wystawiać dosłownie, co przynosi często doskonałe efekty. W 1957 roku, podczas mojego pierwszego wyjazdu za granicę, zobaczyłem „Śpiewaków Norymberskich” w Monachium. Obsada była mniej więcej taka sama jak w Bayreuth dwa, lub trzy lata później, więc można powiedzieć, że na scenie byli sami wielcy, ówcześni artyści. Między innymi  Ferdinand Frantz, Otto Edelmann i Lisa Della Casa, która prezentowała się tak wspaniale, że można się było w niej zakochać, co zresztą łatwo tłumaczyło zachowanie rycerza, który na jej widok w kościele, po prostu zwariował z miłości. Bo taka też była inscenizacja, bardzo naturalistyczna, dosłowna i tak piękna, że miałem niesamowite wręcz wrażenie, że …jestem naprawdę w XVI-wiecznej Norymberdze.

A jeśli pozostawimy na boku kwestę inscenizacji współcześnie wystawianych oper Wagnera i zapytamy Pana o głosy, to czy są śpiewacy, którzy Pana zachwycają?

Niestety, też nie bardzo. Obawiam się, że epoka wielkich głosów, tak jak i epoka wielkich dyrygentów, też się skończyła. Gdy przed laty przyjeżdżałem do Bayreuth to natychmiast biegłem na przedstawienia i byłem oczarowany prawie każdym. W tej chwili jak przyjeżdżam do Bayreuth, najpierw idę do sklepiku, który jest w pobliżu, i kupuję nagrania z Festiwalu Wagnerowskiego… sprzed półwieku. Bo to był zupełnie inny świat… Dziś już nie ma ani drugiego Lauritza Melchiora, ani następcy Maxa Lorenza... Po prostu nie ma…

Odwiedzając regularnie Bayreuth miał Pan zapewne okazję poznać rodzinę Wagnerów?

Z Wolfgangiem Wagnerem rozmawiałem za każdym razem. Był (chwila namysłu)… bardzo ciekawym  człowiekiem. Bardzo dobrym organizatorem, bardzo rzeczowym komentatorem, który dzieła swojego dziadka znał doskonale i wiedział o co w nich chodzi. Pamiętam, jak mu opowiedziałem, że widziałem raz w Amsterdamie takie przedstawienie „Śpiewaków Norymberskich”, gdzie pokazano Beckmessera jako wyobcowanego z całego środowiska, bowiem w zamyśle reżysera był on Żydem. Na co Wolfgang spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem i powiada: „Ktoś zwariował. W tamtych czasach Żyd nie mógł dostać żadnego urzędu. Reżyser pewnie o tym nie wiedział”. Teraz w Bayreuth rządzą dwie prawnuczki Richarda Wagnera, ale na ile się orientuje, sprawy nie idą w dobrym kierunku. Do momentu, gdy nie przeczytałem relacji, trochę żałowałem, że nie było mi dane zobaczyć nowego „Pierścienia” przygotowanego z okazji Roku Wagnerowskiego. Zmieniłem jednak zdanie gdy  przeczytałem sprawozdania.

Zresztą, miniona epoka była nawet w PRL-u bardziej łaskawa dla twórczości Wagnera. Po wojnie, Wagner był wprawdzie w Polsce źle widziany, jako że utrzymywano, że był prekursorem hitleryzmu, ale już w 1956 roku wystawiono „Lohengrina” w Operze Warszawskiej. To było przedstawienie, które można było pokazać wszędzie na świecie. Wszystko było świetnie zaśpiewane i co ważne zainscenizowane tak jak trzeba. Było drzewo nad Skaldą, król siedział pod nim i odprawiał sądy… słowem, wszystko było tak jak trzeba. A jaka obsada! Maria Fołtyn, Jadwiga Kłosówna, Wacław Domieniecki, dodajmy, że nie dość doceniony, a przecież jeden z najwybitniejszych tenorów bohaterskich w Europie…

…to samo powiedziała o nim w wywiadzie dla opera.info Pani Profesor Ewa Łętowska…

…oczywiście, bo, to był wielki śpiewak, podobnie jak występujący wtedy Albin Fechner, bohaterski baryton, jakich niewielu wtedy było. No i oczywiście jako król - Kazimierz Poreda, niedoceniony, wielki bas. Orkiestrą dyrygował Mieczysław Mierzejewski. Chciał to zrobić Walerian Bierdiajew, ale był już w złym stanie zdrowia. Publiczność przyjęła spektakl entuzjastycznie.

W jakim języku grano?

Grano po polsku. Zresztą kiedyś większość oper grano w języku kraju, w którym się daną rzecz wystawiało. Osobiście nie sądzę, żeby sam Wagner miał coś przeciwko temu, bo wprawdzie z jednej strony używał całej masy słów w określony sposób brzmiących, które zapewne były mu „muzycznie” potrzebne, ale z drugiej strony niekończące się monologi były niezbędne, aby „wbić” widzom do głowy jego idee. Toteż użycie ich w tłumaczeniu było potrzebne, aby widz łatwiej zrozumiał o co chodzi.

Wokół tego, czy należy opery wystawiać w językach oryginalnych, czy też dopuszczalne jest ich tłumaczenie? - toczy się spór. Jedni powiadają, że wyświetlane napisy wystarczają, inni, że ich czytanie rozprasza i męczy…

Czasami napisy bardzo pomagają, ale czasami są bezużyteczne, jeśli się siedzi blisko sceny, a wyświetlacz jest zawieszony bardzo wysoko. Pod tym względem świetnie rozwiązano to w nowym teatrze operowym w Amsterdamie, gdzie napisy biegną dołem, nad kanałem orkiestrowym i widz ma napis dosłownie pod nogami faceta, który śpiewa.

Wygodne rozwiązanie zastosowano też w La Scali i w Wiener Staatsoper, gdzie w fotelach poprzedzających  siedzenie widza zamontowano ekrany, którymi każdy może dowolnie sterować, i które są tak skonstruowane, że osobie siedzącej obok nie przeszkadza światło emitowane przez ekran. Ale wracając do głównego wątku naszej rozmowy, to z Pańskich opowieści można wyciągnąć smutny wniosek, że współcześni miłośnicy opery nie mają takiego szczęścia, jeśli mówimy o poziomie wykonania sztuki operowej?

To prawda, ale z drugiej strony, ci którzy przeżyli 50 lat w PRL-u też mogą mówić, że nasi ojcowie i dziadkowie jednak mieli lepiej. Choć po rozbiorach i czasie niewoli był tylko króciutki okres Drugiej Rzeczpospolitej, to jednak łatwo dostrzec co zdążono w tym czasie zrobić. Proszę tylko pomyśleć – najnowocześniejszy port na Bałtyku, najlepsze koleje w Europie, a kolejkę na Kasprowy zbudowano w zaledwie 7 miesięcy, choć materiały trzeba było nosić na plecach…

…wybudowano też Centralny Okręg Przemysłowy…

…zgadza się; i Zakłady Azotowe w Mościcach. Wszystko to było możliwe, bo do rządzenia mogli się po zaborach zabrać ludzie fachowi, którzy się przygotowywali do tego co robili przez wiele lat, jeszcze w czasach niewoli. Kadra do objęcia rządów była przygotowana tak jak trzeba. Niestety dziś nie jest z tym najlepiej i stan nieprzygotowania dotyczy również teatrów operowych. Podobnie o polskiej muzyce symfonicznej lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych mógłbym powiedzieć z całą pewnością, że przodowała w świecie, że wręcz istniała świetna polska szkoła kompozytorska, gdy tymczasem nie mógłbym powiedzieć tego o nowszej, czy też całkiem współczesnej polskiej twórczości. W tamtych czasach istniało bowiem jeszcze pokolenie ludzi, których dobrze nauczono, dobrze przygotowano w przedwojennych uczelniach muzycznych. Oni, już jako profesorowie, jeszcze przez kilkanaście lat funkcjonowali w Polsce, nauczając nowe pokolenie.  A potem zabrakło ciągłości, trudno nawet powiedzieć dlaczego,  w sztafecie pokoleń „wypadła” gdzieś cała generacja.

Pan Piotr Kamiński wspomina, że już trzydzieści lat temu profesor Bardini mówił, iż w Polsce zaczyna brakować nie tylko nauczycieli muzyki, ale i tych, którzy kształcą nauczycieli. Być może właśnie wtedy popełniono jakiś fatalny błąd w systemie kształcenia, za który dzisiaj przychodzi zapłacić.

W szkolnictwie muzycznym istniał wydział pedagogiczny, tak zwany wydział czwarty w Wyższej Szkole Muzycznej, który miał właśnie przygotowywać nauczycieli dla szkół i dla wychowania muzycznego. Tylko, że praktyka pokazała, że tam szli najgorsi, czyli wszyscy ci, którzy nie mogli dostać się na żaden inny wydział. Nie dam głowy, ale chyba tam nawet matury nie wymagano, a wszędzie indziej wymagano.

A to nakładało się na całe lata lekceważenia przez szkoły wychowania muzycznego jako przedmiotu zbędnego, na którym można nadrobić godzinowe braki nauczycieli matematyki, czy języka polskiego…

…tak, a wychowanie muzyczne prowadzili - przysłowiowa pani od rysunków, albo pan od geografii.

No i doczekaliśmy się tego, co Pan Piotr Kamiński nazywa kryzysem wykonawczym w operze? Czy dziś zdarza się Panu zachwycić w teatrze operowym?

Niestety, prawie zupełnie niczym się nie zachwycam. Nie ma czym. Chodzę do opery głównie z obowiązku.

I nie ma już takich miejsc, do których Pan jeździ z przyjemnością?

Bardzo niewiele, jeżeli w ogóle. Nawet Bayreuth, które przez długi czas uważałem za miejsce magiczne. Jako miejscowość zachowało wprawdzie swój urok, pomimo, że nawet znakomita knajpa „Pod sową”, do której uczęszczał sam Wagner, została kupiona przez nowych właścicieli i straciła swój charakter. A sam festiwal…, no cóż, ja jeszcze pamiętam ludzi, którzy w galowych strojach szli piechotą na przedstawienie główną aleją. Ten uroczysty marsz przebiegał w szpalerze utworzonym przez obserwującą tych eleganckich ludzi gawiedź. Jedno się chyba nie zmieniło, bo o  bilety, i wtedy i dziś, trzeba czekać ponad dziewięć lat.

Dowiedzieliśmy się, że niedawno, jedno z Towarzystw Przyjaciół Muzyki Wagnera, bodaj w Kalifornii podzieliło się na dwie części, żeby zwiększyć swoje szanse na pozyskanie biletów.  

O tym problemie mówił mi już nawet Wolfgang Wagner, który skarżył się na ogromne namnożenie tych towarzystw, domagających się biletów, w sytuacji kiedy organizatorzy festiwalu muszą obdzielić miejscami wiele ważnych instytucji kulturalnych, które mają pierwszeństwo. A cały ten ogromny popyt utrzymuje się mimo bardzo wysokich cen tych biletów.

Miejsc, do których Pan jeździ z przyjemnością już właściwie nie ma. Jak więc jest ze współczesnymi śpiewakami operowymi? Czyich głosów lubi Pan słuchać?

Trochę ich pewnie jest… (chwila namysłu). Na przykład Rollando Villazon z okresu zanim zaczęły się jego problemy z głosem. Diana Damrau, której, jak sądzę warto zawsze słuchać. Renee Fleming, która jest bardzo wszechstronną śpiewaczką. Jonas Kaufmann, który jest tenorem z prawdziwego zdarzenia. Bardzo lubię Ferruccio Furlanetto, to znakomity bas. Także Cecilię Bartoli czy Elinę Garanča. No i naszego Beczałę.

Czytaj więcej: "Ludzie chcą tego, co piękne" - wywiad z Józefem Kańskim

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)