opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Ludzie chcą tego, co piękne" - wywiad z Józefem Kańskim

O minionej epoce w operze, z nestorem polskiej krytyki muzycznej i muzykologii - Józefem Kańskim, rozmawiali Beata i Michał Olszewscy

Józef Kański zdjęcie (c) Andrzej Georgiew/"Ruch Muzyczny" opublikowane dzięki uprzejmości Andrzeja Georgiewa
Józef Kański
zdjęcie (c) Andrzej Georgiew/"Ruch Muzyczny"*
kliknij, aby powiększyć...

Przywilejem amatorów, rozmiłowanych w tym co słyszą, jest często nie rozumieć dlaczego podoba im się to co słyszą. Doświadczeni melomani zwyczajowo często w takich sytuacjach wskazują na dyrygenta jako tego, który może sprawić, że doskonale nam znany utwór ponownie porwie nas swoim pięknem. Na czym polega magia dyrygentury?

Rzeczywiście o duszy utworu, o jego pięknie i wyjątkowości, decyduje dyrygent, a o jego wielkości jako artysty: jego indywidualność i wyjątkowość. Rzecz jest więc z pozoru banalna:  dyrygent musi być genialny, bo gdy nie jest…, to jako rzemieślnik pozostawi po sobie tylko nuty zagrane we właściwym miejscu, a my o jego wykonaniu po prostu zapomnimy. Smutno to powiedzieć, ale wielcy dyrygenci, już poodchodzili. Weźmy pierwszy przykład z brzegu, Bayreuth i wykonania dzieł Wagnera. Moim zdaniem Hans Knapperbusch był ostatnim z wielkich wagnerowskich dyrygentów z charyzmą, której dzisiejsi dyrygenci po prostu nie mają. No, może jeszcze Carlos Kleiber, zresztą także już nieżyjący… Minęło ponad czterdzieści lat od mojej pierwszej wizyty w Bayreuth. Wtedy, z pierwszego przedstawienia „Parsifala” jakie udało mi się obejrzeć, ludzie wychodzili uduchowieni, wręcz rozmodleni…

Wiemy z lektur i wspomnień ówczesnych uczestników festiwalu w Bayreuth, że obowiązywała zasada, że nie klaszcze się po „Parsifalu”…

…tak, nie klaskało się po ostatnim jego akcie, bo ten kończył się w bardzo seraficznym klimacie. Ale wiele się od tamtych czasów zmieniło. Kiedy ostatni raz, pięć lat temu, byłem na „Parsifalu” w Bayreuth, to słyszałem okrzyki, w bardzo różnych językach: „Hańba”, „Wstyd” i „Świństwo”.

 

Zgadujemy, że publiczność była oburzona sposobem inscenizacji?

Oczywiście. Do tego wykonanie muzyczne nie było takie, żeby dało się kogokolwiek „zabrać do artystycznego nieba”. Tymczasem przedstawienia, które dane mi było oglądać podczas moich pierwszych podróży na Festiwal Wagnerowski jeszcze takie były. Można powiedzieć, że miałem szczęście „załapać” się w kilku dziedzinach,  na ostatnie blaski mijającej epoki. Dotyczy to również teatru dramatycznego. Na przykład widziałem „Lillę Wenedę”, którą po wojnie otwierano Teatr Polski w Warszawie. Pamiętam do dziś obsadę tamtego spektaklu – Elżbieta Barszczewska, Seweryna Broniszówna, Wojciech Brydziński, Gustaw Buszyński, Leokadia Pancewiczowa i Juliusz Osterwa, pamiętam poszczególne sceny i fenomenalną dykcję ówczesnych aktorów. Gdy kilkanaście lat później zabraliśmy naszą córkę do teatru, ta w przerwie poprosiła nas abyśmy wracali do domu. Na pytanie o przyczynę odpowiedziała: „Bo ja nic nie rozumiem z tego co oni mówią”. We wspomnianej przeze mnie „Lilli Wenedzie” nie było takiego słowa, które by się zgubiło. I na tym właśnie polega symboliczna różnica między „kiedyś”, a „dziś”, i to samo zjawisko dotknęło Bayreuth.

Czterdzieści lat temu, to była inscenizacja Wielanda Wagnera, wielkiego wizjonera, którego inscenizacja „Parsifala” wcale nie była tradycyjna, ale wysoce symboliczna. Tam działały tylko światła, a dekoracji właściwie nie było, poza kilkoma elementami na scenie. I mimo to, dzięki fantastycznej reżyserii cały czas miało się wrażenie, że się jest dokładnie tam gdzie należy, czyli w mitycznym świecie stworzonym przez Wagnera.

Czyli było odwrotnie, niż jest teraz, gdy publiczność po opuszczeniu teatru, jeszcze długo spiera się o to, co widziała na scenie. Dość wspomnieć „Parsifala”, którego widzieliśmy kilka tygodni temu w Royal Opera House w Londynie. Orkiestra pod batutą Antonio Pappano zagrała świetnie. Szkopuł jednak w tym, że inscenizacja była bardzo momentami zawiła i nieczytelna w warstwie znaczeniowej. Na przykład odsłaniany Graal okazywał się nagle małym chłopcem, któremu Amfortas rozcinał bok. Oczywiście możemy „podłożyć” pod to co widzimy kilka możliwych interpretacji, ale mamy często wątpliwości, czy jest to akurat naszym obowiązkiem „rozszyfrowywać” intencje reżysera?

Nie, no właśnie, że nie. Powinno być dokładnie odwrotnie. To obowiązkiem reżysera jest rzecz całą tak wyłożyć, żeby widz rozumiał o co jemu, to znaczy reżyserowi, chodzi. A moim zdaniem, jemu powinno chodzić o dokładnie to samo, o co chodziło autorowi. Oczywiście, jak to zrobi i jakich użyje do tego celu metod, to jest zupełnie inna, otwarta sprawa. To właśnie Wieland Wagner pokazał, że niekoniecznie musi płynąć strumyk na scenie, ale ja, jako widz, muszę mieć wrażenie, że on jednak tam płynie. Oczywiście, można opery wystawiać dosłownie, co przynosi często doskonałe efekty. W 1957 roku, podczas mojego pierwszego wyjazdu za granicę, zobaczyłem „Śpiewaków Norymberskich” w Monachium. Obsada była mniej więcej taka sama jak w Bayreuth dwa, lub trzy lata później, więc można powiedzieć, że na scenie byli sami wielcy, ówcześni artyści. Między innymi  Ferdinand Frantz, Otto Edelmann i Lisa Della Casa, która prezentowała się tak wspaniale, że można się było w niej zakochać, co zresztą łatwo tłumaczyło zachowanie rycerza, który na jej widok w kościele, po prostu zwariował z miłości. Bo taka też była inscenizacja, bardzo naturalistyczna, dosłowna i tak piękna, że miałem niesamowite wręcz wrażenie, że …jestem naprawdę w XVI-wiecznej Norymberdze.

A jeśli pozostawimy na boku kwestę inscenizacji współcześnie wystawianych oper Wagnera i zapytamy Pana o głosy, to czy są śpiewacy, którzy Pana zachwycają?

Niestety, też nie bardzo. Obawiam się, że epoka wielkich głosów, tak jak i epoka wielkich dyrygentów, też się skończyła. Gdy przed laty przyjeżdżałem do Bayreuth to natychmiast biegłem na przedstawienia i byłem oczarowany prawie każdym. W tej chwili jak przyjeżdżam do Bayreuth, najpierw idę do sklepiku, który jest w pobliżu, i kupuję nagrania z Festiwalu Wagnerowskiego… sprzed półwieku. Bo to był zupełnie inny świat… Dziś już nie ma ani drugiego Lauritza Melchiora, ani następcy Maxa Lorenza... Po prostu nie ma…

Odwiedzając regularnie Bayreuth miał Pan zapewne okazję poznać rodzinę Wagnerów?

Z Wolfgangiem Wagnerem rozmawiałem za każdym razem. Był (chwila namysłu)… bardzo ciekawym  człowiekiem. Bardzo dobrym organizatorem, bardzo rzeczowym komentatorem, który dzieła swojego dziadka znał doskonale i wiedział o co w nich chodzi. Pamiętam, jak mu opowiedziałem, że widziałem raz w Amsterdamie takie przedstawienie „Śpiewaków Norymberskich”, gdzie pokazano Beckmessera jako wyobcowanego z całego środowiska, bowiem w zamyśle reżysera był on Żydem. Na co Wolfgang spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem i powiada: „Ktoś zwariował. W tamtych czasach Żyd nie mógł dostać żadnego urzędu. Reżyser pewnie o tym nie wiedział”. Teraz w Bayreuth rządzą dwie prawnuczki Richarda Wagnera, ale na ile się orientuje, sprawy nie idą w dobrym kierunku. Do momentu, gdy nie przeczytałem relacji, trochę żałowałem, że nie było mi dane zobaczyć nowego „Pierścienia” przygotowanego z okazji Roku Wagnerowskiego. Zmieniłem jednak zdanie gdy  przeczytałem sprawozdania.

Zresztą, miniona epoka była nawet w PRL-u bardziej łaskawa dla twórczości Wagnera. Po wojnie, Wagner był wprawdzie w Polsce źle widziany, jako że utrzymywano, że był prekursorem hitleryzmu, ale już w 1956 roku wystawiono „Lohengrina” w Operze Warszawskiej. To było przedstawienie, które można było pokazać wszędzie na świecie. Wszystko było świetnie zaśpiewane i co ważne zainscenizowane tak jak trzeba. Było drzewo nad Skaldą, król siedział pod nim i odprawiał sądy… słowem, wszystko było tak jak trzeba. A jaka obsada! Maria Fołtyn, Jadwiga Kłosówna, Wacław Domieniecki, dodajmy, że nie dość doceniony, a przecież jeden z najwybitniejszych tenorów bohaterskich w Europie…

…to samo powiedziała o nim w wywiadzie dla opera.info Pani Profesor Ewa Łętowska…

…oczywiście, bo, to był wielki śpiewak, podobnie jak występujący wtedy Albin Fechner, bohaterski baryton, jakich niewielu wtedy było. No i oczywiście jako król - Kazimierz Poreda, niedoceniony, wielki bas. Orkiestrą dyrygował Mieczysław Mierzejewski. Chciał to zrobić Walerian Bierdiajew, ale był już w złym stanie zdrowia. Publiczność przyjęła spektakl entuzjastycznie.

W jakim języku grano?

Grano po polsku. Zresztą kiedyś większość oper grano w języku kraju, w którym się daną rzecz wystawiało. Osobiście nie sądzę, żeby sam Wagner miał coś przeciwko temu, bo wprawdzie z jednej strony używał całej masy słów w określony sposób brzmiących, które zapewne były mu „muzycznie” potrzebne, ale z drugiej strony niekończące się monologi były niezbędne, aby „wbić” widzom do głowy jego idee. Toteż użycie ich w tłumaczeniu było potrzebne, aby widz łatwiej zrozumiał o co chodzi.

Wokół tego, czy należy opery wystawiać w językach oryginalnych, czy też dopuszczalne jest ich tłumaczenie? - toczy się spór. Jedni powiadają, że wyświetlane napisy wystarczają, inni, że ich czytanie rozprasza i męczy…

Czasami napisy bardzo pomagają, ale czasami są bezużyteczne, jeśli się siedzi blisko sceny, a wyświetlacz jest zawieszony bardzo wysoko. Pod tym względem świetnie rozwiązano to w nowym teatrze operowym w Amsterdamie, gdzie napisy biegną dołem, nad kanałem orkiestrowym i widz ma napis dosłownie pod nogami faceta, który śpiewa.

Wygodne rozwiązanie zastosowano też w La Scali i w Wiener Staatsoper, gdzie w fotelach poprzedzających  siedzenie widza zamontowano ekrany, którymi każdy może dowolnie sterować, i które są tak skonstruowane, że osobie siedzącej obok nie przeszkadza światło emitowane przez ekran. Ale wracając do głównego wątku naszej rozmowy, to z Pańskich opowieści można wyciągnąć smutny wniosek, że współcześni miłośnicy opery nie mają takiego szczęścia, jeśli mówimy o poziomie wykonania sztuki operowej?

To prawda, ale z drugiej strony, ci którzy przeżyli 50 lat w PRL-u też mogą mówić, że nasi ojcowie i dziadkowie jednak mieli lepiej. Choć po rozbiorach i czasie niewoli był tylko króciutki okres Drugiej Rzeczpospolitej, to jednak łatwo dostrzec co zdążono w tym czasie zrobić. Proszę tylko pomyśleć – najnowocześniejszy port na Bałtyku, najlepsze koleje w Europie, a kolejkę na Kasprowy zbudowano w zaledwie 7 miesięcy, choć materiały trzeba było nosić na plecach…

…wybudowano też Centralny Okręg Przemysłowy…

…zgadza się; i Zakłady Azotowe w Mościcach. Wszystko to było możliwe, bo do rządzenia mogli się po zaborach zabrać ludzie fachowi, którzy się przygotowywali do tego co robili przez wiele lat, jeszcze w czasach niewoli. Kadra do objęcia rządów była przygotowana tak jak trzeba. Niestety dziś nie jest z tym najlepiej i stan nieprzygotowania dotyczy również teatrów operowych. Podobnie o polskiej muzyce symfonicznej lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych mógłbym powiedzieć z całą pewnością, że przodowała w świecie, że wręcz istniała świetna polska szkoła kompozytorska, gdy tymczasem nie mógłbym powiedzieć tego o nowszej, czy też całkiem współczesnej polskiej twórczości. W tamtych czasach istniało bowiem jeszcze pokolenie ludzi, których dobrze nauczono, dobrze przygotowano w przedwojennych uczelniach muzycznych. Oni, już jako profesorowie, jeszcze przez kilkanaście lat funkcjonowali w Polsce, nauczając nowe pokolenie.  A potem zabrakło ciągłości, trudno nawet powiedzieć dlaczego,  w sztafecie pokoleń „wypadła” gdzieś cała generacja.

Pan Piotr Kamiński wspomina, że już trzydzieści lat temu profesor Bardini mówił, iż w Polsce zaczyna brakować nie tylko nauczycieli muzyki, ale i tych, którzy kształcą nauczycieli. Być może właśnie wtedy popełniono jakiś fatalny błąd w systemie kształcenia, za który dzisiaj przychodzi zapłacić.

W szkolnictwie muzycznym istniał wydział pedagogiczny, tak zwany wydział czwarty w Wyższej Szkole Muzycznej, który miał właśnie przygotowywać nauczycieli dla szkół i dla wychowania muzycznego. Tylko, że praktyka pokazała, że tam szli najgorsi, czyli wszyscy ci, którzy nie mogli dostać się na żaden inny wydział. Nie dam głowy, ale chyba tam nawet matury nie wymagano, a wszędzie indziej wymagano.

A to nakładało się na całe lata lekceważenia przez szkoły wychowania muzycznego jako przedmiotu zbędnego, na którym można nadrobić godzinowe braki nauczycieli matematyki, czy języka polskiego…

…tak, a wychowanie muzyczne prowadzili - przysłowiowa pani od rysunków, albo pan od geografii.

No i doczekaliśmy się tego, co Pan Piotr Kamiński nazywa kryzysem wykonawczym w operze? Czy dziś zdarza się Panu zachwycić w teatrze operowym?

Niestety, prawie zupełnie niczym się nie zachwycam. Nie ma czym. Chodzę do opery głównie z obowiązku.

I nie ma już takich miejsc, do których Pan jeździ z przyjemnością?

Bardzo niewiele, jeżeli w ogóle. Nawet Bayreuth, które przez długi czas uważałem za miejsce magiczne. Jako miejscowość zachowało wprawdzie swój urok, pomimo, że nawet znakomita knajpa „Pod sową”, do której uczęszczał sam Wagner, została kupiona przez nowych właścicieli i straciła swój charakter. A sam festiwal…, no cóż, ja jeszcze pamiętam ludzi, którzy w galowych strojach szli piechotą na przedstawienie główną aleją. Ten uroczysty marsz przebiegał w szpalerze utworzonym przez obserwującą tych eleganckich ludzi gawiedź. Jedno się chyba nie zmieniło, bo o  bilety, i wtedy i dziś, trzeba czekać ponad dziewięć lat.

Dowiedzieliśmy się, że niedawno, jedno z Towarzystw Przyjaciół Muzyki Wagnera, bodaj w Kalifornii podzieliło się na dwie części, żeby zwiększyć swoje szanse na pozyskanie biletów.  

O tym problemie mówił mi już nawet Wolfgang Wagner, który skarżył się na ogromne namnożenie tych towarzystw, domagających się biletów, w sytuacji kiedy organizatorzy festiwalu muszą obdzielić miejscami wiele ważnych instytucji kulturalnych, które mają pierwszeństwo. A cały ten ogromny popyt utrzymuje się mimo bardzo wysokich cen tych biletów.

Miejsc, do których Pan jeździ z przyjemnością już właściwie nie ma. Jak więc jest ze współczesnymi śpiewakami operowymi? Czyich głosów lubi Pan słuchać?

Trochę ich pewnie jest… (chwila namysłu). Na przykład Rollando Villazon z okresu zanim zaczęły się jego problemy z głosem. Diana Damrau, której, jak sądzę warto zawsze słuchać. Renee Fleming, która jest bardzo wszechstronną śpiewaczką. Jonas Kaufmann, który jest tenorem z prawdziwego zdarzenia. Bardzo lubię Ferruccio Furlanetto, to znakomity bas. Także Cecilię Bartoli czy Elinę Garanča. No i naszego Beczałę.

My też uwielbiamy Furlanetto. Niedawno mieliśmy okazję podziwiać go w partii Króla Filipa gdzie z Ericem Halfvarsonem zaśpiewali tak genialnie scenę spotkania z Wielkim Inkwizytorem, że miało się wrażenie, że ze sceny wiało grozą w czystej postaci.

Państwo wiecie, że było takie wykonanie „Don Carlosa”, gdzie śpiewał Nikołaj Giaurow i Bernard Ładysz. To było coś absolutnie niebywałego, bo na scenie spotkało się dwóch wielkich śpiewaków i każdy chciał pokazać, że jest najlepszy. Pojedynek chyba pozostał nierozstrzygnięty, choć trzeba powiedzieć że Ładysz miał jedno tylko wyjście na scenę, podczas gdy Giaurow się do tego momentu nieco zmęczył (śmiech).

Ilekroć sięgamy do starych nagrań z Bernardem Ładyszem, to bardzo żałujemy, że jego kariera tak się potoczyła i że nie zdobył on międzynarodowej sławy na jaką niewątpliwe zasługiwał. Być może to był jeden z największych basów na świecie w dwudziestym wieku?

Ależ oczywiście. Miałem okazję rozmawiać z jego nauczycielem, Panem Filipowiczem, który był bardzo zły na swojego ucznia i mawiał, że „Ładysz mógłby być pierwszym basem na świecie, a nic z niego nie będzie”. I dodawał: „On nie chce pracować, nie chce się uczyć, nie chce mu się ćwiczyć i tylko uważa, że wszystko mu samo wyjdzie”. I rzeczywiście mógł prześcignąć Didura: w pewnym momencie Ładysz był moim zdaniem najlepszym Mefistem w Europie, tyle tylko, …że Europa o tym nie wiedziała. Podobnie było z wielkim naszym tenorem Stanisławem Gruszczyńskim, który mógł podbić przed wojną świat operowy, ale wolał wrócić do kraju, bo miał tu ustaloną i pewną pozycję w świecie teatru oraz własną stajnię wyścigową poza nim. Opowiadano w swoim czasie, że po jednym z występów w którymś z włoskich teatrów  Gruszczyński był z siebie tak niezadowolony, że  pojechał natychmiast na dworzec aby wracać do Warszawy. Już wsiadającego do pociągu Gruszczyńskiego dopadł impresario z tego teatru, wołając: „Niech się Pan nie wygłupia, niech Pan tu zostanie. Dwa lata nauki, za którą ja zapłacę i zrobi Pan światową karierę”. Nie chciał. Te dwa lata, jakoś mu nie pasowały…

Ta chęć opuszczenia Włoch w wyniku emocjonalnego wzburzenia, nieco przypomina, oczywiście przy zachowaniu właściwych proporcji, reakcję Piotra Beczały, który kilka tygodni temu publicznie  zapowiedział, że już nigdy więcej nie wystąpi w operowych teatrach włoskich. Stało się to po uroczystym otwarciu sezonu w La Scali, podczas którego wystawiono „Traviatę” i gdzie nasz śpiewak spotkał się z bardzo nieprzychylną reakcją publiczności w trakcie końcowych ukłonów. La Scala to słynny, ale też bardzo niewdzięczny dla śpiewaków teatr operowy. Tam nie tylko publiczność bywa bardzo okrutna w swoich ocenach, ale i akustyka sali pozostawia podobno sporo do życzenia. Poznał Pan La Scalę?

W La Scali byłem w swoim życiu tylko dwa razy, z czego raz na europejskiej premierze „Raju utraconego” Pendereckiego, a drugi raz na „Trubadurze”, ale poza sezonem. Stało się to zupełnie „nie chcący”, w trakcie wcale nie „muzycznej” wycieczki do Włoch, gdzie po drodze przez Mediolan chciałem tylko pokazać rodzinie La Scalę z zewnątrz, bo był to przełom września i października i zakładałem, że na pewno będzie zamknięta. Okazało się tymczasem, że był to rok jubileuszowy dla tego teatru, więc La Scala grała „na okrągło”. Zobaczyłem plakat zapowiadający wystawienie „Trubadura”, a chwilę później, … idąc z żoną ulicą spotkałem znajomego dyrygenta, który stwierdził, że na pewno chcielibyśmy zobaczyć to przedstawienie i powiedział nam, żebyśmy przyszli wieczorem do teatru. Poszliśmy tam naturalnie, ale …we trójkę, bo na wycieczce byliśmy z naszą córką. Dyrygent przyszedł na wyznaczone miejsce spotkania i bardzo się zafrasował, gdy zobaczył trzy, a nie dwie osoby. Powiedział: „Poczekajcie jeszcze trochę” i gdzieś poleciał. Wraca i mówi: „Niedobrze, bo w kasie siedzi dosyć niesympatyczna osoba. Zrobimy inaczej…” i poprowadził nas jemu tylko wiadomymi „kanałami” i „tajemnymi przejściami”. W efekcie, …wylądowaliśmy w Królewskiej Loży, bo goście którzy tam zasiadają, nie muszą płacić za bilet.

Ależ to jest absolutnie najlepsze miejsce w tamtym teatrze…!

…i dlatego nie narzekam na akustykę (śmiech). Słychać było bardzo dobrze, a widać było znakomicie i co trzeba podkreślić, było na co patrzeć, bo reżyserem był sam Visconti, który jako przytomny człowiek i wybitny reżyser, zaimponował logiką. Otóż w jego interpretacji hrabia Luna i Manrico jako bliźniacy byli do siebie bardzo podobni, co tłumaczy natychmiast zagadkę, jak Loeonora mogła ich pomylić w zamkowym ogrodzie. Jest to przykład właściwie pojmowanej roli reżysera w teatrze operowym, roli którą rozumiem jako czynienie akcji scenicznej maksymalnie prawdopodobną dla widza, a przez to tworzenie właściwego klimatu całego spektaklu.

Czemu przypisałby Pan ten fenomenalny sukces, w cudzysłowie oczywiście, reżyserów w teatrach operowych. W minionej epoce hierarchie „ważności” w teatrze były ułożone zupełnie inaczej. Mawiano wtedy, że najważniejszy jest dyrygent, ważniejszy nawet od dyrektora teatru. Teraz jest zupełnie inaczej, bo zaczęto chodzić na przedstawienia, przykładowo – Trelińskiego albo Czerniakowa, a zaprzestano chodzić na, umownie mówiąc - opery Verdiego pod batutą konkretnego dyrygenta. Kiedyś nikt nie wspominał reżysera, dziś sytuacja jest zupełnie odwrotna. Skąd wziął się Pańskim zdaniem ten fenomen?

Bo reżyser był wtedy tylko od tego, żeby przedstawienie miało jakiś porządek. A dziś, …jest takie brzydkie podejrzenie, że o wszystkim decydują znajomości, ponieważ za reżyserowanie dostaje się duże pieniądze, które otrzymuje ten, kto jest protegowanym dyrektora teatru. Zresztą często dyrektorami są osoby nie mające nic wspólnego z dyrygenturą i muzyką. W dodatku,  nikt nie pyta, jak się mają koszty przedstawienia do wpływów z widowni, więc reżyser może robić „swoje”, zupełnie nie interesując się ile razy „pójdzie” takie przedstawienie.

A skąd to przyzwolenie na bardzo daleko idące modernizacje inscenizacyjne? Dziś „ze świeczką” trzeba szukać w repertuarze niemieckich teatrów operowych spektakli wystawionych w tradycyjnej formie, a ta szczególna moda zatacza coraz większe kręgi. Dość wspomnieć, że w Operze Bastille zrezygnowano ostatnio z inscenizacji „Aidy” pokazywanej w niezmienionej formie od kilkudziesięciu lat, a na scenie pojawiły się czołgi…

…może niektórzy lubią sensację po prostu. W końcu jest to przejaw szerszej tendencji, która polega tylko na dążeniu do zaskakiwania widzów. Przecież w teatrach dramatycznych nie należą do rzadkości, symulowane co prawda, ale jednak akty seksualne na scenie, które często mają się nijak do samej sztuki. W operze mamy właściwie do czynienia z tym samym. Można powiedzieć, że spektakl w którym choć raz nie zobaczy się gołych piersi, nie ma szans powodzenia. Pytanie – skąd powodzenie? Nie tylko dlatego, że wielcy śpiewacy i dyrygenci, odeszli z tego świata, ale również dlatego, że odeszła bezpowrotnie znająca się na rzeczy publiczność. W tej chwili do opery idą ludzie, którzy w dużej mierze chcą obejrzeć jakąś sensację, a pytanie jak to, co widzą ma się do samego dzieła, właściwie mało kogo obchodzi.

Czyli schlebianie gustom?

Zapewne tak. Obawiam się, że należę do niedobitków, którzy - po pierwsze - na scenie szukają prawdy a po drugie chcą „oderwania od otaczającej rzeczywistości”, bo po „kiego licha” mam oglądać na scenie coś, co widzę codziennie na ulicy.

Chyba nie jest Pan ani jedyny, ani ostatni. Bardzo wiele razy zdarza nam się oglądać przedstawienie tradycyjne, jak choćby „Cyganerię” w Wiedniu w reżyserii Franco Zeffirellego, na początku którego ludzie klaszczą zachwyceni samą scenografią. 

No to macie Państwo odpowiedź na swoje pytanie. Ludzie chcą po prostu tego, co piękne…

Jednak tradycyjnych inscenizacji jest coraz mniej, więc zaczyna nas nurtować obawa o przyszłość opery jako gatunku…

Moim zdaniem kluczowe jest to, że tak naprawdę nie wiadomo, w którym momencie ludzie powiedzą, że mają dosyć i przestaną chodzić do teatru.

I może od tego momentu, wahadło zacznie pędzić w przeciwną stronę i wrócą do łask tradycyjne inscenizacje?

Przypuszczam, że jest to możliwe i chciałbym, aby tak się stało. Tyle tylko, że i publiczność musi wiedzieć, czego chce, musi mieć wyrobiony gust, a to bez właściwej edukacji, o czym już mówiliśmy, będzie szalenie trudno osiągnąć.

A przecież kiedyś w Polskiej Telewizji było bardzo dużo programów popularyzatorskich i edukacyjnych. Były programy Pana Bogusława Kaczyńskiego, a i często zdarzały się retransmisje świetnych, wyselekcjonowanych przez kogoś, kto się na tym znał, spektakli operowych. A co mamy dziś? Dobrze, że choć od czasu do czasu retransmisja opery w TVP Kultura?

Kiedyś w Polskiej Telewizji szły programy ze znakomitymi koncertami porankowymi prowadzonymi przez Leonarda Bernsteina właśnie dla młodzieży!

Wracając do dzisiejszych czasów, wiemy, że nadal jeździ Pan po Polsce, by oglądać spektakle operowe. Między innymi widział Pan „Jolantę|Zamek Sinobrodego”, czyli najnowszą premierę w Teatrze Wielkim w Warszawie. Jak się Panu podobało?

„Jolanta” może być ostatecznie, ale „Zamek Sinobrodego” był dla mnie niezupełnie zrozumiały. Zadam najprostsze pytanie - czy na scenie widzieliśmy owe siedmioro drzwi i to co zasłaniały? Wprawdzie reżyser, Mariusz Treliński, udzielił wywiadu, w którym dużo mówił na temat swojej inscenizacji, tyle tylko, że mnie to zupełnie nie przekonuje.

A wokalnie i muzycznie…?

Wiecie Państwo, lepsi byli śpiewacy, którzy to śpiewali parędziesiąt lat temu w Teatrze Roma w Warszawie. A co do warstwy muzycznej, to nieźle zaprezentowała się „Jolanta”. Ale, żeby ciągle nie narzekać, powiem ogólnie, że nie mam krytycznego stosunku do najnowszej produkcji Teatru Wielkiego w Warszawie.

Czyli współczesność operowa nie przynosi Panu żadnych zachwytów w ostatnich latach?

Uczciwie powiem, że nie pamiętam i przyznam się, że byłoby mi raczej ciężko w tych czasach prowadzić audycje radiowe poświęcone sztuce operowej, jak to robiłem wiele lat temu…

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

 

*Dziękujemy Panu Andrzejowi Georgiewowi za udostępnienie zdjęcia Józefa Kańskiego 

Autorzy: Beata i Michał Olszewscy

Wszelkie prawa zastrzeżone © opera.info.pl

 



  • Swietne pytania, takież same odpowiedzi, z którymi się całkowicie zgadzam. Ciszę się, że Pan Kański uważa Carlosa Kleibera za ostatniego wybitnego dyrygenta. Również wspomniał o Wacławie Domienieckim, którego miałem przyjemnosć słuchać, własciwie jedynym polskim tenorze bohaterskim ub. wieku, niestety nie docenianym nawet w Polsce. Wtedy, i słusznie, zachwycano się Bohdanem Paprockim. Pamiętam także Lohengrina spiewanego, jak wszystko po polsku. Z Ładyszem to tak było, nagrał Łucję z Callas, ale z różnych powodów nie zrobił swiatowej kariery. Pamiętam jego wywiad po tym nagraniu w "Dookoła Świata". W tamtych czasach reżyserzy byli na drugim planie, chodziło się na opery i spiewaków. Dopiero za Wodiczki inscenizatorzy wyszli z cienia. A teraz, ... zawsze może być gorzej. Dopóki ludzie walą na op.. reżyserów jest OK, bo przy okazji usłyszą muzykę.

    0
  • Jak napisałem, całkowicie zgadzam się z odpowiedziami. Natomiast ... już pisałem, jednak muszę to powtórzyć, Pan Józef Kański w swojej książce "Mistrzowie sceny operowej" rok wyd. 1974, nie umiescił w niej Franco Corellego ... i się nie dziwię, bo Corelli był wtedy w Polsce nieznany. W drugim wydaniu w 2005 roku, w dwa lata po smierci Corellego, w Polsce już doskonale znanego, Pan Józef Kański Franca Corellego ... znowu nie umiescił i ... sie nie dziwię. Widocznie uważa Franca Corellego ... za Arcymistrza Sceny Operowej, z tym się zgadzam i umiesci go w książce o arcymistrzach opery.

    Komentarz ostatni edytowany około 4 lat temu przez Dodek
    0
  • Bardzo, bardzo ciekawy wywiad. Czytałem go sobie z największa przyjemnością. Nie wiedziałem do dziś co się Panu Kańskiemu podoba a co nie - teraz już wiem. Z wieloma jego wypowiedziami zgadzam się w całej rozciągłości. Ciesze się, że tym wywiadem mogłem poznać bliżej tego wspaniałego muzykologa i krytyka muzycznego. Bardzo dziękuję za ten obszerny wywiad.

    0
  • Dziękuję za bardzo interesujący wywiad. Recenzje p. Kańskiego czytam regularnie i bardzo chętnie (co będzie, jeżeli odejdzie z przeżywającego kryzys Ruchu Muzycznego?), czasem udaje mi się posłuchać jego wypowiedzi w radio. W wielu kwestiach mamy diametralnie różne oczekiwania i opinie - ja wcale nie chcę w operze tylko tego, co piękne, chcę różnych rzeczy, także patrzeć na to, co znam z przysłowiowej ulicy. Nie przeszkadza mi to bardzo wysoko cenić zdanie p. Kańskiego – każdy jego tekst daje asumpt do zastanowienia się nad moimi wrażeniami. Uwielbiam spokój i dystans, bazujące na ogromnej wiedzy i doświadczeniu, jak też perfekcyjną polszczyznę.
    To przykre, gdy przychodzi moment, że „prawie zupełnie niczym się nie zachwycam” . Czy naprawdę nie ma już wielkich dyrygentów? A w kwestii „nie ma dziś takich śpiewaków jak dawniej” – z przymrużeniem oka - przychodzi mi na myśl scena z II aktu „Cyrulika sewilskiego”.

    1
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)