opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

Listy do Małgorzaty Walewskiej

MyA było to tak.

 

Poprosiliśmy o wywiad Panią Małgorzatę Walewską, wybitną polską śpiewaczkę operową. Ponieważ Pani Małgorzata jest artystką bardzo zajetą, ustaliliśmy że naszą rozmowę przeprowadzimy drogą mailową. Szybko jednak okazało się, że oprócz talentu wokalnego Pani Małgorzata ma również niepospolity talent literacki, a jej odpowiedzi bardzo szybko przyjęły formę małych felietonów.

 

Postanowiliśmy więc nie zwlekać z publikacją naszej korespondencji, tym bardziej że ilość spraw do omówienia jest tak duża, że czytelnicy opera.info.pl musieliby bardzo długo czekać na wywiad. Zaproponowaliśmy, aby wzorem "Listów do Marka Weissa", rozpocząć zamieszczanie wypowiedzi Pani Małgorzaty Walewskiej w postaci "Listów do Małgorzaty Walewskiej".

 

Co więcej, dzięki uprzejmości Pani Małgorzaty, będziemy od czasu do czasu publikować jej felietony, które zostały już wydrukowane tu i ówdzie. Oczywiście jeśli tylko uzyskamy stosowne zgody na "przedruk" :)

 

Serdecznie Wszystkich pozdrawiamy i zapraszamy do lektury,

 

Beata i Michał

Małgorzata Walewska

 

Małgorzata Walewska

 

 

Biografia

 


Listy do Małgorzaty Walewskiej - list piąty

My

List piąty Pani Małgorzaty Walewskiej przyjął postać świetnego felietonu zatytułowanego "Otwarcie sezonu w La Scali", który Pani Małgorzata przesłała nam jako jej komentarz do spektaklu otwierającego tegoroczny sezon w słynnym Teatro alla Scala w Mediolanie, gdzie w "Traviacie" wystąpił między innymi Piotr Beczała. Bardzo wielu miłośników opery w Polsce zbulwersowało zachowanie publiczności, która po spektaklu wybuczała niektórych artystów.

Zapraszamy do lektury bardzo interesującego tekstu Pani Małgorzaty Walewskiej.

 

Małgorzata WalewskaOtwarcie sezonu w La Scali

W zasadzie nie miałam zamiaru komentować przedstawienia "Traviaty" otwierającego sezon operowy jednego z najbardziej prestiżowych teatrów operowych świata, ale w obliczu tego jak zachowali się włoscy klakierzy w stosunku do naszego tenora nie mogę pozostać obojętna, gdzyż szlag mnie jasny trafił! I to nie ze względu na mój lokalny patriotyzm i słabość do kolegi, ale ze względu na to, że obiektywnie rzecz biorąc, czy się to komuś podoba czy nie, Piotrek jest jednym z największych tenorów naszych czasów i powinien być szanowany.

Niestety, lub może tym wypadku, na szczęście, nie miałam przyjemności/przykrości śpiewać w La Scali, ale nasłuchałam się różnych opowieści związanych z tym teatrem, które skutecznie zniechęciły mnie do tego miejsca.

Parę lat temu świetny francuski tenor, z którym śpiewałam w Savonlinnie opowiadał mi o swoim debiucie w La Scali. Przed przedstawieniem przyszedł do niego tak zwany krytyk i powiedział, że jeśli Jean-Pierre mu zapłaci to będzie miał dobrą recenzję. Nie zapłacił - miał złą. Moja koleżanka z MET też opowiadała mi jak przyszedł do niej szef klakierów z ofertą aplauzu za gratyfikację pieniężną. Takich historii słyszałam wiele. Ciekawa jestem czy Piotr też otrzymał taką propozycję i jak mieliśmy szansę się przekonać na spektaklu, na pewno ją odrzucił. A jeśli „oferty“ nie było, to o co chodzi? Bo na pewno nie o śpiew!

Pamiętam transmitowaną z La Scali premierę Don Carlosa, gdzie wybuczany został nawet „głos z nieba“, który brzmi zaledwie w paru frazach. I pamiętam paniczny strach na twarzy Dolory Zajick, kiedy zbliżała się jej kolej na przyjęcie reakcji włoskiej publiczności i jej skrajne zaskoczenie, kiedy owo przyjęcie okazało się być owacyjne.

Czytaj więcej: Listy do Małgorzaty Walewskiej - list piąty

Listy do Małgorzaty Walewskiej - list czwarty

My

Szanowna Pani Małgorzato,

W jaki sposób przygotowuje się Pani do nowej roli w repertuarze? Śpiewaczki stosują różne metody, niektóre starają się przede wszystkim przeczytać wszystko co o danej postaci napisali różni mądrzy ludzie. Inne słuchają wykonań z przeszłości, albo oglądają zapisy występówswoich koleżanek na DVD. Są też artystki, które ograniczają się do uważnego studiowania partytury, wychodząc z bardzo racjonalnego skądinąd przekonania, że o wszystkim co wydarzy się na scenie i tak zadecyduje reżyser.

Jaka jest Pani metoda i w jakim stopniu kieruje się Pani wskazówkami innych osób. A skoro już pytamy o aktorski warsztat współczesnej śpiewaczki, będziemy też wdzięczni za kilka Pani refleksji o współczesnej reżyserii w teatrach operowych. Tak zwany teatr reżyserski, szczególnie w niemieckiej strefie kulturowej, od kilku lat „burzy krew” miłośnikom opery. Wiemy, że spotkała się Pani z tym zjawiskiem w swojej pracy artystycznej. Czy Małgorzata Walewska jest za, czy przeciw modernizacji sposobu wystawiania spektakli operowych?"

Serdecznie Panią pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy

 

Malgorzata Walewska portret

Przygotowanie nowej roli zaczynam od wysłuchania opery, przeczytania libretta i przeanalizowania nut. Jeśli rola jest ciekawa i leży w zasięgu moich możliwości wokalnych to biorę, nie straszne mi obce języki i trudne role. Bardzo rzadko odrzucam propozycje co świadczy o tym, że dyrektorzy, którzy proponują mi te role znają się na rzeczy :).

Jak już oswoję się z dziełem i przebrnę przez tekst, przetłumaczę to co mi się uda to wtedy zgłaszam się do specjalistów. Zaczynam od speców od języka. Jeśli jest to niemiecki, francuski, hiszpański, rosyjski, angielski lub włoski to sprawa jest prosta, bo w większości radzę sobie sama i potem tylko konsultuję z językoznawcą. Potem wybieram korepetytora z którym chcę pracować nad rolą. W wielu przypadkach mam dostęp do pianisty-korepetytora, który jest też specjalistą językowym. Anna Pawluk jest niezastąpiona przy pracy nad repertuarem niemieckim, Anna Marchwińska przy repertuarze francuskim i włoskim ...w przypadku węgierskiego korzystałyśmy z pomocy native speakera. Moim koreperytorem do muzyki rosyjskiej jest Helena Christenko.

Jak już przyzwoicie się rozeznam w temacie to słucham wielu wykonań i analizuje, które najbardziej odpowiada mojej wizji. Jeśli mam w perspektywie pracować z dyrygentrm lub reżyserem, którego wizja została zarejestrowana to oczywiście traktuję ją jako podstawę, ale to nie zawsze się sprawdza.

Kiedy przygotowywałam Azucenę w Trubadurze do Covent Garden to wzorowałam się na nagraniu zarejestrowanym 2002 roku w tej operze, w tej samej reżyserii, pod tą samą dyrekcją i nawet w podobnej obsadzie z którą miałam wystąpić, ale na próbach Eljah Moshinsky stwierdził, że wtedy nic nie wiedział o operze i teraz wszystko zmieni i faktycznie zrujnował całą swoją pierwotną koncepcję nie oferując nic w zamian. To ciężkie doświadczenie, kiedy sam reżyser nie wie o co mu chodzi. Dużym wsparciem w tej produkcji był dla mnie dyrygent Carlo Rizzi.

Ja zasadniczo jestem rzadkim przypadkiem śpiewaczki przychylnej reżyserowi. Wychodzę z założenia, że jestem częścią układanki, która urodziła się w głowie reżysera i muszę zrozumieć czego ode mnie wymaga i wykonać to jak najlepiej potrafię, ale w zgodzie z własnym poczuciem estetyki. Na początku pracy jestem bardzo denerwująca, bo zadaję mnóstwo bardzo dociekliwych pytań, ale jak tylko zrozumiem o co chodzi to praca idzie błyskawicznie i okazuje się, że jestem najlepszym przyjacielem reżysera. Jestem zawsze otwarta na nowe pomysły, bo ile razy można grać to samo w tej samej konwencji? Lubię nowoczesne podejście pod warunkiem, że reżyser szanuje kompozytora, umie przekonać mnie do swojej koncepcji, odpowie mi na wszystkie pytania i interpretacja tekstu opery ma szansę zgodzić się z tym co reżyser chce przekazać publiczności. Lubię operowanie symbolem pod warunkiem, że jest on czytelny.

Opera jest tak naprawdę jednym z ostatnich bastionów wysokiej kultury, gdzie na miejscu są wieczorowe stroje i elegancki ubiór, który wynika z szacunku dla miejsca i uważam, że to powinno działać w obie strony. Reżyser też musi szanować widza, a przede wszystkim kompozytora. Nie chodzi mi tu o to, że należu unikać scen brutalnych czy erotycznych, ale wszystko można pokazać w estetyczny sposób. Jeśli ktoś jest żądny przemocy i gwałtu w brutalnej formie to jest wiele innych miejsc, gdzie takie potrzeby można zaspokoić. A w operze nie należy zapominać, że najważniejszy jest śpiew.

Listy do Małgorzaty Walewskiej - list trzeci, czyli "Totalny Meksyk"

My

Szanowna Pani Małgorzato,

Bardzo dziękujemy za udostępnienie opera.info.pl Pani felietonu "Totalny Meksyk". Jest to tak ciekawy tekst, że postanowiliśmy go opublikować jako odrębną pozycję w naszym cyklu "Listów..." do Pani :)
Serdecznie Panią pozdrawiamy,
Beata i Michał Olszewscy

Autorka: Małgorzata Walewska 

Małgorzata Walewska _ Kobieta be cienia - Meksyk - zdjęcie opubliowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Palacio de Bellas Artes

Bellas Artes w Mexico City to jeden z najpiękniejszych teatrów na świecie. Budynek harmonijnie łączy styl Neoklasyczny z Art Deco. We wnętrzach wyłożonych kolorowym marmurem dominuje styl Art Nouveau. Na ścianach murale wybitnych artystów; Diego Riviery, Jose Clemente Orozco, Rufino Tamayo, Davida Alfaro Siqueirosa i innych. Sklepienia sal zdobią witrażowe kopuły, a okno sceny otwiera przepiękna  kurtyna Tiffaniego z blisko miliona szklanych kawałeczków. Występowali tu wszyscy, najwięksi śpiewacy operowi, a na czele tego pochodu stoi Maria Callas, która właśnie tu zaśpiewała swoją pierwszą Normę w 1950 roku. A występować tu nie jest łatwo ze względu na położenie miasta Meksyk na wysokości ponad 2200 metrów nad poziomem morza. To sprawia, że wydolność fizyczna organizmu jest słabsza, ciężej się oddycha, wchodzi po schodach, śpiewa.... Wielu artystów popowych nie radzi sobie z ciężkimi warunkami i odwołują koncerty.

Kobieta bez cienia ( Frau ohne Schatten )

Na początku XX wieku genialny kompozytor Ryszard Strauss wraz z poetą Hugonem Hoffmanstalem stworzyli dzieło wybitne „Kobietę bez cienia“. Jest to opera, a właściwie dramat muzyczny oparty na baśni „Kamienne serce“. To opowieść o Cesarzowej, przezroczystej istocie pozaziemskiej, która zakochała się w Cesarzu, pół bogu, pół mężczyźnie, który upolował ją, kiedy zamieniła się w białą gazelę. Odkąd Cesarzowa zakosztowała miłosnych uniesień w ramionach Cesarza, zapragnęła zostać pełnokrwistą, zdolną do posiadania potomstwa kobietą. Żeby zrealizować swoje marzenia Cesarzowa musi zdobyć cień, symbol człowieczeństwa, który niesie ze sobą wszystkie przymioty kobiecości, potrzebne jej do szczęścia. Cień jest na ziemi, wśród mieszkających tam ludzi. Cesarzowa nie zna takich stworzeń.

 

W podróży na ziemię, między znienawidzonych i śmierdzących ludzi towarzyszy jej niańka Amme, również istota nie z tej ziemi, która kocha swoją podopieczną, zastępuje jej matkę, jest jej powiernicą, opiekunką i jest gotowa oddać za nią życie jeśli zajdzie potrzeba. Amme nienawidzi ludzi i próbuje nastraszyć podopieczną, żeby ta zrezygnowała ze swoich planów. Jeśli jednak Cesarzowa nie zdobędzie cienia w ciągu trzech dni, będzie musiała wrócić do swojego wszechmocnego ojca Keikobada, a jej ukochany Cesarz zamieni się w kamień. Cesarzowa jest więc nieugięta i obie z Amme lecą na ziemię.

Małgorzata Walewska _ Kobieta be cienia - Meksyk - zdjęcie opubliowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Amme wybiera żonę farbiarza Baraka na ofiarę, która mogłaby być skłonna oddać swój cień, żeby zachował swoje magiczne właściwości, cień musi być oddany dobrowolnie.

Żona farbiarza żyje pod jednym dachem ze swoim mężem i jego dysfunkcyjną rodziną, która się składa z trzech braci: jednorękiego, jednookiego i garbatego. Amme obsypuje biedną, sfrustrowaną żonę farbiarza podarunkami i obiecuje jej szczęście i bogactwo w zamian za cień. Wyczarowuje jej nawet pięknego młodzieńca ze starej miotły i dziurawego czajnika :)

W końcu Amme zdobywa cień dla swojej Cesarzowej, ale ta wzruszona ludzkimi losami odmawia przyjęcia niezwykłego daru. Opera kończy się prawie happy endem. Posłaniec wielkiego Keikobada, pomaga się odnaleźć Barakowi i jego żonie, a Cesarzowej oddaje Cesarza, który już zaczynał się zamieniać w kamień. Tylko Amme, właściwie nie wiadomo dlaczego, zostaje  zesłana między znienawidzonych ludzi.

Zjeść żabę

Strauss znalazł bardzo adekwatny skrót nazwy swojej opery: „Frosch“, co po niemiecku znaczy „żaba“ a wzięło się to z początkowych liter pełnego tytułu „FRau Ohne SCHatten“.  Na wystawienie „Kobiety bez cienia“ mogą sobie pozwolić tylko nieliczne teatry ze względu na niezwykłe trudności muzyczne, wokalne i teatralne. A i te wystawiane wersje są skracane około godziny. Teatr musi mieć bardzo rozbudowane zaplecze techniczne, żeby sprostać latającym ptakom, duchom, czarom... a to nie jedyna trudność. Kolejny problem to muzyka. Skład orkiestry jest monumentalny - największy z możliwych i liczy ok 120 muzyków, ciężko ich pomieścić w orkiestronie! W w meksykańskiej produkcji oriestra częściowo wypełzła z kanału do sąsiednich lóż i w kulisy. Występują tu tak niespotykane instrumenty jak harmonijka szklana czy chińskie gongi. Wiele instrumentów ma rozbudowane partie solowe. Mimo licznych dysonansów i dysharmonii, bardzo skomplikowanych podziałów rytmicznych muzyka ta jest „miła dla ucha“. Partytura zawiera wszystko, co udało się wypracować Straussowi do tej pory. Bogactwo brzmień, barw, nastrojów, mistrzowskich zabiegów instrumentacyjnych, niepokój, radość, rozpacz i szczęście. Hofmannsthal napisał: "Ta muzyka jest syntezą doskonałości i prawdy."

Ilustracja felietonu Małgorzaty Walewskiej - Totalny Meksyk - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Gdy dochodzi do sceny zespołowej w końcu II aktu, gdzie śpiewają: Barak, jego trzej bracia, jego żona, Amme i Cesarzowa i każdy śpiewa o czym innym, znawcy sugerują, że została tu przekroczona „maksymalna dawka informacji na takt utworu“. Trudno jest też skompletować śpiewaków, którzy byliby w stanie poradzić sobie z problemami wokalnymi „Żaby“. Do głównych ról potrzebne są głosy o wielkiej sile i sprawności technicznej a do tego trzeba prezentować nieprzeciętne umiejętności aktorskie. Cesarzowa, oprócz brawurowych arii ma też dramatyczną scenę mówioną, to nie lada wyzwanie dla śpiewaczki, trzeba panować nad emocjami, żeby nie przeforsować głosu podczas monologu, bo można nie podołać wokalnemu finałowi opery. Bardzo trudna jest rola farbiarki, wymagająca szerokiej skali, ma dużo bardzo niskich i bardzo wysokich dźwięków. Stosunkowo najwdzięczniejszą „robotę“ ma tenor, w każdym akcie pojawia się tylko na chwilę, śpiewa piękne arie i zbiera oklaski. Osobną skalę trudności stanowi rola Amme, praktycznie pozbawiona pięknych melodii, bardzo skomplikowana wokalnie i rytmicznie i gęsto zinstrumentowana, co przy niewprawnej orkiestrze uniemożliwia przebicie się przez masę dźwięku. Jest to najtrudniejsza i największa mezzosopranowa rola w literaturze muzycznej.

Propozycja zaśpiewania roli Amme w Bellas Artes, dosięgnęła mnie w Seattle podczas pracy nad Carmen. Posłuchałam muzyki, pomyślałam – trudne! Ale, trudno, pora na wyzwanie, czas wziąć się za poważną muzykę (to jest Wagnera i Straussa). Od momentu tej decyzji mój stan emocjonalny wahał się od euforii do depresji. Euforii z powodu szansy przeżycia famtastycznej przygody zaśpiewania wspaniałej roli aktorskiej i popisowej wokalnie w przepięknym miejscu. Depresji spowodowanej uporczywym pytaniem „czy podołam?“ Z jednej strony jest parę osób na świecie, które wykonują tę rolę to dlaczego mnie by się to miało nie udać ? A z drugiej strony moja faworytka przygotowywała się do swojego debiutu w tej roli dwa lata, a ja mam niecałe pięć miesięcy, i cały czas koncerty, wydanie płyty, wywiady... może się nie udać. Poza tym wszystkie produkcje są skracane około godziny, my jako jedyni na świecie mieliśmy zagrać pełną wersję trwającą cztery i pół godziny! Następne zwątpienie przyszło jak wydrukowałam nuty. Utonęłam w papierze! Przecież to mi się nawet w walizce nie zmieści, a co dopiero w mózgu! I jeszcze po niemiecku! Postawiłam na technikę, kupiłam iPada i załadowałam elektroniczą wersję nut.

Niestety, sama nie dam rady zjeść tej żaby !

Dobry korepetytor to największy skarb!

Korepetytor to pianista, który przygotowuje śpiewaków do przedstawienia. Często jest także koncertującym pianistą lub dyrygentem, a są tacy, którzy potrafią grać na paru instrumentach, dyrygować i znają parę języków. To wybitny muzyk, nie obdarzony jednak talentem wokalnym. Gdyby korepetytor miał talent wokalny to sam by śpiewał, a nie uczył innych!.

Małgorzata Walewska - Kobieta be cienia - Meksyk - zdjęcie opubliowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Ania Pawluk, to moje zbawianie! Janina Anna Pawluk, jest wybitnym korepetytorem, wykształconą na świecie specjalistką od muzyki niemieckiej, do tego stopnia, że niemieckie teatry zatrudniały ją, żeby uczyła śpiewać po niemiecku niemieckich śpiewaków! Pani Anna ma około osiemdziesiątki, kiepskie zdrowie, męża na wózku inwalidzkim i niespożytą energię i miłość do muzyki. Początkowo obie podchodziłyśmy do tej opery jak pies do jeża. Ania nazywała „Kobietę...“ galerami, jednak w trakcie lekcji się rozkręcała, aż dochodziłyśmy do momentu, kiedy dymiło mi się z mózgu i błagałam o koniec, a starsza pani z błyskiem w oczach mówiła: „ no, no, no...to jeszcze ostatni raz, bo zapomniałaś, że jest podwójne „t“ w „Schatten“. Ania nie przepuszcza żadnych błędów! Na początku jeśli w ciągu dwóch godzin lekcji udawało nam się rozgryźć jedną frazę utworu, to już był duży sukces. Spotykałyśmy się prawie codziennie przez ponad dwa miesiące. Dzień przed wyjazdem do Meksyku Ania zawyrokowała – dasz radę! Jeszcze nie byłam w stanie zaufać tej opinii.

Wieża Babel

Poleciałam. Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że mało kto w Meksyku mówi po angielsku! Ja niestety nie mówię po hiszpańsku, znam parę słów i sporo rozumiem jednak nie było łatwo się porozumieć. W końcu postanowiłam mówić po włosku, wplatając nieliczne hiszpańskie słowa. Dla ułatwienia poszłam do włoskiej knajpy, ale tam też nie mówili po włosku zamówiłam zupę a dostałam spagetti, zgadzała się tylko część „frutti di mare“.

Obsada przedstawienia była międzynarodowa. Cesarzową grała Rebeca Nash, Australijka mieszkająca w Stanach, Cesarzem był Carlo Scibelli - Italoamerykanin, Baraka śpiewał Noe Collin, Meksykanin na stałe mieszkający w Wiedniu, mój dobry kolega z wiedeńskiej Volksoper, a jego żonę, farbiarkę grała Rosjanka z tearu marińskiego w Sankt Petersburgu Olga Sergeeva i ja, Polka w roli Amme. Olga została zaangażowana w ostatniej chwili, bo w ostatniej chwili wycofała się z produkcji pierwotna żona Baraka. Wielkim wybuchem radości Olga powitała wiadomość, że mówię po rosyjsku, gdyż jak się okazało, Olga mówi wyłącznie po rosyjsku i nie ma możliwości porozumienia się z reżyserem. A jak już wspominałam w poprzednim akapicie opera, którą mieliśmy wspólnie wykonać to ponad cztery godziny śpiewania po niemiecku. Paradoksalnie podczas mojego pobytu w Meksyku bardzo wzbogaciłam swoje rosyjskie słownictwo.

Płaczący reżyser

Reżyserem naszego spektaklu był były minister kultury Sergio Vela. To uroczy człowiek o wielkiej wrażliwości. Zwykle próby zaczynają się w salach prób przy akompaniamencie fortepianu i dopiero jak jest gotowa dekoracja to przenosimy się na scenę. Pierwszy raz reżyser się rozpłakał podczas takiej wstępnej próby. Myślałam, że mu coś w oko wpadło, bo ta próba wcale nie była taka genialna, ale okazało się, że to łzy wzruszenia! Potem płakał jeszcze parę razy z różnych powodów: a to ktoś pięknie zaśpiewał, a to sopranistka straciła panowanie nad sobą i zrobiła awanturę, że niepotrzebnie tracimy czas, skoro technika jest notorycznie nieprzygotowana do prób, a to ze stresu, że jest premiera, a to z radości, że sukces. Reżyserię praktycznie zrobiliśmy sami, ale specjalnie nam to nie przeszkadzało.

Próby

Małgorzata Walewska - Kobieta be cienia - Meksyk - zdjęcie opubliowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Ze względu na bardzo skomplikowaną inscenizację próby na scenie zaczęliśmy dosyć wcześnie, ale i tak do ostatniej chwili wszystko się zacinało. Scena została podzielona na trzy obszary: pierwszy z przodu sceny, stabilny, drugi i trzeci to dwie, równoległe ponad trzymetrowej szerokości zapadnie o długości sięgającej kulis. Te dwie zapadnie miały jeszcze różne „pułapki“, które się otwierały lub zamykały w zależności od potrzeb. Cała ta konstukcja była nie lada zagrożeniem, bo zapadnie podnosiły się i opuszczały na wysokość paru metrów do tego zmieniało się światło i pojawiały dymy, które skutecznie uniemożliwiały kontrolowanie przestrzeni. Było bardzo duże prawdopodobieństwo wpadnięcia w jakąś dziurę.

Przychodziliśmy na próbę na 15tą i czekaliśmy godzinę, a czasem dwie, aż technika się upora z dekoracją, potem następowało parę minut próby, zgrzyt, trzask i przerwa techniczna i tak codziennie przez tydzień. Doszło do tego, że robiliśmy zakłady: „o ile dziś opóźni się próba ?“.  Jak już raz szło nieźle to i tak musieliśmy przerwać, bo było trzęsienie ziemi i nas ewakuowali. To było jedyne trzęsienie, którego nie zauważyłam, bo na scenie wszystko było niestabilne i cały czas się trzęsło, więc trudno było ocenić czy się trzęsie samo czy z ziemią ? Potem się rozchorowałam: teatralna klimatyzacja zapewniła mi zapalenie krtani, które powoduje utratę głosu i konieczność wzięcia antybiotyku. Dzięki temu opuściłam parę prób. „Nic nie straciłam“- jak mi donieśli koledzy, a nawet zyskałam, bo na jednej z prób drewniana, rozsuwana konstrukcja zahaczyła o coś tam i fragment się urwał i poleciał na scenę uderzając w miejsce, gdzie powinnam stać, ale szczęśliwie chorowałam w tym momencie :). I tak nie obyło się bez ofiar, bo podczas ostatniego spektaklu wbiłam sobie w kciuk hak, z którego musiałam zdjąć dziurawy czajnik, żeby wyczarować z niego pięknego młodzieńca, wogóle nie poczułam bólu dopiero jak wyciągnęłam krwawą rękę w kierunku koleżanki to się zorientowałam.

Najwięcej stresu kosztowała nas łódź. W ostatnim akcie wsiadam z Cesarzową do łodzi na kółkach, którą techniczni wpychają na małą platformę na dwumetrowych palach, tam blokują kółka i pchają platformę wzdłuż fal. Zawsze coś się nie udawało; a to propeler zaczepiał o fale a to nierówno wjechali na platformę, a to fale skrzypiały.

Jeszcze próba generalna była totalną katastrofą, a na przemierze nastąpił cud i wszystko się udało!

Ilustracja felietonu Małgorzaty Walewskiej - Totalny Meksyk - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Rozpłakałam się razem z reżyserem jak kłanialiśmy się wśród deszczu czerwonych goździków rzucanych na scenę przez publiczność. Był to jeden z ważniejszych momentów w mojej karierze. Zaśpiewałam najtrudniejszą rolę, w bardzo ciężkich warunkach i ten huragan oklasków....

Meksyk – miasto kontrastów

Albo się kochają albo się zarzynają. Każdego dnia idąc do teatru obserwowałam mnóstwo całujących się par; młodych, starszych, hetero i homo, siedzących na murkach, parapetach, chodnikach... W teatrze też wszyscy się całowali, mniej namiętnie ma się rozumieć, ale jednak. Widzisz człowieka pierwszy raz w życiu a on od razu z rozpostartymi ramionami wita cię pocałunkami. Mimo, że jestem osobą bezpośrednią to muszę powiedzieć, że  trochę mnie to krępowało, a moja australijska koleżanka, która bała się wszystkiego, tym razem bała się bakterii! Szczytem wszystkiego było jak obcałował nas przewodnik, którego wynajęliśmy na wycieczkę po piramidach. Z drugiej strony codzinnie docierały do nas komunikaty o masakrach dokonywanych przez wojujące ze sobą kartele narkotykowe. Doniesienia typu: trzy ciała z odciętymi głowami pod centrum handlowym eleganckiej dzielnicy albo czterdzieści poćwiartowanych ciał w workach na autostradzie... Okazało się, że dotyczy to nie tylko ludzi uwikłanych w konflikty. Ciotce mojej przyjaciółki, meksykanki mieszkającej na stałe w Ameryce, ukradli samochód pod cenrtum handlowym jak wracała z zakupów, niestety dotkliwie ją przy tym pobili. Uprowadzili także chłopaka jej koleżanki. Nie wiadomo co się z nim stało!? Przyjaciółka przyleciała z Seattle do miasta Meksyk specjalnie na mój spektakl, ale nie odważyła się przy tej okazji odwiedzić rodziny na północy, bo to jest właśnie region, gdzie przestępczość jest największa. Z jednej strony spotykaliśmy się z wyjątkową uprzejmością i chęcią pomocy, a z drugiej cały czas słyszeliśmy doniesienia o uprowadzeniach i napadach na turystyczne autobusy. Byliśmy na eleganckim obiedzie, gdzie poznaliśmy emerytowanego przedstawiciela wytwórni płytowej Sony, który był dwa razy porywany dla okupu. Dom, w którym nas ugościli otoczony był wysokim murem zakończonym drutem kolczastym i potłuczonym szkłem, a przed ogrodzeniem stał opancerzony samochód. Wszystkie bogatsze dzielnice są chronione w ten sposób.

Ilustracja felietonu Małgorzaty Walewskiej - Totalny Meksyk - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Kolejny kontrast to żebracy pod wystawami eleganckich sklepów, luksusowe samochody obok wraków ledwo trzymających się kupy.  Brud i karaluchy ale wszyscy mają buty wypolerowane na lustro! Co parę metrów stoi budka czyścibuta, nawet w teatrze faceci ciągle czyszczą buty z uporem godnym lepszej sprawy. Na ulicach centrum śmierdzi, chyba, że mija się małe sklepiki z owocami z których wydobywa się pyszny słodki zapach mango i cytrusów, parę metrów dalej miesza się ze smrodem uryny. Przepiękne zabytkowe budowle obok rozlatujących się konstrukcji. Każdego dnia przeżywamy też kontrast muzyczny, kiedy wychodzimy z próby, gdzie staramy się rozgryźć skomplikowaną partyturę Ryszarda Straussa a pod teatrem kataryniarz korbą „kręci walca“ Johanna.

Zagrożenie utraty życia w Meksyku stwarzają nie tylko bandyci.

W ciągu mojego dwumiesięcznego pobytu w Meksyku przeżyłam trzy trzęsienia ziemi. Za pierwszym razem zastanawiałam się czy lepiej jest wejść pod biurko czy pod zlew? Potem nastąpiła szybka ewakuacja na pobliski plac. Jeśli jest za póżno na ewakuację to najlepiej otworzyć drzwi i stanąć w futrynie (to informacja na wypadek gdyby, po przeczytaniu tego materiału, nadal chcieli państwo się wybrać do Meksyku:). Hotel, w którym mieszkaliśmy nosił poważne ślady poprzednich trzęsień: popękane ściany i zamaskowane wyrwy w podłodze.

Cały czas dawał też o sobie znać El popo – wulkan położony 80 kilometrów od miasta. W teatrze rozdali maseczki na wypadek gdyby wulkaniczny pył przedarł się do miasta. Jedyny przyjemny kataklizm jaki spotkał mnie w Meksyku to huragan oklasków.

Korzystając z krótkiej przerwy między ostatnimi spektaklami wyskoczyliśmy na trzy dni do Cancun, ale to już zupełnie inna historia, o której opowiem jak znów będzie zimno.

Małgorzata Walewska

Listy do Małgorzaty Walewskiej - list drugi

My

Szanowna Pani,

To niesamowite i zabawne zarazem, jak ów wątek „piekarski” wraca w wielu naszych rozmowach z ludźmi opery. Do wspomnianych przez Panią osób,  możemy jeszcze dorzucić Piotra Beczałę, który w ubiegłym roku w wywiadzie dla opera.info.pl, na nasze pytanie czym jeszcze chciałby się zająć poza śpiewaniem, odpowiedział zupełnie serio, że chciałby być …piekarzem, a w domu uwielbia od czasu do czasu upiec jakieś ciasto. Ale wracajmy czym prędzej do Pani opowieści. Co było potem? Wiemy już, jak zaczęła się Pani kariera. Słynne spektakle, w których wzięła Pani udział, wielcy artyści, z którymi Pani występowała na scenach całego świata i setki tysięcy kilometrów pokonanych podczas nieustannych podróży. Gdyby teraz wyrwana ze snu, została Pani zapytana o wydarzenia i ludzi, którzy mieli największy wpływ na to jak potoczyła się Pani kariera zawodowa, co by Pani odpowiedziała? Które z zaśpiewanych ról są dla Pani najważniejsze, w których teatrach pracowało się Pani najlepiej ?”

Serdecznie Panią pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy

 

Małgorzata Walewska

Szanowni Państwo,

W  każdym teatrze operowym pierwszy występ jest fascynujący. Jednak najbardziej lubię wracać do miejsc „z duszą”. Moimi ulubionymi scenami są: zamek Olavinlinna w malowniczej Savonlinnie, tam odbywa się największy fiński festival operowy, i antyczny teatr Herodosa u stóp Akropolu w Grecji. Z sentymentem wspominam też Semperoper w Dreźnie. Ten piękny budynek usytuowany na środku placu wygląda jak tort. Piękne wnętrza i scena z zabytkową kurtyną zostały uwiecznione w teledysku “Canto d’ucelli”, którynagrywaliśmy podczas mojego kontraktu w Dreźnie.

Oczywiście muszę tu też wymienić Staatsoper w Wiedniu, gdzie po raz pierwszy pracowałam z największymi gwiazdami jak Luciano Pavarotti, Placido Domingo i wieloma innymi, Królewską Operę - Covent Garden w Londynie, Metropolitan Opera w Nowym Jorku, Deutsche Oper Berlin, gdzie śpiewałam wiele produkcji a ostatnio Dalilę u boku Jose Cury jako Samsona, Teatro della Opera di Roma, Teatro Comunale di Bologna, Teatro Real in Madrid i New National Theatre in Tokyo.... Uwielbiam operę, byłego dyrektora Speighta Jenkinsa i publiczność w Seattle, gdzie debiutowałam w 2009 jako Judyta w „Zamku Sinobrodego” Beli Bartoka a potem śpiewałam Azucenę w  Trubadurze  i Dulcyneę w Don Kichocie J.Massenetta.

Chociaż... jakby mnie tak wyrwać ze snu to najbardziej fascynująca i trudna rzecz jaka mnie ostatnio spotkała to rola Amme w Kobiecie bez cienia Ryszarda Straussa na scenie Tearto de Bellas Artes w Mexico City - szczegóły dotyczące tej przygody znajdą państwo w materiale "Totalny Meksyk", ale tak naprawdę kocham wszystkie moje postaci. Ostatnio jestem bardzo zżyta z Azuceną i operą krakowską.

 

Mistrz i Małgorzata

Wspomnienia ukazują się dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej i magazynu "Zwierciadło", gdzie tekst ten ukazał się w wersji skróconej, jako felieton gościnny.

 

Modena – rodzinne miasto Luciano Pavarottiego, listopad 1991, stoję za kulisami. W zasadzie nie stoję tylko chodzę tam i z powrotem. Nie mogę ustać w miejscu, za bardzo się denerwuję. Zaraz wychodzę na scenę! Prowadzący spytał jak się wymawia moje nazwisko ? Małgorzata Walewska. Zapowiedział ! Brzmiało nawet podobnie. Wychodzę ! Na scenie oprócz fortepianu stoi stolik z jednorazowymi kubkami i woda w butelkach.

Co nam zaśpiewasz ? Dobiega głos z loży królewskiej teatru w Modenie. Dopiero jak usłyszałam ten głos i zobaczyłam wzorzystą chustę to uwierzyłam, że Pavarotti osobiście słucha uczestników europejskiego półfinału. To około 400 osób ! Przesłuchania zaczynają się koło dziesiątej i trwają cały dzień. Każdy śpiewa jedną arię i potem czeka czy Maestro poprosi o drugi utwór. Na innych konkursach nawet nie pozwalają dokończyć jednej arii, czasem przerywają po paru taktach. Pavarotti nikomu nie przerywa. Jest bardzo serdeczny, wprowadza miłą atmosferę.  Często powtarza: "Nie denerwuj się, napij się wody i zaśpiewaj jeszcze raz". Ma anielską cierpliwość.

Małgorzata Walewska z Luciano Pavarottim
Andrea Chenier - Wiener Staatsoper
09/1996 photo (c) Axel Zeininger / kliknij, aby powiększyć...

Przesłuchania trwają parę dni. Od rana do późnego wieczora. Po swoim występie przychodzę już „na luzie“ słuchać innych uczestników. Pod koniec dnia słuchania jestem wykończona i już z trudem odróżniam głosy męskie od żeńskich. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę jaką ciężką pracą jest słuchanie. A nie wszyscy śpiewają pięknie. Maestro cały czas popija wodę z cytryną, czasem je kanapki. Dla wszystkich jest bardzo miły, niektórych uczestników prosi aby jutro przyszli zaśpiewać jeszcze raz. Na konferencji prasowej na pytanie czy trudno jest podjąć decyzję czy kogoś odrzucić czy przepuścić do następnego etapu Maestro mówi, że decyzja na "tak" czy "nie" jest łatwa, najgorzej jest jak jest “może“. Na ogłoszenie wyników półfinałowych przesłuchań czekaliśmy parę dni. Z czwórki Polskich solistow tylko mnie się udało przejść dalej.

Na finał konkursu do Filadelfii przyjechałam w zaawansowanej ciąży. Kiedy Maestro przyszedł na scenę, żeby nam pogratulować podszedł do mnie i porównywał czyj brzuch jest większy. W tej konkurencji też był najlepszy.

Przez cały czas trwania konkursu Luciano towarzyszyła jego żona Adua. Było tylko dwoje akompaniatorów; urocza Susan i Maestro Leone Meghiera – pianista i dyrygent także urodzony w Modenie. Ten wybitny muzyk zgodził się na morderczą pracę akompaniatora na konkursie tylko ze względu na wielką przyjaźń z Luciano. Pod koniec dnia przesłuchań Leone z trudem podnosił ręce na wysokość klawiszy.

Warszawa 1995, koncert Pavarottiego w Sali Kongresowej.

Poszłam się przywitać z Maestro i pokazać zdjęcia córeczki Alicji, którą miałam w brzuchu w Filadelfii. Miłą niespodzianką dla mnie było, że Luciano wciąż mnie pamięta z konkursu. Dał mi w prezencie 2 bilety na swój koncert w Sali Kongresowej. Wtedy też poznałam Nicolettę asystentkę, a póżniejszą  żonę Luciano, zrobiła na mnie wrażenie miłej i skromnej osoby. Po latach bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że też dali na imię swojej córce Alicja.

Staatsoper w Wiedniu, luty 1996, próby do „Andrea Chenier“ Umberto Giordano.

Pavarotti przyjechał z Nicolettą i „stołkowym“- tak nieoficjalnie nazywaliśmy młodego człowieka, który nosił za Luciano wysoki stołek. Podczas prób Maestro siedział na scenie  na tym stołku i obserwował co robimy. Był miły i wesoły. Grałam Bersi, pokojówkę i powiernicę Magdaleny. Śpiewałam do Magdaleny, że ma takie piękne sukienki a moje są takie brzydkie. Na co Pavarotti zmierzył mnie wzrokiem ze swojego wysokiego stołka i skwitował „I don’t think so“ (nie powiedział bym). Jeśli nie musiałam stać na scenie siedziałam na widowni i chłonęłam każdy dźwięk, który wydobywał z siebie Maestro. Był w doskonałej formie. Miał pewne problemy z reżyserią, bo musiał stoczyć walkę na szpady z Renato Brusonem a jego tusza ograniczała zwinność ruchów. Na pierwszej próbie wybuchł szczerym śmiechem nad swoją walką. Miał do siebie dystans.

Małgorzata Walewska i Luciano Pavarotti
Mistrz i Małgorzata 1998
kliknij, aby powiększyć...

Dlaczego to właśnie Luciano jest Królem Tenorów i Królem Wysokiego „C“?

Siła Luciano leży przede wszystkim w barwie. Jak słuchamy w radio znanej arii tenorowej to czasem zastanawiamy się kto to śpiewa, tylko jeśli śpiewa Pavarotti to rozpoznajemy go od pierwszego tonu. Drugim atutem jest „bel canto“, czyli piękny śpiew. Tym terminem została nazwana włoska szkoła śpiewu, ktorej Pavarotti był mistrzowskim przykładem. Takiego legata (po polsku można by to określić melodyjnością fazy) nie miał nikt ze współczesnych tenorów. Warto też zwrócić uwagę, że jego barwa była cudownie wyrównana na całej długości skali. No i ten promienny uśmiech…. Iście królewskie insygnia.

Papież opery

Pavarotti „wyprowadził operę na stadiony“. To on pierwszy pozwolił sobie na śmiałe eksperymenty z muzykami popowymi i rockowymi. Wyszedł do ludzi, którzy nigdy nie trafiliby do opery. Jeśli człowiek wrażliwy na dźwięki usłyszał go choć raz nie mógł go nie pokochać. Luciano roztaczał wokół siebie blask. Unikalną barwę głosu dostał od stwórcy. To piękny, ale i zobowiązujący prezent. Złoto-miodowym dźwiękiem swojego głosu potrafił oczarować wyznawców różnych gatunków muzycznych i nawet jeśli ktoś nie był jego fanem, to darzył go szacunkiem. Szczęśliwie został doceniony i uwieczniony w wielu nagraniach. To bezcenny materiał, zwłaszcza dla młodych śpiewaków.

Pavarotti był jednym z tych artystów, którzy wywarli wielki wpływ na moje życie artystyczne.
Małgorzata Walewska

 

Listy do Małgorzaty Walewskiej - list pierwszy

My

Szanowna Pani,

Fantastyczna kariera artystyczna, najsłynniejsze sceny operowe świata,  fani podążający na występy ukochanej śpiewaczki, a samych spektakli teatralnych, koncertów i płyt w dorobku tyle, że jest dla nas prawdziwym problemem od czego zacząć naszą  rozmowę. Rzeczą naturalną byłoby w tej sytuacji wprowadzić chronologię i zapytać o początki, dowiedzieć się co przed laty skłoniło młodą dziewczynę do wybrania takiej właśnie życiowej ścieżki, tym bardziej, że nikt u początków kariery artystycznej nie może być pewnym czy spektakularne sukcesy w tej dziedzinie będą akurat jej lub jego udziałem. Dla każdego człowieka, rzecz to oczywista, te pierwsze decyzje mają znaczenie fundamentalne, jednak zazwyczaj z perspektywy lat wiemy, że takich momentów decydujących o kształcie naszego życia,  było znacznie więcej. Pytając więc o początki Pani kariery, chcielibyśmy poprosić o nieco szerszą opowieść o wydarzeniach, ludziach, spektaklach, które ukształtowały Panią jako artystkę operową.

Serdecznie pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy

 

Małgorzata Walewska

Szanowni Państwo,

Śpiewałam od zawsze. Kiedy byłam małą dziewczynką, dziadek stawiał mnie na kuchennym stołku i śpiewałam – „a ja nie chcę czekolady, chcę, by miłość dał mi ktoś”, dziadek akompaniował mi na mandolinie i sam też śpiewał, na ogół bardzo wzruszające piosenki i sam przy tym płakał. Cała moja rodzina ze strony mamy jest bardzo muzykalna, choć nie związana z muzyką zawodowo. Moja babcia śpiewała w chórze kościelnym. Wszyscy z jej rodziny sa bardzo muzykalni, ba nawet mają na nazwisko Muzyka. Moja ukochana ciotka Ania uczyła się śpiewu klasycznego, ale los jej się tak potoczył, że śpiew traktuje jako hobby, ale.... dzięki temu hobby i wrodzonej kreatywności jest prezesem zarządu STOARTu ! No i wspomniany wcześniej dziadek grający na każdym instumencie, który mu wpadł w ręce. Dziadek z zawodu był piekarzem a potem stolarzem. Początkowo grał na mandolinie, ale kiedy stracił palce pod piłą do drewna to mój ojciec kupił mu akordeon.

W zasadzie można powiedzieć, że talent wokalny dziedziczy się po piekarzach. Proszę zwrócić uwagę, że Pavarotti i Kiepura mieli ojców piekarzy. Jeden z naszych młodych tenorów Tadzio Szlenkier, ma ojca piekarza. Ja miałam dziadka...., może dlatego nie jestem tenorem tylko mezosopranem  ;).

Dosyć późno wpadłam na pomysł śpiewania w operze i w ogóle na to, że śpiew może być moim zawodem. Wcześniej chodziłam do klasy matematyczno – fizycznej w liceum ogólnokształcącym. Tam przekonałam się, że ani matematyka ani fizyka nie jest i nigdy nie będzie moją pasją, ale dopiero trzymając w ręku świadectwo maturalne po raz pierwszy w dojrzały sposób zastanowiłam się, co chcę robić w życiu. Nie co będzie opłacalne, sensowne, co przyniesie pieniądze..... a co uwielbiam. Miałam dwa pomysły: śpiew i aktorstwo. W pewnym momencie wpadłam na pomysł, że opera jest idealnym połączeniem tych dwóch pasji. Nie byłam jakąś wielką fanką opery, ale nie przełączałam stacji radiowej, gdy grali utwory klasyczne. Chętnie chodziłam na spektakle, zachwycałam się pięknymi głosami. Wychowałam się na płytach Bogny Sokorskiej i Jana Kiepury. Uwielbiałam Violettę Villas, słuchałam też płyt Orkiestry z Chmielnej. W sumie w tych ludowych tekstach jest wiele operowych emocji: „Stachu, jam cię przecież kochała. Jam ci życie oddała!”. To jest nic innego jak teksty i uczucia, które znamy z opery!  Musiałam zacząć swoją drogę muzyczną od samego początku. Nie miałam żadnego wykształcenia muzycznego, o muzyce nie wiedziałam nic! Mimo to podeszłam do egzaminów na wydział wokalno-aktorski w Akademii Muzycznej w Warszawie. To była spontaniczna decyzja. Miałam miesiąc na przygotowanie. Trafiłam do przypadkowego wykładowcy. Pani profesor (emerytowana śpiewaczka operowa). nie była w stanie rozpoznać jakim jestem głosem i dała mi repertuar, z którym nie mogłam sobie poradzić, to tylko wpędziło mnie w depresję. Jak zaczęłam się uczyć, okazało się, że nic nie wiem o śpiewaniu! A śpiewałam odkąd pamiętam i wszyscy zawsze zachwycali się moim talentem. Oczywiście to nie był śpiew operowy, tylko taki z gitarą przy ognisku. Byłam ambitna i chciałam się nauczyć czegoś nowego, ale poziom trudności tej sztuki przerósł moje wszelkie oczekiwania.

Halina Słonicka i Małgorzata Walewska podczas koncertów w Finlandii 1994
Halina Słonicka i Małgorzata Walewska
podczas koncertów w Finlandii 1994
Kliknij zdjęcie aby powiększyć...

Pierwszy raz załamałam się podczas przygotowań do egzaminów wstępnych, jednak postanowiłam się nie poddać a egzamin, którego nie zdałam, utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest droga, którą chcę iść! Emocje towarzyszące bezpośredniemu obcowaniu z wolumenem klasycznego głosu zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Do tej pory pamiętam wzruszenie gdy śpiewał mój kolega bas, z którym później przez krótki czas śpiewałam w Teatrze Wielkim… Wiedziałam, że to emocje, z którymi chcę mieć do czynienia na co dzień. Oczywiście przez myśl mi nie przeszło, że zajdę tak daleko. Moją ambicją było śpiewanie w chórze Teatru Wielkiego, to dawałoby mi możliwość łączenia śpiewu i aktorstwa. Śpiewanie w Filharmonii mnie nie pociągało. Skończyłam średnią szkołę muzyczną, obroniłam dyplom. Postanowiłam jeszcze raz startować do akademii i tym razem już się okazało, że jestem geniuszem i wszyscy chcą mnie mieć w swojej klasie. Ja już wtedy pracowałam z prof. Słonicką i to właśnie jej zawdzięczam umiejętość śpiewania. Zadebiutowałam na trzecim roku studiów na scenie Opery Narodowej.

 

"Wspomnienia o Halinie Słonickiej"

 tekst ten ukazuje się dzięki uprzejmości Małgorzaty Walewskiej i magazynu "Imperium kobiet".

 

Halina Słonicka - "Wielka artystka, wybitny pedagog, szlachetny człowiek" – to słowa jakie my - studenci napisaliśmy na nagrobku naszej ukochanej Maestry w lipcu 2000 roku.

Profesor Halina Słonicka to osoba, której zawdzięczam swoją edukację wokalną. Spotkałyśmy się w latach osiemdziesiątych na konkursie moniuszkowskim. Był to mój pierwszy konkurs w życiu. Poległam w drugim etapie. Jedyną korzyścią było poznanie prof. Słonickiej, która była członkiem jury. Powiedziała: „dziecko masz piękny głos, ale nie masz pojęcia o śpiewaniu“ i taka była prawda. Profesor Słonicka była osobą wyjątkową. Samochodem, a konkretnie maluchem, jeździła pod prąd i dziwiła się: “czego te barany tak trąbią?“. Zapominała wyłączyć kierunkowskazu, lusterko wsteczne używała wyłącznie do poprawiania makijażu. Raz wysiadając z samochodu stłukła bardzo dobry koniak, przez chwilę się zastanawiała jak go pozbierać? Potrafiła w pośpiechu schować do kieszeni zapalonego papierosa i dziwić się: „co tak śmierdzi?“. Wparowała na spotkanie z przyczepioną kartką na piersi z napisem: „wyłącz żelazko“. Wielokrotnie zdarzało jej się zapomnieć o żelazku i rzut oka w lusterko przed wyjściem z domu ratował sytuację, tym zrazem wyszła tak szybko, że zapomniała o wszystkim. Robiła pulpety w pierścionkach a potem była zaskoczona, że pies jej zjadł pachnące mięsem pierścionki (nie wnikałam czy je odnalazła).

Halina Słonicka - zdjęcie z archiwum Małgorzaty Walewskiej
Halina Słonicka jako Jenny
w Rozkwicie i upadku miasta Mahagonny
Zdjęcie ze zbiorów Małgorzaty Walewskiej
Kliknij, ay powiększyć...

Tak, Halina Słonicka pseudonim „Słoń“ była osobą wybitnie roztrzepaną... dopóki nie zaczęła się lekcja. Lekcja nigdy nie trwała przepisowych 45 minut, bo pani profesor nigdy nie kończyła pracy w połowie. Była bardzo wymagająca, niecierpliwa i nie zostawiała na nas suchej nitki. Wielokrotnie wychodziłyśmy z lekcji z płaczem, bo nie byłyśmy w stanie sprostać wymaganiom Maestry. Potrzebowałam cztery lata, żeby zacząć rozumieć, czego ta kobieta ode mnie chce i czego tak się czepia?. A teraz... jestem taka sama. To znaczy moje wymagania w stosunku do studentów są tak samo wysokie. Jednak jestem lepszym kierowcą, nie palę papierosów i nie robię pulpetów.

Nawet wtedy, kiedy miałam już na koncie duże sukcesy i wszyscy wpadali w zachwyt to Maestra zawsze znalazła coś co możnaby zrobić lepiej. I to prawda. W naszym zawodzie zawsze jest coś do poprawienia. O przygotowaniu roli opowiem państwu szczegółowo innym razem.

Maestra miała parę świetnych powiedzonek. Zawsze przed wyjściem na scenę obdarzała mnie komplementem: „Co nie dośpiewasz to dowyglądasz!“. Powtarzała też często, że największym wrogiem śpiewania jest gadanie: „pamiętaj dziecko, dobry głos jest jak dobra kiełbasa, im cieniej kroisz tym na dłużej starczy“. 

Pani Profesor była bardzo zżyta z całą moją rodziną, była obecna na wszystkich naszych imprezach. Opowiadała różne anegdoty ze swojego życia artystycznego, ale tego, że jej matka przemierzyła pieszo kilkaset kilometrów na piechotę, żeby odnaleźć ośmioletnią Halinkę dowiedziałam się dopiero z artykułu poświęconego pani profesor. Gdy wybuchła wojna ośmioletnia Halinka była na koloniach w Busku Zdroju, jej mama Olga szła z Hajnówki, dotarła do córki dopiero w październiku.

Mimo, że kariera Haliny Słonickiej przypadła na ciężki okres komunistyczny odnosiła duże sukcesy na światowych konkursach, niestety władze uniemożliwiały kontynuowanie kontaktów zagranicznych. Paradoksalnie w tym okresie mieliśmy w Polsce „więzionych“ wspaniałych artystów i dzięki temu pokolenie naszych mam jeszcze pamięta jak brzmi prawdziwe bel canto w polskim wykonaniu. Maestra opowiadała jak na konkursie w Vercelli miała za ciasne buty, więc zsunęła je dyskretnie pod długą suknią, ale śpiewając arię z pełnym zaangażowaniem emocjonalnym przesunęła się trochę i nie była już w stanie trafić w buty po zakończeniu występu. Wróciła z nagrodą. Takie opowieści na imprezach mogły trwać do rana, ale Halina, spieszyła się do domu, gdzie czekała na nią chora matka Olga. Olga pod opieką swojej córki dożyła 96 lat. Halina była duszą towarzystwa, ale się nie narzucała, bo jak mawiała – „gość jak ryba, po trzech dniach śmierdzi“. A’propos ryby miała też inne powiedzenie, że „kobieta i ryba psuje się od szyi“. Niestety ostatnio coraz częściej wspominam te słowa, ale to także temat na osobne rozważania.

Zapraszam do posłuchania mojej Maestry

Halina Słonicka urodziła się 29.III.1931 w Czerniawach na Polesiu, zmarła 9.VII.2000 w Warszawie. Jeszcze jako uczennica wyśpiewała I nagrodę w konkursie „Szukamy talentów śpiewaczych“. Po maturze została przyjęta na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, ale wybrała naukę śpiewu u prof. Magdaleny Halfterowej w średniej szkole muzycznej a potem w warszawskiej Akademii Muzycznej, którą ukończyła w 1960 roku. Jako solistka Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego  występowała w ZSRR, Chinach i Korei. Będąc jeszcze na studiach, w 1957 roku, została etatową solistką Opery Narodowej. Była laureatką wielu konkursów: Vercelli (1956, IV nagroda), Moskwa (1957, II nagroda), s’Hertogenbosch (1958, II nagroda), Tuluza (1959, II nagroda), Genewa (1960, II nagroda), Rio de Janeiro (1963, III nagroda).

Zaśpiewała 30 partii operowych. Jej popisowe role to Violetta w Traviacie, Ewa w Hrabinie, Gilda w Rigoletcie, Leonora w Trubadurze, Zerlina i Donna Anna w Don Giovannim, Giulietta i Antonia w Opowieściach Hoffmanna, Jenny w Rozkwicie i upadku miasta Mahagonny, Mimi w Cyganerii, Elżbieta w Don Carlosie, Roksana w Królu Rogerze, Małgorzata w Fauście, Micaela w Carmen, Desdemona w Otellu, Poppea w Koronacji Poppei, pani Ford w Falstaffie.. Śpiewała je głównie na scenie TW w Warszawie, ale także i na innych scenach krajowych i zagranicznych. Krytycy wyrażali się o niej z entuzjazmem podkreślając wokalną precyzyję przy jednoczesnej swobodzie wykonawczej, szlachetność barwy głosu, ekspresję i dramatyczną siłę, brawurę i dokładność w koloraturach i wysokich dźwiękach a także piękną aparycję. Bogdan Paprocki nazwał ją Modrzejewską sceny operowej

Śpiewała także pieśni, oratoria i kantaty. Jej muzykalność i instynkt artystyczny pozwalały na swobodne poruszanie się wśród różnych stylów i epok. Jej interpretacje były przemyślane i logiczne. Spośród partii w oratoriach i kantatach (miała ich w repertuarze około 30) najchętniej śpiewała Bacha, Beethovena, Haydna i Mozarta. Współpracowała z wybitnymi dyrygentami m.in. z J. Krenzem, S. Wisłockim, J. Katlewiczem i, J. Semkowem, W. Rowickim, B. Wodiczką, P. Kleckim i K. Masurem.

Od 1980 roku Halina Słonicka rozpoczęła pracę pedagogiczną. Początkowo w Białymstoku, a potem w warszawskiej Akademii. Do jej najbardziej znanych uczennic należą: Małgorzata Walewska (mezzosopran), Katarzyna Trylnik (sopran), Dorota Radomska (sopran), Beata Morawska (mezzosopran), Jolanta Janucik (sopran).

Halina Słonicka zmarła na raka 9 lipca 2000 roku w warszawskim szpitalu. Została pochowana na białostockim prawosławnym cmentarzu, obok swojej mamy, Olgi.
Małgorzata Walewska

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)