opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Nigdy nie opuszczam gmachu opery" - wywiad z Maciejem Figasem - część 1

O Rusałce i o moście, pod którym pląsała, o tym dlaczego nie należy gonić kota z tasakiem oraz o pionierskich czasach w Opera Nova, opowiedział Beacie i Michałowi Olszewskim jej Dyrektor, Maciej Figas. Wywiad został przeprowadzony w lutym 2014 roku.

Zapraszamy również do lektury drugiej części wywiadu.

Maciej Figas zdjęcie (c) Marek Chełminiak
Maciej Figas
Zdjęcie (c) Marek Chełminiak; kiknij, aby powiększyć...

Panie Dyrektorze, polskie teatry operowe bardzo rzadko wystawiają „Rusałkę” Antonina Dvořáka, tymczasem inscenizacja w Opera Nova w Bydgoszczy nie tylko odniosła sukces, ale stała się sławna dzięki Państwa pomysłowi inscenizacyjnemu, aby opowieść o wodnej nimfie osadzić w Bydgoszczy początków 20-tego wieku. Naszym zdaniem jest to bardzo interesująca propozycja połączenia tradycyjnego sposobu wystawiania oper z elementami modernizującymi warstwę wizualną utworu. Jaka jest geneza tego pomysłu?

Rzeczywiście, często sięgamy po tytuły, które nie są popularne w Polsce. Wiedzą Państwo doskonale, że nie jest sztuką grać wyłącznie tytuły, które są powszechnie znane i lubiane. W każdym teatrze znajdą Państwo „Traviatę”, „Halkę”, „Cyganerię” i „Straszny dwór”. My mamy ambicje, żeby czasami sięgać po tytuły, które z różnych powodów, niekiedy z przyczyn wręcz nieznanych, nie są w Polsce grywane. Jako jedni z pierwszych przypomnieliśmy „Opowieści Hoffmanna”, sięgnęliśmy po „Lakmé”, które jest cały czas w naszym repertuarze, a potem wystawiliśmy „Manru”, którego nikt poza nami nie gra…

… i którym odnieśliście Państwo bardzo duży sukces…

…tak, to prawda… niech mi będzie wolno to nieskromnie potwierdzić (śmiech)..., a „Rusałka” jest kolejnym takim tytułem. Jeśli mnie Państwo  pytają dlaczego ta opera nie jest w Polsce grana, to ja odpowiem: „nie wiem”. Przed każdym i po każdym przedstawieniu „Rusałki” zadaję sobie to pytanie i … naprawdę nie znajduję na nie odpowiedzi. Może dlatego, że współczesnym reżyserom wydaje się, że tak prosta historia, bajka właściwie,

nie jest możliwa do opowiedzenia na serio i zaczynają kombinować, szukać nowych rozwiązań, które często przynoszą tragiczne skutki. Tymczasem wystarczy wgłębić się w partyturę i  poznać fragment życiorysu Dvořáka związany z tym dziełem, żeby od razu zacząć szanować jego wolę i jego samego jako znakomitego kompozytora. Jest to w końcu nazwisko, którego odpowiednika w polskiej literaturze operowej próżno szukać. Dlaczego więc nie wystawiać „Rusałki”? Przecież to piękna bajka, która wzrusza i dzieci i dorosłych, przemawia do piętnastolatka i osiemdziesięciolatka, dlaczego nie miałaby więc być wystawiana, a jeśli już, to czemu nie w tradycyjny sposób?

W Bydgoszczy jest ona pokazana w sposób tradycyjny, jednak z czymś, co byśmy nazwali „dotknięciem nowoczesności”.

Ale przesłanie jest zachowane.

To prawda, wszystko jest właściwie od początku do końca konsekwentnie przedstawione. Jedyne z czym właściwie moglibyśmy pójść do Pani, która wyreżyserowała „Rusałkę” w Bydgoszczy, to z pytaniem o drugą część drugiego aktu, którego początek jest osadzony w tej samej, bardzo zgrabnej i sensownej konwencji ustanowionej w akcie pierwszym. W części drugiej aktu drugiego mieliśmy tymczasem nieodparte wrażenie, że ktoś nas z tej konwencji „wysadził”. Na szczęście poczucie sensowności przywrócił nam…

…akt trzeci… Rzeczywiście, w pewnym momencie Panią reżyser Kristinę Wuss zaczęła ponosić fantazja i mieliśmy pewien problem z odczytaniem jej niektórych pomysłów i idei, które momentami przestawały być czytelne również dla nas. Na niektóre, daleko idące propozycje patrzyliśmy, mówiąc wprost trochę przestraszeni. Zaczęliśmy więc ją delikatnie przekonywać, aby z pewnych swoich koncepcji po prostu zrezygnowała. Na niektóre propozycje się zgodziła, na niektóre nie. Ostatnia faza przygotowań polegała wręcz na eliminowaniu niektórych zaproponowanych przez nią rozwiązań. Siedzieliśmy na widowni i zadawaliśmy sobie pytanie, czy dana propozycja jest czytelna dla widza? Jeśli nie, po prostu z niej rezygnowaliśmy. Kristina to trochę przeżywała, ale … nadal jesteśmy w przyjaźni. Ona jest niesamowitą osobą. Przed każdym wznowieniem serii „Rusałek” przysyła nam kartki z pozdrowieniami, i to nie tylko mnie jako dyrektorowi, ale również głównym wykonawcom, czy asystentowi reżysera. I jeśli pytają mnie Państwo, kto wpadł na pomysł, żeby osadzić akcję „Rusałki” w Bydgoszczy, to najbliższa prawdy będzie odpowiedzieć, że to była właśnie Kristina. Ona była zauroczona naszym miastem! Skoro Bydgoszcz jest położona nad wodą (o czym niewielu Polaków wie),  wpadła na pomysł, aby wziąć kamerę, wsiąść do łódki i opłynąć całe miasto fotografując je z tej właśnie perspektywy. I tak doszła do pomysłu z mostem…

"Rusałka" w Opera Nova w Bydgoszczy
"Rusałka" w Opera Nova w Bydgoszczy; kliknij, aby powiększyć...
Maciej Figas zdjęcie (c) Marek Chełminiak
Maciej Figas
Zdjęcie (c) Marek Chełminiak; kiknij, aby powiększyć...

…którego tak naprawdę nie ma…

…nie w takim kształcie…, ale most, który widzimy na scenie jest  dokładną repliką prawdziwego mostu z przełomu wieków, który notabene zostanie niebawem odrestaurowany i przywrócony mieszkańcom Bydgoszczy właśnie w oryginalnej formie. Był taki moment, że scenograf  powiedział: „Ja go rozrysuję na podstawie archiwalnych zdjęć”. Okazało się jednak, że nie było takiej potrzeby, bo konserwator zabytków udostępnił nam kompletną dokumentację prawdziwego mostu.

Czy po odbudowie będzie on tak piękny jak ten Państwa, na scenie?

Będzie dokładnie taki sam.

Wracając do „Rusałki” chcielibyśmy Pana zapytać o pewne fascynujące zagadnienie natury interpretacyjnej. Dowiedzieliśmy się od Pani Agnieszki Zwierko, która śpiewała w operze Dvořáka mnóstwo razy, w tym w teatrach czeskich, że jest tam tradycją wykonawczą, że ta sama śpiewaczka wykonuje postać Ježibaby oraz Księżnej. Państwo nie zdecydowaliście się na takie rozwiązanie, a jest ono kuszące, bo ktoś, czyli Ježibaba musi dowieść Rusałce, że ludzie są podli i źli.

Nie zrobiliśmy tego ze względów czysto wokalnych. Partia Ježibaby jest partią dla wysokiego mezzospranu, natomiast Księżnej - sopranową. Krótko mówiąc musielibyśmy szukać absolutnie wyjątkowej odtwórczyni, o unikatowych warunkach wokalnych i iść na pewnego rodzaju kompromisy inscenizacyjne. Jak pewnie Państwo zauważyli, przykładamy dużą wagę do wyglądu solistów. To jest Bydgoszcz, to nie jest Metropolitan Opera w Nowym Jorku i ja nie zamierzam mówiąc kolokwialnie „wciskać” mojej publiczności, że Rusałką może być sześćdziesięciolatka. Jestem dumny z moich solistów, którzy są nie tylko znakomici, ale i młodzi. I ja ten atut wykorzystuję w spektaklach. Oni są tak autentyczni na scenie, że ja sam mam dreszcze stojąc siedem metrów przed nimi. Są to przeżycia, których nie doświadczymy decydując się na zafałszowanie, na pewną umowność. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to co mówię, może być dla niektórych artystów przykre.

Rozumiemy Pański punkt widzenia. Niedawno widzieliśmy operę „Pajace” w Wiener Staatsoper, gdzie całe, skądinąd świetne przedstawienie, zostało po prostu zepsute przez obecność na scenie zasłużonego tenora, który wiele lat temu był wielki, ale który już dawno stracił czar i urok swojego głosu. Jego śpiewanie było na tak estetycznie katastrofalnym poziomie, że zastanawialiśmy się czy nie wyjść z teatru. Ale wróćmy do Ježibaby …

Wracając do Ježibaby, to jeśli Państwo popatrzą, co wymyśliła pani reżyser w pierwszym akcie i na początku aktu trzeciego, gdzie ruch sceniczny Ježibaby i jego dynamika dominują w całej scenie, to od razu zrozumiemy, że artystka śpiewająca tę partię musi być osobą niezwykle sprawną. I między innymi dlatego, tę postać bardzo często u nas kreuje Darina Gapicz, która ma  za sobą trzy sezony w Teatrze Muzycznym w Gdyni i która jest w stanie bez szkody dla jej śpiewu skakać i biegać po scenie. Dlatego też, wiedząc jakie będą wymagania reżysera względem naszej Ježibaby, od razu zrezygnowaliśmy z poszukiwań solistki, która będzie w stanie zaśpiewać dwie tak różne partie. Ale zgadzam się, że taki sposób interpretacji tych dwóch postaci, tzn. gdy Ježibaba i Księżna to ta sama osoba jest bardzo interesujący i nie dziwię się, że próbowano w przeszłości takiej interpretacji. To bardzo ciekawa tradycja wykonawcza.

Niestety nie wszystkie zmiany, które współcześnie reżyserzy proponują przy inscenizacji „Rusałki” mieszczą się w jakiejkolwiek tradycji. Widzieliśmy ostatnio w Wiedniu najnowszą propozycję interpretacji dzieła Antonina Dvořáka, ogólnie bardzo interesującą i udaną, wokalnie i muzycznie wręcz świetną, ale i tam nie obeszło się bez rozwiązań szokujących konserwatywną część publiczności. W Wiener Staatsoper Ježibaba  podrzyna bowiem gardło Kuchcikowi, po czym wypija jego krew, w czym zresztą ochoczo towarzyszą jej nimfy wodne.

Mają Państwo rację. Podobnym przykładem jest inscenizacja „Rusałki” w Komische Oper w Berlinie, której fragmenty można zobaczyć w internetowym serwisie YouTube. To makabryczne, co można zrobić z tej opery. A przecież Dvořákowi, bardzo pobożnemu człowiekowi, który zakończył swoją partyturę zapisem: „Bogu Dzięki”, nie chodziło przecież o to żeby straszyć i obrzydzać. Jest to przepiękna muzyka, która nigdy nam się chyba nie znudzi, a wielu z nas uważa, że to jedna z najpiękniejszych oper w literaturze. Dlatego bardzo trudno jest mi  zrozumieć, dlaczego nikt tej opery w Polsce nie gra.

Czytaj więcej: "Nigdy nie opuszczam gmachu opery" - wywiad z Maciejem...

"Nigdy nie opuszczam gmachu opery" - wywiad z Maciejem Figasem - cześć 2

W drugiej części wywiadu Dyrektor Opera Nova w Bydgoszczy Maciej Figas opowiedział o początkach operowej przygody, o trudach dyrektorskiego życia, upodobaniach publiczności i perspektywach sztuki operowej w Polsce. Wywiad został przeprowadzony przez Beatę i Michała Olszewskich w lutym 2014 roku.

Zapraszamy również do lektury pierwszej części wywiadu.

Maciej Figas zdjęcie (c) Andrzej Makowski
Maciej Figas
Zdjęcie (c) Andrzej Makowski; kiknij, aby powiększyć...

Gdy zaczynała się Pańska zawodowa przygoda z Operą Bydgoską był Pan bardzo młodym człowiekiem. W wieku dwudziestu kilku lat objął Pan stanowisko kierownicze. Trudno uwierzyć, żeby ludzie, którzy wtedy mieli za sobą kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat grania w orkiestrze lub szerzej, pracy w teatrze, nie zadawali sobie pytania: „Dlaczego mam słuchać tego młokosa?”. Panu się jednak udało.

Kiedy zaczynałem jako asystent dyrygenta miałem rzeczywiście dwadzieścia pięć lat. Potem zostałem dyrygentem i wygrałem konkurs na stanowisko dyrektora artystycznego. Jednak układ, w którym kto inny jest dyrektorem naczelnym, a kto inny artystycznym, zupełnie się w moim przypadku nie sprawdził i niewiele brakowało, abym przestał tu pracować. Być może wynikało to z mojego charakteru, bo jednak chciałem mieć wpływ na to, co się tu dzieje. W każdym razie muszę przyznać, że nie zawsze to była sielanka. Były także zmagania ze związkami zawodowymi, redukcje, zatrudnianie nowych pracowników. Ale nie mogło być inaczej, bo na początku mojej pracy w orkiestrze niewielu muzyków posiadało wystarczające kwalifikacje.

Zespół składał się z amatorów?

Z amatorów może nie, ale naprawdę było to bardzo różnorodne pod względem muzycznego wykształcenia gremium. W owym czasie opera w Bydgoszczy nie miała swojej siedziby i grała gościnnie w tutejszym teatrze dramatycznym i to w takie dni, jak niedziela rano, poniedziałek rano i wieczór oraz wtorek wieczorem. Przyznają Państwo, że dni tygodnia i pory nie brzmią budująco. Potem przeszliśmy fazę wyjazdów zagranicznych, które – uwaga! - pozwoliły naszym artystom uwierzyć w siebie i instytucję, którą tworzyliśmy. To były oczywiście w znacznym stopniu wyjazdy „za chlebem”, ale pokazały, że możemy występować w teatrach niemieckich i holenderskich na takich samych prawach, jak inne renomowane opery polskie.

Czy łatwo jest być jednocześnie dyrektorem naczelnym i artystycznym?

Czasami łatwiej, czasami trudniej. Łatwiej, bo ma się wpływ na podejmowanie decyzji repertuarowych, o tym na przykład, że będziemy grali „Rusałkę” albo „Lakmé”. Gdybym był tylko dyrektorem artystycznym, musiałbym przekonywać naczelnego, który prawdopodobnie argumentowałby, „że przecież nikt tego nie gra” i zapewne nakłaniałby mnie do innych pięknych oper, takich jak „Rigoletto”, które są o wiele bardziej popularne wśród publiczności. Łatwiej, ale pod warunkiem, że ma się pewną łatwość administrowania. Na szczęście mój ojciec był nie tylko śpiewakiem, ale również inżynierem, więc zapewne umiłowanie do organizowania i porządkowania przekazał mi w genach (śmiech). Na pytanie czy jest przyjemnie piastować obie funkcje, odpowiadam często, że tak, bo mam ten cudowny komfort, że mogę dyrygować „Rusałką”, którą kocham, … a mogę zrezygnować z prowadzenia „Pajaców”.

Nie lubi Pan „Pajaców”, dlaczego?

Może dlatego, że pamiętam jak ojciec przygotowywał się do partii Cania w tej operze, jak ciężko przeżywał każdy nadchodzący spektakl. Został mi z tamtych lat pewien uraz.

Zapewne bycie dyrektorem pomaga Panu w sporach, jakie zdarza się prowadzić dyrygentowi z reżyserami, którzy są na ogół bardzo silnymi osobowościami?

To prawda. Często wyczuwam nie tylko zresztą wśród reżyserów pewien respekt przed intendentem. Jest łatwiej pracować, gdy godzi się obowiązki wynikające z pełnienia tych dwóch funkcji. Chociaż są i tego ciemne strony, bo tracę mnóstwo czasu na tak zwaną papierologię.

No właśnie, bycie administratorem, musi ograniczać ilość czasu, który może Pan przeznaczyć na dyrygowanie. Nie szkoda Panu tego?

Czasami szkoda, ale warto zauważyć, że stworzyłem zespół, z którym się utożsamiam, który bardzo lubię, i z którym lubię pracować. Chociaż oni (śmiech) pewnie mniej lubią pracować ze mną, bo jestem wymagający, ale … myślę, że obie strony się do tej sytuacji już przyzwyczaiły. Zespół wie, że ja na żadne kompromisy artystyczne nie pójdę, ja zaś wracam zawsze do pracy z nim z entuzjazmem. Mam wrażenie, że udało mi się go zespołowi po części zaszczepić i dzięki temu w naszym teatru pracują te osoby, które chcą tu pracować i dobrze się z tym czują. Może też jest tak dlatego, że nie toleruję zachowań, które mogłyby skutkować szerzeniem się postaw typu „ten jest lepszy lub ważniejszy od tamtego”. I dotyczy to zarówno artystów, osób sprawujących funkcje kierownicze, jak i portierów. I nie może być inaczej, bo teatr operowy jest tak skomplikowanym mechanizmem, że w tym swoistym przedsiębiorstwie ważny jest każdy trybik.

Jak powszechnie wiadomo zarządzać można na różne sposoby. Są tacy, którzy preferują twardy wojskowy dryl i tacy, którzy osiągają te same rezultaty bardziej „miękkimi” metodami. Jaki styl Pan stosuje, że w czasach powszechnego wędrowania śpiewaków po różnych teatrach, Panu udaje się utrzymać stały zespół?

Maciej Figas zdjęcie (c) Marek Chełminiak
Maciej Figas na Koncercie Sylwestrowym
Zdjęcie (c) Marek Chełminiak; kiknij, aby powiększyć...

Przede wszystkim stosuję zasadę, że pracownik musi widzieć, że mnie jako dyrektorowi na tym zależy. Myślę, że nikomu przez dwadzieścia jeden lat nie przyszła do głowy myśl, że Figasowi przestało na tej pracy zależeć, że rozgląda się za pracą w innym teatrze, albo że ma trzy etaty w różnych miejscach Polski. Zespół wie, że mieszkam blisko Opery, bo ja zwyczajnie chciałem mieszkać blisko niej, żeby nie tracić czasu na stanie w korkach. Praca dyrektora teatru po prostu polega na tym, że nie ma dla niej wyznaczonych godzin. Zawsze zaczyna się rano i trwa do późnego wieczora. Trudno to wytłumaczyć dzisiejszym urzędnikom, którzy trwają w przekonaniu, że dyrektor teatru ma soboty i niedziele wolne.

Czy to oznacza, że nigdy Pan nie wyłącza telefonu komórkowego?

Wyłączam, ale jeden. Drugi, alarmowy, jest zawsze włączony. Można więc powiedzieć, że nigdy mentalnie nie opuszczam gmachu opery. Zresztą najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy podczas porannego prysznica (śmiech).

Co na to Pańska rodzina?

Rodzina już wie i jest pogodzona z tym ciężarem, jakim jest życie z operowym pracoholikiem (śmiech)…

A czy w domu słucha Pan oper?

Nie, właśnie nie, i muszę przyznać, że przysyłane przez Państwa pytania na temat poszczególnych tytułów mobilizują mnie do poważnego wysiłku, bo z braku czasu przestałem już słuchać nagrań. Proszę zrozumieć, że jako dyrygent muszę w pewnym momencie zaprzestać słuchania innych wykonań, bo istnieje poważne ryzyko przesiąknięcia nimi i mimowolnego ich kopiowania. Gdy słucha się ich zbyt wiele, mimowolnie przestaje się studiować partyturę i zaczyna stosować stereotypowe rozwiązania. Zresztą ten nawyk staram się również zwalczać u moich solistów.  Oczywiście, można słuchać nagrań oper na początku procesu przygotowywania się, szczególnie w przypadku dzieł, których się nie zna. Potem jednak powinna obowiązywać tylko partytura i zasada dociekania „jaka była intencja kompozytora”.

Zmorą niektórych, słynnych nawet, repertuarowych teatrów operowych, jest wystawianie kolejnych spektakli bez wcześniejszej próby z orkiestrą. Jeśli przedstawienie nie jest premierą, jest praktycznie grane z marszu. A jak jest z tym w Opera Nova?

Nigdy bym się nie zdecydował na takie rozwiązanie, żeby spektakl poszedł bez próby. Może być nawet przerwa miesięczna, ale zawsze przed wznowieniem musi mieć miejsce próba. To są oczywiście plusy sytuacji, w której ma się stały zespół i nie ma się nad sobą dyrektora naczelnego, który mógłby się na częste próby nie zgodzić z powodów finansowych. Oczywiście, zbyt częste próby są bardzo obciążające dla wszystkich: artystów, śpiewaków i muzyków, dlatego też przeszliśmy na system dwóch, trzech lub czterech spektakli granych w jednym bloku. To pozwala nam wygospodarować czas na odpowiednią ilość prób. Nie wyobrażam sobie innego systemu, bo brak prób i granie z marszu bardzo demoralizuje zespół w sensie artystycznym. Innymi słowy, spektakl który poszedł źle z powodu braku prób, niesłychanie demoralizuje ludzi.

A czy nie istnieje ryzyko, że przeszacujecie Państwo popyt i nie uda się już sprzedać biletów na trzecie lub czwarte przedstawienie?

To się praktycznie nie zdarza, bo wszystko konsultuję z Robertem Chojnackim, który jest naszym kierownikiem biura organizacji widowni. Ma ogromne doświadczenie i potrafi przewidzieć, czy dany cykl spektakli sprzedamy, czy też będą z tym problemy. Muszę przy tej okazji wyznać, że mam znakomitą kadrę kierowniczą, z której jestem dumny. To są ludzie bardzo zaangażowani w swoją pracę, myślący o pomyślności naszego teatru.

A jak Państwo sobie radzicie w czasach finansowych niedoborów. Wielu dyrektorów teatrów operowych w Polsce musi ograniczać repertuar, aby dało się związać koniec z końcem?

Jesteśmy finansowani przez Urząd Marszałkowski naszego województwa oraz przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Oczywiście, ja też mogę dołączyć do tych, którzy mówią, że mają za mało. Szczególnie dotkliwie odczuwamy bowiem brak środków na bieżące remonty i modernizacje. Warto pamiętać, że ten gmach się starzeje. Potrzebowaliśmy na przykład pieniędzy na nowe pulpity do sterowania światłem, bo stare zostały kupione jeszcze na potrzeby pierwszego Festiwalu. Warto przypomnieć, że dwadzieścia lat temu urządzenia te musiały działać w skrajnie niekorzystnych warunkach ogromnego zapylenia. Wymiany wymaga też zużyta podłoga naszej sceny. Niestety bardzo trudno jest przebić się z taką wiedzą do świadomości władz, bo cały czas pokutuje przekonanie, że Opera Nova to zupełnie nowy teatr. Na szczęście mamy dodatkowe źródło dochodów, bo obiekt cieszy się ogromnym powodzeniem jako centrum kongresowe. Czasami zapotrzebowanie jest tak duże, że mamy poważny problem z planowaniem własnych spektakli.

Czytaj więcej: "Nigdy nie opuszczam gmachu opery" - wywiad z Maciejem...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)