opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Nigdy nie opuszczam gmachu opery" - wywiad z Maciejem Figasem - cześć 2

W drugiej części wywiadu Dyrektor Opera Nova w Bydgoszczy Maciej Figas opowiedział o początkach operowej przygody, o trudach dyrektorskiego życia, upodobaniach publiczności i perspektywach sztuki operowej w Polsce. Wywiad został przeprowadzony przez Beatę i Michała Olszewskich w lutym 2014 roku.

Zapraszamy również do lektury pierwszej części wywiadu.

Maciej Figas zdjęcie (c) Andrzej Makowski
Maciej Figas
Zdjęcie (c) Andrzej Makowski; kiknij, aby powiększyć...

Gdy zaczynała się Pańska zawodowa przygoda z Operą Bydgoską był Pan bardzo młodym człowiekiem. W wieku dwudziestu kilku lat objął Pan stanowisko kierownicze. Trudno uwierzyć, żeby ludzie, którzy wtedy mieli za sobą kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat grania w orkiestrze lub szerzej, pracy w teatrze, nie zadawali sobie pytania: „Dlaczego mam słuchać tego młokosa?”. Panu się jednak udało.

Kiedy zaczynałem jako asystent dyrygenta miałem rzeczywiście dwadzieścia pięć lat. Potem zostałem dyrygentem i wygrałem konkurs na stanowisko dyrektora artystycznego. Jednak układ, w którym kto inny jest dyrektorem naczelnym, a kto inny artystycznym, zupełnie się w moim przypadku nie sprawdził i niewiele brakowało, abym przestał tu pracować. Być może wynikało to z mojego charakteru, bo jednak chciałem mieć wpływ na to, co się tu dzieje. W każdym razie muszę przyznać, że nie zawsze to była sielanka. Były także zmagania ze związkami zawodowymi, redukcje, zatrudnianie nowych pracowników. Ale nie mogło być inaczej, bo na początku mojej pracy w orkiestrze niewielu muzyków posiadało wystarczające kwalifikacje.

Zespół składał się z amatorów?

Z amatorów może nie, ale naprawdę było to bardzo różnorodne pod względem muzycznego wykształcenia gremium. W owym czasie opera w Bydgoszczy nie miała swojej siedziby i grała gościnnie w tutejszym teatrze dramatycznym i to w takie dni, jak niedziela rano, poniedziałek rano i wieczór oraz wtorek wieczorem. Przyznają Państwo, że dni tygodnia i pory nie brzmią budująco. Potem przeszliśmy fazę wyjazdów zagranicznych, które – uwaga! - pozwoliły naszym artystom uwierzyć w siebie i instytucję, którą tworzyliśmy. To były oczywiście w znacznym stopniu wyjazdy „za chlebem”, ale pokazały, że możemy występować w teatrach niemieckich i holenderskich na takich samych prawach, jak inne renomowane opery polskie.

Czy łatwo jest być jednocześnie dyrektorem naczelnym i artystycznym?

Czasami łatwiej, czasami trudniej. Łatwiej, bo ma się wpływ na podejmowanie decyzji repertuarowych, o tym na przykład, że będziemy grali „Rusałkę” albo „Lakmé”. Gdybym był tylko dyrektorem artystycznym, musiałbym przekonywać naczelnego, który prawdopodobnie argumentowałby, „że przecież nikt tego nie gra” i zapewne nakłaniałby mnie do innych pięknych oper, takich jak „Rigoletto”, które są o wiele bardziej popularne wśród publiczności. Łatwiej, ale pod warunkiem, że ma się pewną łatwość administrowania. Na szczęście mój ojciec był nie tylko śpiewakiem, ale również inżynierem, więc zapewne umiłowanie do organizowania i porządkowania przekazał mi w genach (śmiech). Na pytanie czy jest przyjemnie piastować obie funkcje, odpowiadam często, że tak, bo mam ten cudowny komfort, że mogę dyrygować „Rusałką”, którą kocham, … a mogę zrezygnować z prowadzenia „Pajaców”.

Nie lubi Pan „Pajaców”, dlaczego?

Może dlatego, że pamiętam jak ojciec przygotowywał się do partii Cania w tej operze, jak ciężko przeżywał każdy nadchodzący spektakl. Został mi z tamtych lat pewien uraz.

Zapewne bycie dyrektorem pomaga Panu w sporach, jakie zdarza się prowadzić dyrygentowi z reżyserami, którzy są na ogół bardzo silnymi osobowościami?

To prawda. Często wyczuwam nie tylko zresztą wśród reżyserów pewien respekt przed intendentem. Jest łatwiej pracować, gdy godzi się obowiązki wynikające z pełnienia tych dwóch funkcji. Chociaż są i tego ciemne strony, bo tracę mnóstwo czasu na tak zwaną papierologię.

No właśnie, bycie administratorem, musi ograniczać ilość czasu, który może Pan przeznaczyć na dyrygowanie. Nie szkoda Panu tego?

Czasami szkoda, ale warto zauważyć, że stworzyłem zespół, z którym się utożsamiam, który bardzo lubię, i z którym lubię pracować. Chociaż oni (śmiech) pewnie mniej lubią pracować ze mną, bo jestem wymagający, ale … myślę, że obie strony się do tej sytuacji już przyzwyczaiły. Zespół wie, że ja na żadne kompromisy artystyczne nie pójdę, ja zaś wracam zawsze do pracy z nim z entuzjazmem. Mam wrażenie, że udało mi się go zespołowi po części zaszczepić i dzięki temu w naszym teatru pracują te osoby, które chcą tu pracować i dobrze się z tym czują. Może też jest tak dlatego, że nie toleruję zachowań, które mogłyby skutkować szerzeniem się postaw typu „ten jest lepszy lub ważniejszy od tamtego”. I dotyczy to zarówno artystów, osób sprawujących funkcje kierownicze, jak i portierów. I nie może być inaczej, bo teatr operowy jest tak skomplikowanym mechanizmem, że w tym swoistym przedsiębiorstwie ważny jest każdy trybik.

Jak powszechnie wiadomo zarządzać można na różne sposoby. Są tacy, którzy preferują twardy wojskowy dryl i tacy, którzy osiągają te same rezultaty bardziej „miękkimi” metodami. Jaki styl Pan stosuje, że w czasach powszechnego wędrowania śpiewaków po różnych teatrach, Panu udaje się utrzymać stały zespół?

Maciej Figas zdjęcie (c) Marek Chełminiak
Maciej Figas na Koncercie Sylwestrowym
Zdjęcie (c) Marek Chełminiak; kiknij, aby powiększyć...

Przede wszystkim stosuję zasadę, że pracownik musi widzieć, że mnie jako dyrektorowi na tym zależy. Myślę, że nikomu przez dwadzieścia jeden lat nie przyszła do głowy myśl, że Figasowi przestało na tej pracy zależeć, że rozgląda się za pracą w innym teatrze, albo że ma trzy etaty w różnych miejscach Polski. Zespół wie, że mieszkam blisko Opery, bo ja zwyczajnie chciałem mieszkać blisko niej, żeby nie tracić czasu na stanie w korkach. Praca dyrektora teatru po prostu polega na tym, że nie ma dla niej wyznaczonych godzin. Zawsze zaczyna się rano i trwa do późnego wieczora. Trudno to wytłumaczyć dzisiejszym urzędnikom, którzy trwają w przekonaniu, że dyrektor teatru ma soboty i niedziele wolne.

Czy to oznacza, że nigdy Pan nie wyłącza telefonu komórkowego?

Wyłączam, ale jeden. Drugi, alarmowy, jest zawsze włączony. Można więc powiedzieć, że nigdy mentalnie nie opuszczam gmachu opery. Zresztą najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy podczas porannego prysznica (śmiech).

Co na to Pańska rodzina?

Rodzina już wie i jest pogodzona z tym ciężarem, jakim jest życie z operowym pracoholikiem (śmiech)…

A czy w domu słucha Pan oper?

Nie, właśnie nie, i muszę przyznać, że przysyłane przez Państwa pytania na temat poszczególnych tytułów mobilizują mnie do poważnego wysiłku, bo z braku czasu przestałem już słuchać nagrań. Proszę zrozumieć, że jako dyrygent muszę w pewnym momencie zaprzestać słuchania innych wykonań, bo istnieje poważne ryzyko przesiąknięcia nimi i mimowolnego ich kopiowania. Gdy słucha się ich zbyt wiele, mimowolnie przestaje się studiować partyturę i zaczyna stosować stereotypowe rozwiązania. Zresztą ten nawyk staram się również zwalczać u moich solistów.  Oczywiście, można słuchać nagrań oper na początku procesu przygotowywania się, szczególnie w przypadku dzieł, których się nie zna. Potem jednak powinna obowiązywać tylko partytura i zasada dociekania „jaka była intencja kompozytora”.

Zmorą niektórych, słynnych nawet, repertuarowych teatrów operowych, jest wystawianie kolejnych spektakli bez wcześniejszej próby z orkiestrą. Jeśli przedstawienie nie jest premierą, jest praktycznie grane z marszu. A jak jest z tym w Opera Nova?

Nigdy bym się nie zdecydował na takie rozwiązanie, żeby spektakl poszedł bez próby. Może być nawet przerwa miesięczna, ale zawsze przed wznowieniem musi mieć miejsce próba. To są oczywiście plusy sytuacji, w której ma się stały zespół i nie ma się nad sobą dyrektora naczelnego, który mógłby się na częste próby nie zgodzić z powodów finansowych. Oczywiście, zbyt częste próby są bardzo obciążające dla wszystkich: artystów, śpiewaków i muzyków, dlatego też przeszliśmy na system dwóch, trzech lub czterech spektakli granych w jednym bloku. To pozwala nam wygospodarować czas na odpowiednią ilość prób. Nie wyobrażam sobie innego systemu, bo brak prób i granie z marszu bardzo demoralizuje zespół w sensie artystycznym. Innymi słowy, spektakl który poszedł źle z powodu braku prób, niesłychanie demoralizuje ludzi.

A czy nie istnieje ryzyko, że przeszacujecie Państwo popyt i nie uda się już sprzedać biletów na trzecie lub czwarte przedstawienie?

To się praktycznie nie zdarza, bo wszystko konsultuję z Robertem Chojnackim, który jest naszym kierownikiem biura organizacji widowni. Ma ogromne doświadczenie i potrafi przewidzieć, czy dany cykl spektakli sprzedamy, czy też będą z tym problemy. Muszę przy tej okazji wyznać, że mam znakomitą kadrę kierowniczą, z której jestem dumny. To są ludzie bardzo zaangażowani w swoją pracę, myślący o pomyślności naszego teatru.

A jak Państwo sobie radzicie w czasach finansowych niedoborów. Wielu dyrektorów teatrów operowych w Polsce musi ograniczać repertuar, aby dało się związać koniec z końcem?

Jesteśmy finansowani przez Urząd Marszałkowski naszego województwa oraz przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Oczywiście, ja też mogę dołączyć do tych, którzy mówią, że mają za mało. Szczególnie dotkliwie odczuwamy bowiem brak środków na bieżące remonty i modernizacje. Warto pamiętać, że ten gmach się starzeje. Potrzebowaliśmy na przykład pieniędzy na nowe pulpity do sterowania światłem, bo stare zostały kupione jeszcze na potrzeby pierwszego Festiwalu. Warto przypomnieć, że dwadzieścia lat temu urządzenia te musiały działać w skrajnie niekorzystnych warunkach ogromnego zapylenia. Wymiany wymaga też zużyta podłoga naszej sceny. Niestety bardzo trudno jest przebić się z taką wiedzą do świadomości władz, bo cały czas pokutuje przekonanie, że Opera Nova to zupełnie nowy teatr. Na szczęście mamy dodatkowe źródło dochodów, bo obiekt cieszy się ogromnym powodzeniem jako centrum kongresowe. Czasami zapotrzebowanie jest tak duże, że mamy poważny problem z planowaniem własnych spektakli.

Czy to znaczy, że Opera Nova nie ma żadnego partnera strategicznego, czy jak kto woli sponsora, tak jak to ma miejsce w wielu teatrach w Polsce? Czy przyczyną jest brak w tym rejonie Polski wielkich graczy rynkowych?

Rzeczywiście, trochę jest to problem związany ze specyfiką lokalnego biznesu. Mamy grono sponsorów, którzy wspomagają od dwudziestu lat Festiwal, ale żaden z nich nie dorównuje skalą pomocy takim sponsorom jak na przykład Tauron we Wrocławiu, czy Lotos w Gdańsku. Nasz region nie jest niestety liderem jeśli chodzi o wyniki gospodarcze, więc jak się Państwo domyślają trudno jest z tego źródła pozyskać dodatkowe pieniądze.

A rejestrowanie własnych produkcji i wydawanie ich na DVD, działalność, która już przyniosła Państwu ogromne sukcesy, dość wspomnieć ubiegłoroczną prestiżową nagrodę „Złotego Orfeusza” za „Manru”, czy poza budowaniem prestiżu teatru można tutaj mówić o działalności przynoszącej dodatkowe dochody?

Do tej pory nagraliśmy „Manru”, na etapie montażu jest obecnie nasz balet „Zniewolony umysł”, trwają też przygotowania do nagrania „Rusałki”. Są to bardzo kosztowne przedsięwzięcia, więc trudno w tym przypadku mówić o poważnych wpływach z działalności wydawniczej. Jednak naszą główną intencją nie jest w tym przypadku zysk. Chcemy po prostu utrwalić nasze najlepsze spektakle, zostawić dla potomnych przedstawienia wyjątkowe, stworzone przez wyjątkowych wykonawców.

A jak liczny jest zespół Opera Nova?

To jest dwieście dziewięćdziesiąt osób zatrudnionych na etatach, z czego sto siedemdziesiąt to etaty artystyczne.

Czy te proporcje odpowiadają tym, które spotyka się w innych teatrach operowych?

Z tym bywa bardzo różnie. U nas funkcjonuje prawdopodobnie najmniejsza administracja w Polsce. W jej skład wchodzą dodatkowo pracownicy działu technicznego. Naszą  strukturę zatrudnienia uważam za zdrową i satysfakcjonującą.

Rozmawiamy dużo o Pańskiej pracy dyrektorskiej. Teraz chcielibyśmy się zapytać jacy kompozytorzy są bliscy sercu dyrektora artystycznego Macieja Figasa? Zapewne jest Pan skazany na różne kompromisy, bo musi Pan „grywać” i operetki, i opery popularne. Tymczasem chcielibyśmy zapytać, które opery Pan kocha, i które chciałby Pan jeszcze zobaczyć na deskach Opery Bydgoskiej?

Maciej Figas zdjęcie (c) Marek Chełminiak
Maciej Figas
Zdjęcie (c) Marek Chełminiak; kiknij, aby powiększyć...

Muszę powiedzieć, że wiele moich marzeń już się spełniło. Jestem tym szczęśliwcem, który przygotowywał „Turandot”, „Toskę”, „Rusałkę”, „Opowieści Hofmanna”, a ostatnio udało mi się zrealizować „Kopciuszka”, balet Prokofiewa, którego muzykę kocham. Zdziwię Państwa, bo do dzieł genialnych, do realizacji których miałem okazję się przyczynić zaliczam również „Zemstę nietoperza”. Jeśli zaś chodzi o marzenia na przyszłość (długa chwila namysłu), to przyznam, że mnie Państwo mocno zaskoczyli… Może „Coppelia” Léo Delibesa?

A Wagner?

Z twórczością Wagnera jest pewien kłopot, bo Polska publiczność ma swoją specyfikę. Tytuły, które są grywane w teatrach niemieckich lub dalej na zachodzie Europy, niekoniecznie można przenieść do polskich teatrów i dostosować do polskich warunków. Wagner jest tego najlepszym przykładem. W zasadzie nie znam teatru w Polsce, który wystawiając dzieło Wagnera, utrzymał ten spektakl latami w repertuarze. To są raczej takie „wystrzały”, które polska publiczność operowa oczywiście zauważa, ale które szybko znikają potem z afisza. Na pewno Państwa zaskoczę, że moim zdaniem do takich tytułów zaliczam również „Don Giovanniego” Mozarta. Na pytanie dlaczego tak jest, nie potrafię odpowiedzieć. To jakiś polski fenomen. Powiem więcej, w naszym kraju odbiór Mozarta jest zupełnie inny niż w Europie Zachodniej. Nasza publiczność nie reaguje na Mozarta tak samo, jak reagują na jego twórczość Niemcy, Austriacy czy Czesi.
Dla nas to dosyć szokująca wiadomość, bo „Don Giovanniego” możemy oglądać dowolną ilość razy i zawsze reagujemy bardzo mocno na tę operę…

… ja też i dla mnie też jest to niepojęte! Ten sam problem zresztą dotyczy twórczości Ryszarda Straussa. „Kawaler srebrnej róży” nie utrzyma się w repertuarze polskich teatrów dłużej niż dwa - trzy sezony, a musimy pamiętać, że wystawianie Straussa lub Wagnera związane jest z tytanicznym wysiłkiem całego zespołu.

Bardzo chłodne przyjęcie w ubiegłym roku „Parsifala” wystawionego w Poznaniu oraz fakt, że „Holender tułacz” już nie jest w tym sezonie grany w Operze Narodowej zdają się potwierdzać trafność Pańskiego spostrzeżenia. A może udałoby się publiczność, przepraszamy za wyrażenie, wyedukować i przygotować na przyjęcie twórczości Wagnera i Straussa?

Dotknęliście Państwo najważniejszej kwestii. Nasze społeczeństwo nie jest rzeczywiście przygotowane na przyjęcie tego typu dzieł i nic się nie robi, aby ten stan rzeczy zmienić. Proszę nie potraktować tego jako przejawu megalomanii, ale od dłuższego czasu staramy się w Bydgoszczy od przyzwyczaić naszą publiczność do różnego repertuaru, zarówno naszymi produkcjami, jak i prezentacjami festiwalowymi. Obserwujemy uważnie zachowania widzów i wiemy dobrze, co się im podoba, a co jeszcze nie. Dzięki temu mam świadomość, że pewnych rzeczy tutaj nigdy nie wystawię. Ale to, o czym mówimy, czyli konieczność przygotowania widzów, dobrze ilustruje pewna historia. Kiedy byłem jeszcze studentem, zostałem wysłany do Bratysławy na kurs organizowany przez British Council. Był tam przedstawiciel English National Opera, który tłumaczył nam, że chcąc wystawić operę Brittena, już dwa lata wcześniej przygotowują swoją publiczność. Spotkania, wykłady, ulotki, zapowiedzi, programy, wiadomości w odpowiednich programach radiowych i telewizyjnych. Tym samym widzimy, że nie jest to problem wyłącznie polski, wymaga jednak odpowiedniego przygotowania publiczności.

Tymczasem w TVP Kultura w publicznej telewizji opera jest praktycznie nieobecna, jeśli nie liczyć wznowień „Cyganerii” z Salzburga z Anną Netrebko i Piotrem Beczałą w rolach głównych. Nie ma natomiast żadnych działań edukacyjnych. Aż korci, żeby zadać sławne pytanie: „Co robić?”

Szanowni Państwo, jesteśmy prawdopodobnie jedynym narodem w Europie, który ma problemy z zaśpiewaniem własnego hymnu. Niestety zaniedbania w dziedzinie edukacji muzycznej w Polsce są tak poważne, że trudno czasem słuchać zwykłego „Sto lat” na imprezie rodzinnej lub towarzyskiej. Nawet jeśli zabiorą się za to tylko trzy osoby, to z całą pewnością zaśpiewają w trzech różnych tonacjach, z żałosnym efektem.

Czy wszystko zatem przepadło…?

Oczywiście, że nie. Ale potrzebna jest świadomość tych potwornych braków i chęć prowadzenia edukacji na właściwym poziomie. Tyle tylko, że jakoś nie widać, żeby ta świadomość docierała... Nasz sposób działania doskonale widać na podstawie niedawnego sukcesu polskiego panczenisty na olimpiadzie. Po zdobyciu złotego medalu rozgorzała dyskusja o konieczności zbudowania krytego toru łyżwiarskiego. Dopiero po sukcesie, a nie przed.

Ależ mamy w świecie opery analogiczną sytuację; jest Piotr Beczała, jest Mariusz Kwiecień i Tomasz Konieczny, … ale śpiewają poza Polską. Mamy znakomitych śpiewaków i nie mamy przyzwoitej edukacji muzycznej w szkołach, to jest podobny paradoks.

Panie Dyrektorze już wiemy, za czym nie przepada polska publiczność operowa. A na co w takim razie polski widz lubi przychodzić do teatru?

Opera Nova w Bydgoszczy
 Opera Nova w Bydgoszczy; kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Generalnie bardziej lubiany jest lżejszy repertuar. Operetki i musicale cieszą się zawsze większym powodzeniem. Dodam, że są miesiące, szczególnie, te u progu lata, czyli maj i czerwiec, kiedy nie decydujemy się już na granie tytułów operowych, bo one zwyczajnie się gorzej sprzedają. W tym okresie cała Polska zaszywa się na działkach i oddaje grillowaniu. Taka jest nasza specyfika i nie ma z tym co walczyć, bo tak już po prostu jest. Dlatego nie wierzę w pomyślność letniej działalności teatrów, bo nie będzie ona w stanie przyciągnąć dostatecznej liczby widzów.

A skoro o tych sprawach mówimy, czy może nam Pan zdradzić jak dobrze przygotowani do wykonywania zawodu są w Polsce młodzi ludzie po szkołach muzycznych?

Zawsze w takich sytuacjach mówię, że gdyby to ilość pedagogów decydowała o poziomie kształcenia, to mielibyśmy nadprodukcję świetnych śpiewaków i muzyków. Niestety to jest taki rodzaj nauczania, który nigdy nie gwarantuje pewnych sukcesów. Co więcej nie ma nawet takiego przełożenia, że dobry śpiewak będzie dobrze nauczał.

Dokładnie to samo powiedział nam w wywiadzie Bryn Terfel, śpiewak wybitny, obdarzony prawdziwą sceniczną charyzmą, kiedy zapytaliśmy go czy chciałby kiedyś uczyć śpiewania. Odpowiedział, że raczej nie, bo on się w tym kompletnie nie widzi. 

Bardzo wielu czynnych śpiewaków zostawia nauczanie na koniec swojej kariery. A szkoda, bo takich absolwentów, którzy opuszczając szkołę są już w pełni ukształtowanymi artystami, względnie mają to coś, co czyni ich scenicznie dojrzałymi, można policzyć na palcach jednej ręki. Skłamałbym oczywiście gdybym zaprzeczył, że takie przypadki się zdarzają. Zależy to jednak od bardzo różnych okoliczności. Przede wszystkim od determinacji samego absolwenta i od pewnej dozy pokory, którą mieć powinien. Jeżeli osoba, która kończy uczelnię jest już przekonana o swoich wyjątkowych umiejętnościach, co niestety ma bardzo często miejsce, to potem przeżywa wstrząs stykając się z szarą rzeczywistością i brakiem pracy. Niestety, kształcenie wokalistów w Polsce przebiega w taki sposób, że ci młodzi ludzie na pierwszym czy drugim roku studiów są już przekonani o swojej wyjątkowości. Niestety jest to fałszywy obraz, a wiem to na podstawie ogromnej liczby przesłuchań, w których wziąłem udział. Ale żeby nie kończyć rozmowy w pesymistycznym duchu, pozwolą Państwo, że kolejny raz pochwalę Operę Nova za to, że pomimo problemów z naborem młodych artystów do zawodu śpiewaka, udało nam się stworzyć  znakomity zespół. Tak fajny, iż Maciej Prus, który realizował u nas „Cyganerię” zakochał się właśnie w młodych wykonawcach. Powiedział, że jest niesamowitą frajdą stworzyć tę operę z ludźmi, którzy są dokładnie w tym wieku co bohaterowie z „Cyganerii”,  genialnego dzieła Pucciniego.

Dziękujemy bardzo za rozmowę i życzymy Państwu jeszcze wielu artystycznych sukcesów.

 Autorzy: Beata i Michał Olszewscy

Wszelkie prawa zastrzeżone © opera.info.pl

Zapraszamy również do lektury pierwszej części wywiadu.

 

Zostaw komentarz pod pierwszą częścią wywiadu

 

 

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)