opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Przejęty Toską" - wywiad z Markiem Weissem

Na tydzień przed premierą "Toski" w Operze Bałtyckiej spotkaliśmy się tam z dyrektorem Markiem Weissem, aby porozmawiać o nowej inscenizacji arcydzieła Giacoma Pucciniego. Jesteśmy wdzięczni za fascynującą rozmowę i umożliwienie obejrzenia prób scenicznych, które unaoczniły nam jak głęboko myliliśmy się sądząc, że "Tosca" jest dziełem odpornym na zabiegi modernizacyjne. Co więcej, ku naszemu zaskoczeniu, ta bardzo różniąca się od operowego kanonu inscenizacja jednak nas poruszyła.

Dziękujemy, Beata i Michał Olszewscy.

Marek Weiss - zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
Marek Weiss
Zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
klikinij, aby powiększyć...

Jesteśmy zaintrygowani premierą „Toski” w Operze Bałtyckiej w Pana reżyserii, bowiem kiedyś na opera.info.pl był Pan łaskaw napisać, że dwukrotnie inscenizował Pan arcydzieło Pucciniego i w obu przypadkach nie był Pan zadowolony z końcowego efektu. Powszechnie znana jest Pana przychylność dla zjawiska modernizacji spektakli operowych, tymczasem przyznał Pan wtedy, że „(…) Ta opera balansuje cały czas na granicy kiczu. Jest tak doskonała, że moim zdaniem każde odstępstwo od partytury psuje całość i jest niepotrzebne.” Jaka więc będzie Pańska trzecia „Toska”?

Dałem się już poznać jako ktoś niezdecydowany (śmiech). Trzeba zacząć od tego, że „Toski” nie da się zrobić wiarygodnie, bo jest to tak dramatyczna opowieść, że niezwykle trudno jest do końca utrzymać u widza stan wiarygodnej emocji, uczucia, przejęcia się losem Toski, która na końcu biegnie i skacze. A ten skok jest pewnym rodzajem detonacji, bowiem gdyby tak na finał tej opery spojrzeć chłodnym okiem, to ten skok jest po prostu … śmieszny i niewiarygodny. Nie da się tego dobrze przeprowadzić, pokazać na scenie. Podejmuje się różne próby – a to śpiewaczka biegnie po specjalnej kładce, chowa się za blendę, a zamiast niej w przepaść spada kukła. Efekt jest ryzykowny, bo „łupnięcie” manekina może u widza wywołać raczej śmiech, a nie przerażenie. Próbowano skoków prawdziwych, na materac lub trampolinę, ale wszyscy znają żałosny i legendarny zarazem efekt, gdy bohaterka odbiwszy się za mocno wróciła na chwilę w pole widzenia zdumionej publiczności. Cokolwiek więc zrobi się z jej skokiem, jest źle.

 

Często robi się tak, że w momencie gdy Toska skacze w przepaść, na sali gaśnie światło…

Marek Weiss - zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
Marek Weiss
Zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
klikinij, aby powiększyć...

No tak, ale to wszystko jest serią takich uników, czy jak kto woli, wykrętów inscenizacyjnych. A przecież trzeba pamiętać, że jest to werystyczna opera, która się dzieje w konkretnych realiach historycznych, a wszystko przebiega konkretnego dnia w doskonale wszystkim znanych miejscach. Realne w cudzysłowie są postacie i faktyczne wydarzenia, jak choćby bitwa pod Marengo. Wszystko jest wiadome i właściwie mamy do czynienia z odtworzeniem wydarzeń. Moje pytanie jest takie: „Kogo dzisiaj obchodzi bitwa pod Marengo albo Państwo Kościelne tamtego czasu?” Być może byłoby to ciekawe, spróbować ponownie „odmalować” na scenie tamten czas i pozostawić widza w nastroju kontemplacyjnym, że oto obejrzało się kawałek historii.

Moim zdaniem, takie podejście nie ma nic wspólnego z żywym teatrem. W teatrze trzeba  zacząć od tego, że spotyka się w nim żywy widz z żywym człowiekiem na scenie, osobą która ma być dla niego przez czas spektaklu kimś nadrealnym, kimś na kształt mitologicznego bohatera, który swoim działaniem stworzy takie emocje, napięcia i stany, które dorównają muzyce. Ten żywy człowiek na scenie nie zachowuje się normalnie, bohaterowie nie rozmawiają ze sobą jak w telewizyjnym serialu, tylko śpiewają, w dodatku postawionymi głosami. To wszystko wygląda bardzo dziwacznie i jest bardzo patetyczne.  Toteż, aby w tym wszystkim zachować jakąś wiarygodność, żeby widz przez chwilę uwierzył i w tym samym czasie, i w tym samym miejscu razem ze śpiewakami przejął się losem oglądanych na scenie ludzi oraz wzruszył się opowiadaną historią, to tam nie może być, mówiąc kolokwialnie żadnego obciachu. Tam nie może być nawet okruchu śmieszności, głupoty, czy niewiarygodności lub oszustwa. A to bardzo trudne zadanie. Z jednej strony mamy do czynienia ze stylizacją i takim wyśrubowaniem formy, aby ta dorównywała oczekiwaniom stawianym przed dziełami operowymi, a jednocześnie to coś „sztucznego” ma być wiarygodne i prawdziwe. Tymczasem widz widzi śpiewaka na scenie, widzi jego zachowanie, jego ruch ręką, jego tik albo śmieszne ubranie, słowem tysiące rzeczy, które mu przeszkadzają w … zaufaniu. Więc jeśli robimy żywy teatr, to niech będzie wtedy spełnione to co najważniejsze, czyli niech nawiąże się autentyczny i wiarygodny kontakt między żywymi ludźmi.

Jak więc osiągnąć w operze ową wiarygodność?

Aby teatr był wiarygodny muszę każdą postać traktować poważnie. Dlatego każda maska, peruka, śmieszny kostium, jakieś czako włoskie u policjanta, jakaś suknia niemodna według naszych standardów, wszystkie te elementy muszę traktować jako coś, co w odbiorze u współczesnych widzów może być  po prostu obciachem. Takie podejście jest we współczesnych czasach bardzo silnie zakodowane, zwłaszcza wśród młodych ludzi, dla których człowiek źle, niemodnie, czyli niewłaściwie ubrany, natychmiast przestaje być autorytetem. 

Marek Weiss - zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
Marek Weiss
Zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
kliknij, aby powiększyć...

Sądzi Pan, że takie potoczne myślenie i nastawienie są również silnie obecne wśród współczesnej publiczności, gdy ta przychodząc do teatru odwiedza przecież dobrowolnie miejsce, w którym z góry akceptuje się pewną umowność?

Tak uważam, bo to jest po prostu psychologiczny odruch, którego istnienie skłania jak sądzę wielu operowych reżyserów do podejmowania prób uwspółcześniania spektakli operowych. Ale oczywiście to nie oznacza, że na pytanie, czy przenoszę „Toskę” w czasy współczesne, odpowiadam z miejsca  pozytywnie. Nie, bo tu nie chodzi wcale o czasy nam współczesne, ale chodzi o to, żeby śpiewak  na scenie, był taki jak ja – czyli widz. Jednocześnie chodzi o to, żeby był wystylizowany, więc lepszy ode mnie. Musi być z mojego świata, muszę rozumieć jego ubranie, jego wygląd, jego zachowanie, muszę rozumieć jego emocje, ale jednocześnie musi być mocniejszy, lepszy, czyli bardziej wyrazisty we wszystkim czym jest lub co ma.

Czyli, że kontekst nie może nawiązywać do czasów bitwy pod Marengo? W takim razie, gdzie ma się rozegrać dramat Toski?

To nie może się dziać w konkretnej historycznej rzeczywistości. To się musi dziać … tu i teraz. Opera Bałtycka stworzyła na scenie jakąś rzeczywistość i w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy odgrywane przez prawdziwych ludzi. Dzięki temu, ja – widz, nabieram zaufania, że to się dzieje naprawdę.

Czyli kontekst wizualny nie będzie miał nic wspólnego z tradycją?

Zdecydowanie nie…

Widzieliśmy wiele inscenizacji arcydzieła Pucciniego, począwszy od tych, które są w najdrobniejszych szczegółach wierne librettu oraz didaskaliom, po takie, w których reżyser operuje formą w nieco swobodniejszy sposób. Jednak we wszystkich wariantach istniała ścisła relacja między tym, co wykreowane na scenie, a tym, co stanowi kontekst historyczny dramatu. Czy możliwe jest wiarygodne „obejście” wszystkiego co „kotwiczy” niejako opowiadaną historię w konkretnym dniu i konkretnej przestrzeni? Jak umknąć, przed oczywistym zarzutem rozdźwięku między tym co prawdopodobnie zobaczymy na scenie Opery Bałtyckiej, a treścią przekazywaną nam przez śpiewaków?

Katarzyna Hołysz - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Lilla Lee - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Partię Toski w nowej inscenizacji w Operze
Bałtyckiej zaśpiewają (od góry):
Katarzyna Hołysz i Lilla Lee
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

To, że śpiewają o konkretnych wydarzeniach, to jest zaledwie nikły promil tego, co tam się tak naprawdę dzieje. Owe wydarzenia, są w tym dramacie tylko pretekstem do zaistnienia czegoś zupełnie innego. Tak jak wszystko w teatrze jest pretekstem do żywego kontaktu, tak jak to jest w „Dziadach”, czy jak to jest u Szekspira, wszystko to są tylko preteksty do tego, że coś się gdzieś dzieje. „Tosca” to w ogóle nie jest opowieść o tamtych czasach, choć naturalnie nie jest to też opowieść o współczesnych czasach. To nie jest w istocie rzeczy opowieść o żadnych czasach. To jest pewna metafora ujęta w ramy teatru, po to, żeby opowiadana historia przebiegała czytelnie i żebyśmy rozumieli w czym rzecz. Ale materią tego, co się naprawdę dzieje między muzyką, ludźmi na scenie a nami, jest to, że my ich widzimy, że to są prawdziwi ludzie, tu i teraz. Stąd więc bierze się moja niewiara w zapis DVD wszelkich spektakli operowych, bo to nie jest żywy teatr, to jest po prostu film. Oczywiście można sobie wyobrażać, że oglądając spektakl zarejestrowany, jest się w teatrze, można nawet przez chwilę uwierzyć, że tam nie było montażu lub retuszu, ale to nigdy nie jest teatr, który zakłada kontakt z żywym człowiekiem. Teatr to jest zupełnie inna skala, między innymi dlatego, że jak w teatrze ruszy orkiestra, to … ona się nie zatrzyma. To jest inna sytuacja psychologiczna tego kogoś,  kto wszedł na scenę i choćby nie wiem co, musi brnąć dalej. To się dzieje teraz i kreuje swoisty związek między artystą i widzem, relację, która nie da się do niczego porównać.

Ale i ryzyko artystycznej porażki w przypadku „Toski” wyrwanej z kontekstu jest zapewne dużo większe? 

Oczywiście, że taka „Tosca” może chybić. Czasami więc wyobrażam sobie, że przy odpowiednich środkach można by tak pięknie zrobić architekturę kościoła, pokoju Scarpii w pałacu i Zamku Anioła, że przestrzenie te będą wyglądały jak prawdziwe. Też widziałem takie „Toski”, niektóre z nich były nawet bardzo ciekawe. Jednak, gdy myślę o kolejnej podobnej realizacji, to tracę całe zainteresowanie dla takiego projektu. Dla mnie o wiele ważniejsze jest by nie trwonić energii teatru oraz wysiłku aktorów na odtwarzanie historycznego prawdopodobieństwa, ale żeby skupić się na tym, co jest istotą tego dzieła, czyli opowieści o sytuacji niezwykłej kobiety, która podejmuje rozgrywkę ze śmiercią, i która próbuję tę śmierć oszukać. Jest to pewien rodzaj mitu, który się ciągnie przez różne dzieła i epoki, że oto jest taka cecha kobiety, którą Tosca ma, i która mnie w niej najbardziej interesuje. Tą cechą w kobiecie jest to, że dla niej życie jest najważniejsze, że ona w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że śmierć jest nieubłagana i że jest od wszystkich silniejsza.

Czyżby dla mężczyzn życie nie miało wartości?

Dla mężczyzn życie nie jest aż tak strasznie ważne, oni tym życiem wręcz szastają, a to imię wolności, a to ojczyzny, a to honoru. Kobieta jest generalnie tak zaprogramowana, żeby w ogóle nie dopuścić do takiej dewaluacji wartości, którą życie jest samo w sobie. Dla kobiety istnienia należy bronić, choćby za wszelką cenę. Mam taki pogląd, że tym właśnie różnią kobiety od mężczyzn, że dla kobiety wartość życia jest bezwzględnie dużo wyższa niż dla mężczyzn. Fascynacja chrześcijaństwem, zwłaszcza katolicyzmem, w którym śmierć została przezwyciężona, w którym nie tylko Syn zmartwychwstał, ale i Matka nie umarła, i który naucza, że śmierć nie jest władczynią świata, ta fascynacja naukami Chrystusa jest dużo powszechniejszy wśród kobiet, bo kobiety instynktownie, łatwiej wierzą w takie przesłanie. Kobiety są stworzone by dać i obronić życie. I Tosca moim zdaniem, jest jedną z nich, tą która próbują śmierć oszukać. Mierzy się z kimś, kto tę śmierć reprezentuje. Trafia na człowieka, który jest tej śmierci wcieleniem, jest jej panem, i który tę śmierć organizuje, dystrybuuje i ją zadaje. Scarpia właśnie jest takim graczem, którego ona próbuje oszukać, uwieść, wymanewrować, nie mając przy tym pojęcia, jaka jest dysproporcja sił między nimi i z kim gra. To trochę tak, jak u Bergmana, gdzie bohater zasiada ze śmiercią do gry w szachy.  Tosca w finale, kiedy patrzy na scenę egzekucji i widzi jak Cavaradossi umiera, jest w tym momencie szczęśliwa, bo wierzy, że wszystko świetnie się udało, że ona tak sprytnie wszystkich wyprowadziła w pole. Kiedy okazuje się, że to wszystko są tylko  złudzenia i że naiwnością jest wierzyć, że śmierć da się oszukać, i że można ją ominąć, … ona w jednej chwili to rozumie i … musi zginąć z własnej ręki. Wtedy strzeli sobie w głowę….

Prawdopodobnie operowi puryści inscenizacyjni, którzy będą czytać te słowa, zapytają: „Skąd na Boga wzięła Tosca ten pistolet?”…

…zostawił jej gangster, który zabił Cavaradossiego… Wszystko jest w szczegółach i logicznie poprowadzone.

W takim razie, jakie to będą czasy, w których rozegra się ta tragedia?

…no, cóż. Po prostu maj 2014 roku…

Jak w takim razie uda się Panu nie popaść w nonsens, gdy ze sceny popłyną kwestie jawnie nawiązujące do historycznych okoliczności, których uwzględnienia chcieli autorzy libretta? Choćby słynny okrzyk Cavaradossiego: „Vittoria, vittoria”?

Paweł Skałuba - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Jacek Laszczkowski - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Partię Cavaradossiego w nowej inscenizacji
w Operze Bałtyckiej zaśpiewają (od góry):
Paweł Skałuba i Jacek Laszczkowski
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Utrafiliście Państwo w sedno. Chodzi bowiem o to, żeby rzeczywistość sceniczną stworzyć w taki sposób i tak owo „Zwycięstwo” wyartykułować, aby widz miał wrażenie całkowitej wiarygodności sytuacyjnej. Żeby miał poczucie, że gdyby to on sam był na scenie w takiej właśnie sytuacji, to mógłby w tym momencie krzyknąć właśnie „Vittoria”.

Jaka to więc będzie rzeczywistość?

Tego w szczegółach w wywiadzie ujawnić nie mogę. Trzeba przyjść do Opery Bałtyckiej i zobaczyć to samemu.

Czyli będzie to spektakl idący naprzeciw przyzwyczajeniom operowej publiczności. Duże ryzyko?

Tak. To wszystko rozgrywa się na granicy wielkiego ryzyka interpretacyjnego, ale bez tego nie byłoby prawdziwego teatru. Inscenizacja polegająca na odtwarzaniu kanonu, nie jest żadnym wyzwaniem artystycznym, czy intelektualnym. Przy całym szacunku, taką „Toskę” może wystawić z powodzeniem dowolny inspicjent. Gdy zagląda się do libretta „Toski”, to wystawianie spektaklu według litery widniejących tam zapisów, byłoby tworzeniem teatrzyku, a nie teatru z prawdziwego zdarzenia.

A nie ma poważnego ryzyka śmieszności, gdy widz będzie słyszał w ustach współcześnie ustylizowanych bohaterów odniesienia do rzeczywistości sprzed dwustu lat?

Tak naprawdę jest tylko kilka takich momentów w całym przedstawieniu. Pierwszym problemem jest „Bonaparte”, a drugim „że działo z Zamku Anioła dało znać”. No może jeszcze „konsul Republiki Rzymskiej”. Jednak najważniejsze jest to, że elementem, który zwykle utrudnia sensowne uwspółcześnienie dzieła operowego jest jego charakterystyczna muzyka. U Pucciniego jest inaczej, bo w „Tosce” muzyka jest bardzo mocno powiązana z uniwersalną psychologią ludzką, a nie z epoką historyczną czy pierwiastkami ludowymi, jak to ma miejsce na przykład w „Borysie Godunowie”, którego moim zdaniem nie ma sensu modernizować. Tak samo uważam, że się nie da zrobić współcześnie „Strasznego dworu”, bo są w muzyce tej opery zapisane ewidentnie rzeczy historyczne. W „Tosce” nie, dlatego można zrobić ten spektakl zgodnie z tradycją wykonawczą, ale można też spróbować poszukać w tym dziele czegoś, co jest nam dzisiaj bliższe.

Czy zechciałby Pan na przykładzie któregoś z bohaterów „Toski” wyłożyć nam, nie ujawniając szczegółów, jak reinterpretuje Pan tę postać?

Na przykład Scarpia. Tą partię zwykle śpiewa starszy już baryton, bardzo zasłużony w teatrze, wielki pan, który doszedł już do jakiegoś tam etapu kariery. I tak jak Ruggero Raimondi i większość podobnych Scarpiów, owi śpiewacy trzymają fason, a ich sposób śpiewania i interpretacja jest próbą pokazania, że Scarpia jest wielkim panem, „lowelasem”, przystojniakiem, za którym szaleją kobiety, że jest to wielka figura. Krótko mówiąc nie wychodzą poza ramy tradycji wykonawczej. A dziś Scarpia to jest bardziej ktoś taki jak Himmler. To nie jest żaden wielki pan. To jest bydlę, to jest szmaciarz, to jest neurastenik, który ma swoje pięć minut. To jest zabójca i policjant, a proszę pamiętać że tajna policja dziś jest czymś innym, niż ta, którą był sobie w stanie wyobrazić Puccini. My wiemy co to są tortury, nadużycia i przekroczenia prawa. Dlatego ten człowiek musi być bardziej zgodny z tym, co my już wiemy o tych sprawach. Z tą postacią jest tak, jak ze sztuką przed i po holocauście, które są przecież zupełnie różne. Dłużej moim zdaniem, nie da się sensownie o tej postaci myśleć w tradycyjny sposób. Więc jeżeli ten Scarpia jest taki właśnie, jeśli udaje się w nim odnaleźć różne momenty neurasteniczne, momenty szaleństwa i niepanowania nad sobą, momenty w których ujawniane są jego zboczenia i odrażające cechy charakteru, które on tłumi lub ujawnia cały czas, i jeśli z całą miłością do partytury szuka się rozwiązań, akcentów w śpiewaniu, właściwych fraz i akordów w orkiestrze zgodnych z ta koncepcją, i jeśli to się wszystko uda, … to będzie świetnie.

A jeśli się nie powiedzie…?

…to będzie tragedia i porażka. Ale oczywiście nie da się za bardzo przerobić „Toski”, dlatego że jednak w tej muzyce jest ogromny potencjał siły i wokalu, którego nie wolno ominąć. Innymi słowy, nie da się tego wszystkiego powiedzieć prozą.

Który moment był dla Pana najtrudniejszy w tej realizacji?

Mikolaj Zalasiński - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Leszek Skrla - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Opery Bałtyckiej
Partię Scarpii w nowej inscenizacji w Operze
Bałtyckiej zaśpiewają (od góry):
Mikołaj Zalasiński i Leszek Skrla
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Takie momenty są co chwila, prawie co sekundę, więc łatwo sobie wyobrazić jak trudna jest taka adaptacja. Jednym z ciekawych wyzwań inscenizacyjnych stał się pomysł połączenia aktu drugiego i trzeciego, bo w inscenizacji w Operze Bałtyckiej nie ma między nimi przerwy. Pod koniec aktu drugiego, Toska dobija Scarpię, wyciąga ciało gdzieś tam na górę a na scenę zapada żelazna kurtyna i momentalnie pojawia się pastuszek, nie ma przerwy i nie ma charakterystycznego wprowadzenia do aktu trzeciego….
…czyli miały miejsca „vidowania” w partyturze…?

Tak, choć w niewielkim stopniu. Pierwszy akt tego arcydzieła jest tak skonstruowany, że nie mogliśmy z niego wyjąć żadnej nutki. Drugi akt zaczyna się muliście, więc we współpracy z dyrygentem, akt ten  został odrobinę przycięty w taki sposób, że akcja bardzo zyskała na szybkości, a całość nieco „szybciej się rusza”. Zmieniliśmy też tempa, bo gdybyśmy to grali tak, jak Puccini chciał, to część zniecierpliwionej widowni by tego nie wytrzymała. Ale żeby zostać dobrze zrozumianym, nasze zmiany są minimalne i dotyczą tylko niewielkich fragmentów partytury.

Jesteśmy w kłopotliwym położeniu, bo słuchając Pana z wielkim zaciekawieniem, mamy jednocześnie wrażenie, że takie podejście do inscenizacji oper, wikła wszystkich w nieuchronne sprzeczności. Bowiem to jest trochę tak, że z jednej strony uwspółcześnia się operę, żeby nie wydała się ona obecnym widzom śmieszna przez swój anachronizm, a z drugiej strony naciągamy „współczesny ubiór” na „ciało staruszki” opery i wystawiamy ją tym samym na ryzyko śmieszności właśnie, bowiem narracja w operowych dziełach sprzed stu lat jest taka, że gołym okiem lub uchem widać i słychać, że współcześni ludzie wcale się tak ze sobą nie komunikują. Czy w ten sposób nie „zabijamy” nieco patetycznej „Toski” wikłając ją w prozę współczesnego świata?

Ależ „Tosca” nie jest wcale taka patetyczna. Nawet w jej sławnej arii nie ma patosu. Jest rozpacz i żal, bo życie okazało jej swoje okrutne oblicze oraz upokorzenie, bo ona nagle zrozumiała jaka cenę przyjdzie jej zapłacić za naiwność. „Tyle czasu trwałam w świecie pełnym ideałów, sztuki i miłości i do tego żarliwie się modliłam. Teraz okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie”. Tosca w tym momencie rozumie, że to wszystko było zbędne. W tym samym czasie gdy ona się modli, Scarpia klęka obok niej i jakby przyłączając się do jej modlitwy, w gruncie rzeczy parodiuje ją i z niej szydzi. Obraz pełen okrucieństwa.

A wracając do Państwa wątpliwości, to ja się zgadzam, że jest śmiesznie i niestosownie, gdy ubrany w dżinsy bohater mówi z operowej sceny „mocium Panie”, więc jeśli mamy do czynienia z dziełem w którym dominuje archaiczny język, który ma na celu odwołanie się do jakiejś dawno minionej rzeczywistości, czy też dawnych wartości, to modernizowanie takiego dzieła jest bardzo ryzykowne. Jednak w „Tosce” mamy w gruncie rzeczy do czynienia z językiem współczesnym.

Ale przeciwnicy modernizacji w operze mówią tak: „Jeżeli w teatrze mam obcować z całym okropieństwem i plugastwem właściwym współczesności, to po co mi chodzić do opery. Wystarczy przecież wyjść na ulicę”…

…ale taki oponent niemądrze mówi. Bo on ma na scenie to, co ma w życiu realnym, ale w teatrze ma to podniesione do n-tej potęgi, po to żeby nim wstrząsnąć. Innymi słowy, aby mógł wykrzyknąć na koniec z przerażeniem: „To ja taki jestem, ja człowiek współczesny?!”… a potem, żeby mógł się rozpłakać. To właśnie o to chodzi w modernizacji i dlatego ten zabieg może mieć taką siłę oczyszczającą. Problemem przeciwników uwspółcześniania oper jest to, że wielu z nich po prostu nie rozumie kodów oraz symbolicznej umowności przestrzeni teatralnych.

Jak długo pracował Pan nad reinterpretacją „Toski”?

Taka uwspółcześniona inscenizacja, to jest bardzo długi proces. Pierwsza „Tosca”, druga „Tosca”, przygotowania i kolejne wystawienia, oglądanie zarejestrowanych spektakli z różnych teatrów operowych, męka wysłuchiwania źle zagranych i wyartykułowanych kwestii, studiowanie setek detali, i tak przez lata. Bo trzeba Państwu wiedzieć, że wielu detali nie da się po prostu obronić, że trzeba decydować się na nieuchronne cięcia…

…biedny kompozytor, biedny Puccini…? 

…nie, wręcz przeciwnie, kompozytor jest szczęśliwy, bo możecie mi Państwo naturalnie nie wierzyć i możecie się Państwo z tym nie zgadzać, ale ja jestem „za pan brat” z Puccinim. Bo tak naprawdę to jestem jego przyjacielem i obrońcą. Ktoś kto mówi, że: „trzeba w partyturze każdą nutkę uszanować, bo to Puccini napisał”, mówi nonsensy. Bo gdyby Puccini usiadł tutaj z nami, teraz po holocauście, to zgodziłby się na wszelkie, nawet najdalej idące uwspółcześnienia. Bo gdy on pisał swoje arcydzieło, wszystko było inne, wszystko było inaczej, to był inny świat. Nawet okrucieństwo było wtedy innego rodzaju…

Ale wielu przeciwników takiego podejścia do spuścizny operowej argumentuje, że dostosowywanie inscenizacji operowej do uwarunkowań współczesnych, nadawanie im nowoczesnego sznytu i granie ich w tempie zgodnym z dzisiejszymi upodobaniami, jest tym samym co domaganie się by inaczej grać dzieła Bacha lub Beethovena, na przykład szybciej, bo kto dziś ma tyle czasu na słuchanie…

Marek Weiss - zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
Marek Weiss
Zdjęcie udostępnione do publikacji przez Marka Weissa
kliknij, aby powiększyć...

…ale byłoby to złośliwe i niesprawiedliwe przekręcenie tego o co mi chodzi. Ja nie domagam się grania Beethovena szybciej, bo nie mamy czasu. Ja proponuję grać Beethovena inaczej, bo jesteśmy innymi ludźmi, jesteśmy nauczeni innego rytmu. I przysięgam Państwu, że gdyby tu z nami siedział rzeczony Beethoven i miał nasze doświadczenia oraz znał naszą mentalność, ukształtowaną na przykład przez szybki montaż amerykańskich filmów, to na pewno domagałby się: „Ludzie szybciej troszkę …”. Ale tak naprawdę, to nie chodzi o to czy ma być szybciej, czy też wolniej coś grane. Bo nawet jeśli ma być grane wolno, jak to powinno mieć miejsce, na przykład u Wagnera w „Tristanie i Izoldzie”, to musi być to nasycone tak, aby moja współczesna niecierpliwość i emocje znajdowały tam cały czas pożywkę. Innymi słowy, uważam że wszystko co dziś robimy w teatrze, musi być skrojone na miarę naszej współczesnej mentalności. I tu moja pycha reżysera polega na tym, że aby uczciwie to czynić i żeby mieć poczucie, że zrobiłem wszystko najlepiej jak się tylko da, to ja muszę to robić … dla siebie, tylko według moje wrażliwości i mojego rozmienia rzeczy.

Jak w takim razie artyści przyjęli Pańską wizję „Toski”? Koniec końców przychodzi Pan do swojego zespołu z propozycją, do której śpiewacy i muzycy wcale nie muszą być przekonani.

Bywają zdumieni, a czasami nawet mocno się kłócimy. Niektórzy ze śpiewaków i śpiewaczek, pojawiają się na próbach doskonale przygotowani, ale usztywnieni przez wyuczone stereotypy operowe. Sam nie jestem od nich do końca wolny. Pamiętam jak kiedyś spierałem się z Mariuszem Trelińskim, że w „Onieginie”, gdy jedna z bohaterek śpiewa o tym, że druga powinna zdjąć fartuch, bo goście jadą, to ja się upierałem, że ten fartuch powinien być najpierw noszony, a potem w odpowiednim momencie zdjęty. Byłem przywiązany do tego rozwiązania, które w istocie rzeczy, nie ma żadnego dramaturgicznego znaczenia.

A dla Pan osobiście, czym jest „Tosca”?

Ja jestem bardzo przejęty „Toską”. Bardzo lubię tę muzykę, bardzo ją przeżywam, bardzo pragnę aby wszystko dobrze szło na scenie i żeby to było zgodne ze wszystkim tym, co ja tam słyszę. Ale być może … (chwila milczenia), w Covent Garden przy ich środkach i możliwościach, gdyby można było na scenie zbudować wszystko z najmniejszymi detalami, tak jak na przykład Polański zrobił to w filmie „Tess”, to wtedy być może wystawiłbym „Toskę” w sposób tradycyjny. W Operze Bałtyckiej to nie jest na razie możliwe, bo ja mam budżet na przysłowiowe trzy krzesła i stół.

Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy wspaniałego sukcesu na premierze „Toski” w Operze Bałtyckiej. Trzymamy mocno kciuki...

 

Autorzy: Beata i Michał Olszewscy

Wszelkie prawa zastrzeżone © opera.info.pl

 

Na opera.info.pl można również przeczytać specjalną korespondencję między Markiem Weissem a  Beatą i Michałem Olszewskimi, poświęconą sztuce operowej - "Listy do Marka Weissa"

  • Przyznam się nieskromnie, że ten bardzo ciekawy wywiad przeczytałem dwukrotnie; przed i po premierze. Czekałem na recenzję u nas, ale się nie doczekałem, więc poszukałem lokalnej, którą "linkuję". Nie jest moim zamiarem komentowanie tego wywiadu, bo zgadzam się tylko z ostatnią szczerą wypowiedzią, za którą Pana Weissa bardzo cenię. Natomiast ... chciałem poruszyć inny temat (już pisałem): dla kogo wystawiamy operę. Pomijam, czy jest "trendy" czy tradycyjna, bo to dyskusja - rzeka i każdy ma swoje racje i ja się z tym oczywiscie zgadzam. Potarzam sie, bo już pisałem, że reżyser wystawia operę, żeby być na pierwszym planie, a nie żeby oddać intencje kompozytora. Wystawia "trendy" bo taka jest moda, a nie jakies tam tradycyjne kicze - to opinia reżyserów. Czy tradycyjne inscenizacje to cos złego ? Wystarczą dwa ostatnie przykłady ROH - Traviata i na Mezzo Turandot z Valencji. Ale ja znowu nie na temat. Krytycy muszą chwalić, trochę "przyłożą" i jest OK. No tak, ale najważniejszy odbiorca publicznosć - jak ryba (ja) - głosu nie ma. Wpadłem na pomysł (nie wiem czy dobry), żeby widzowie po spektaklu mogli go ocenić. Otóż przy wyjsciu ustawiamy dwie urny niewyborcze. Jedna na tak - druga na nie. I wychodząc wrzucamy bilet. Oczywiscie widzowie muszą wiedziec o takim głosowaniu. Może Pan Marek odważy się na taki sondaż ? Póki co, możemy dowiedzieć się o przyjęciu Toski przez widzów, po komentarzach do recenzji. I nie tylko. Komentarzy jest 25, ale są też głosy za i przeciw tym komentarzom - ponad 350, czyli jest szeroki obraz przyjęcia Toski przez widzów. Jaka byłaby zawartosć tych urn w Gdańsku, wystarczy powkładać do nich te 350 głosów.

    http://kultura.trojmiasto.pl/Tosca-z-winem-w-kartonie-o-Tosce-Opery-Baltyckiej-n80027.html?strona=0#opinie

    Komentarz ostatni edytowany około 3 lat temu przez Dodek
    0
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)