opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Nie każ mi tylko stać i śpiewać" - wywiad z Mariuszem Kwietniem

O tym dlaczego Eugeniuszowi nie było łatwo w Nowym Jorku, dlaczego nie przepada za śpiewaniem belcanta, dlaczego "Król Roger" jest dla niego magią i że pora rozstać się z Don Giovannim, opowiedział Mariusz Kwiecień w wywiadzie udzielonym Beacie i Michałowi Olszewskim w Paryżu na początku grudnia tego roku.

Mariusz Kwiecień - zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Panie Mariuszu rozmawiamy kilka tygodni po wielkim wydarzeniu z Pana udziałem, czyli wystawieniu przez Metropolitan Opera „Eugeniusza Oniegina”. Dla polskich miłośników opery było to wielkie święto, bo w przedstawieniu inaugurującym sezon transmisji „The MET: Live in HD” wystąpiło dwóch Polaków: Pan i Piotr Beczała. Jak wspomina Pan to wydarzenie i jak ocenia Pan sam spektakl?

Wiem, że każdy będzie chciał i czekał, żebym opowiedział jakieś niesamowite rzeczy na pograniczu niemal fantastyki o tym przedstawieniu. Takie wydarzenie, jak występ dwóch śpiewaków z Polski w głównych rolach na otwarcie sezonu w MET jest rzeczywiście czymś wyjątkowym. Myślę, że wszyscy powinni to tak traktować i ja sam odnoszę się do październikowego „Eugeniusza Oniegina” jak do wielkiego wydarzenia operowego. Wiadomo, że takiemu występowi towarzyszą duże nerwy, do tego stopnia momentami, że gdy zaśpiewałem ostatni spektakl powiedziałem sobie: cieszę się, że nie mam na razie zaplanowanych kolejnych otwarć sezonu w Metropolitan Opera. Jest to bowiem bardzo męczące doświadczenie, które w ogólnym rozrachunku, nie jest moim zdaniem warte tak ogromnego stresu. Dla mnie zresztą równie ważny, co otwarcie sezonu w Metropolitan Opera, jest koncert w każdej miejscowości w jakimkolwiek innym kraju.

Słyszeliśmy, że niebawem ukaże się na rynku DVD z tym właśnie „Eugeniuszem Onieginem”?

To prawda, już bodaj w styczniu 2014 roku, tak więc każdy będzie mógł zobaczyć i ocenić, jak udało się całe to przedsięwzięcie. Sam zresztą będę mógł sobie wtedy obejrzeć, jak to wszystko wyszło, bo do tej pory… jakoś się nie odważyłem. Kiedy w danym okresie śpiewam jakieś spektakle, to choć wiem, że ukazują się one we fragmentach na YouTubie, ja ich nie slucham. Mam po prostu takie nastawienie, że nie chcę ani siebie oglądać, ani słuchać. Można nawet powiedzieć, że mam awersję do roli, którą właśnie śpiewam.

Dlaczego?

Z tego względu, że tak jak w życiu „nie wszystko złoto, co się świeci”, nie wszystko to, co wygląda w teatrze pięknie i z zewnątrz jest pełne blichtru, jest takie samo również od środka. Biznes operowy, to jest taki sam biznes jak ten w muzyce pop. Działa według tych samych reguł, co w programach telewizyjnych „Mam talent”, czy „X factor”. Nie łudźmy się, że wygrywa zawsze najlepszy, nie łudźmy się, że całość dzieje się według tego, co zapisane jest pięknym granatowym atramentem na czystej karcie papieru. Tak nie jest, bo wszystko jest robione z nastawieniem na komercję i zysk. Tak jest zarówno w Metropolitan Opera, jak i w La Scali, czy w każdym innym teatrze operowym. Jedynie to, co my sami weźmiemy z tego spektaklu, ile zostanie z niego w nas samych, ile się nauczymy, ile mamy doznań i doświadczeń jest tym, co naprawdę zyskujemy na takim kontrakcie.

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Oczywiście, cieszę się, że spektakl ten miał miejsce, bo każdy meloman z Polski może być dumny, że w końcu mamy dwóch śpiewaków, którzy zaistnieli na taką skalę za granicą. Zwłaszcza w Nowym Jorku, w najlepszym teatrze operowym świata. To powinno pozostać w naszej pamięci, a cała reszta…, to co ja gdzieś tam mam w sercu, to co mają w sercach ludzie, którzy brali udział w tym spektaklu, jakie mieli podejście, jak sami to przeżywali, jaki cel chcieli osiągnąć swoimi różnymi zachowaniami, to już niech pozostanie gdzieś w nas samych. Przeciętnego widza i słuchacza, nie powinno to w ogóle dotyczyć, bo to, co się przy takich okazjach liczy najbardziej, to oczywiście jest sztuka.

Ten „Eugeniusz Oniegin” był dla nas pod wieloma względami dosyć zagadkowy w warstwie reżyserskiej. Tak naprawdę, nie do końca mieliśmy przekonanie, że postać głównego bohater jest konsekwentnie zdefiniowana. Momentami jest to człowiek zdystansowany, a jego emocjonalne relacje z innymi są wygaszone, momentami zaś czytelne jest dla widza, że jest to postać targana namiętnościami. Kim dla pani reżyser Fiony Shaw był Eugeniusz?

Pierwotne założenie było takie, że Eugeniusz miał być zawsze zimny i konsekwentnie zdystansowany, nawet w trakcie finału. Nie uwierzylibyście Państwo gdybyście zobaczyli pierwsze próby. W 3 akcie Oniegin i Tatiana mieli stać na przeciwległych końcach ogromnej sceny, śpiewając niby do siebie, ale w rzeczywistości patrząc w kierunku publiczności. Ja tego kompletnie nie rozumiałem. Wprawdzie bardzo cenię Dmitrija Hworostowskiego za jego karierę i za to, co osiągnął, ale nie chcę być jego kopią, więc powiedziałem wtedy pani reżyser dokładnie tak: „Proszę Cię, nie rób ze mnie drugiego Hworostowskiego. Nie każ mi tylko stać i śpiewać”. Dla mnie jest bowiem oczywiste, że to co „zdaje egzamin u jednego śpiewaka”, niekoniecznie sprawdza się w interpretacji innego. Jednak w pierwszym akcie, podobnie jak wszyscy inni poddałem się woli reżyserki, godząc się na bardzo statyczny rozwój wydarzeń i pewien emocjonalny chłód. Żeby to dobrze uchwycić, wystarczy zobaczyć DVD z produkcją w reżyserii Czerniakowa, gdy Oniegin przychodzi do rozhulanego towarzystwa prowincjuszy i gdzie jego przybycie wywołuje skrajną konsternację, wokół której ustanawia się oś dramaturgiczna całego tamtego spektaklu. To jest właśnie ta rzecz, której moim zdaniem zabrakło w tegorocznej produkcji z Metropolitan Opera. Otóż w MET, ci ludzie do których przybyłem jako Oniegin, byli wszyscy jakby … z wyższych sfer.

Wszyscy byli tacy sami, przynajmniej w sensie pozycji majątkowej i miejsca na drabinie prestiżu społecznego?

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Właśnie tak. Wszyscy byli inteligentni, kulturalni i dopracowani. Nie było różnicy między Tatianą a Olgą, starsze panie, matka i niania, były pięknie odzianymi i uczesanymi damami, podczas gdy Eugeniusz nie był ani specjalnie ubrany, ani swym sposobem prezentacji nie wyróżniał się z grona osób, wśród których miał być „powiewem nowości”, czy wielkiego świata. Był jeszcze jednym z tego samego towarzystwa, a to już jest błąd reżyserii. Naturalnie, nie było naszą rolą, zadaniem dla śpiewaków, oceniać jeszcze wtedy koncepcję osób za to odpowiedzialnych, ale błędy dotyczyły również scenografii, która w pierwszym akcie wykreowała obraz raczej francuskiej prowincji, a nie rosyjski folwark zubożałej szlachty. Podobne zastrzeżenia wobec reżyserii, można podnieść w akcie drugim, gdzie w prezentowanej tam zabawie, zabrakło elementów folkloru. Cały bal jest bardzo wyrafinowany, a maniery które na nim obowiązują mają wyszukany charakter. Tymczasem, można przyjąć z ogromnym prawdopodobieństwem, że ludzie na ówczesnej prowincji nie umieli się bawić tak, jak to miały w zwyczaju wyższe sfery. Raczej nadmiernie spożywano wódkę, a z rozrywek wysokie miejsce zapewne zajmowało podszczypywanie dziewcząt. A to powinno być pokazane, ta dysproporcja klasowa, na którą Oniegin jest wystawiany, gdy decyduje się zawitać do tego majątku. Zaproponowana w MET interpretacja w ogóle nie tłumaczy dlaczego Eugeniusz w pierwszym akcie jest tak znudzony. A przecież wyjaśnienie jest banalnie proste. On na co dzień, w życiu, które przywykł prowadzić, spotykał się raczej z wykwintnymi paniami, które w pięknych piórach wyprowadzają swoje charty na krótkiej smyczy. Trafiając na prowincję, powinien znaleźć się w świecie skrajnie róznym. Tymczasem w inscenizacji MET, Oniegin przyjechał do bardzo podobnego świata i środowiska, w którym zwykle na co dzień przebywał. Czym więc on sam miałby się wyróżniać, czym miałby imponować? Widzowie powinni zobaczyć arystokratę przychodzącego do prostych ludzi.

A akt trzeci?

W trzecim akcie z kolei wiele zastrzeżeń budził balet, który był usytuowany za kolumnami i nie był na pierwszym planie. A jest to nie dość, że piękna muzyka, to jeszcze bardzo piękny, popisowy taniec. To miało być tło, dla tego co dziać się miało w planie pierwszym.

Tak to też odebraliśmy…

…ale Wam, widzom w kinie pomagała kamera. Ludzie na widowni w teatrze bardzo natomiast narzekali, że z trudem się dopatrywali w migających półcieniach przebiegu samej akcji. Wszystko ginęło w ogólnym zamieszaniu schowane za kolumnami…

Tymczasem w kinie wszystko wyglądało perfekcyjnie, bo kamera znakomicie Pana „wydobyła” z tego chaosu i przywróciła właściwe proporcje całej scenie. Można powiedzieć, że obraz był skoncentrowany na Eugeniuszu Onieginie. Czy to znaczy, że spektakl był przygotowywany z myślą o transmisji?

Są pewne spektakle, które wychodzą wspaniale „w kamerach”. Na przykład, nagrana została kiedyś „Łucja z Lammermoor”, też ze mną, z Anną Netrebko i Piotrem Beczałą, która jako DVD wyszła bardzo dobrze, a w rzeczywistości spektakl był bardzo słaby reżysersko i inscenizacyjnie. Był tak słaby, że premierę tego przedstawienia, którą kilka lat wcześniej przygotowywaliśmy z Natalie Dessay, francuska sopranistka chciała zerwać, bo powiedziała, że w takim spektaklu ona nie będzie brała udziału. Ten sam spektakl, nudny i w teatrze odbierany jako niezwykle statyczny, nagle w obrazie z kamer zaczyna mieć zupełnie inne, drugie życie. I to samo pewnie stało się z tym „Onieginem” w transmisji, bo przecież na ekranie widać wszystko to, czego nie widać praktycznie w teatrze, czyli mimikę twarzy, spojrzenia śpiewaka, układ ust.

I zapewne dlatego Pana ostatnia scena z Anną Netrebko w finale całego spektaklu wypadła w kinach tak spektakularnie, że jak to przezabawnie wyraziła Pani Małgorzata Walewska, Pan w tej scenie był tak autentyczny, i tak przekonujący, że ona na miejscu Tatiany na pewno by Eugeniuszowi wybaczyła.

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Tak, to bardzo piękne, ale widzicie Państwo, ja to zrobiłem wbrew pani reżyser. Właściwie ja to zrobiłem wbrew opinii bardzo wielu osób. Próbowano mnie przekonać, że Oniegin tak naprawdę, nawet u końca całej opowiadanej historii nie kocha Tatiany, że on ją tylko pragnie uwieść. Że wszystko to, co on ma do zaofiarowania powinno być zawsze zimne, powinno być kłamstwem. A dla mnie wielkim kłamstwem jest wychodzenie na scenę i robienie czegoś wbrew sobie, albo robienie czegoś bez intencji i bez emocji. Nie zgadzałem się w pewnym sensie z pierwszym aktem tej produkcji, ale uznałem, że jest to praca zbiorowa i liczy się nie tylko Mariusz Kwiecień. Uważałem, że finał powinien należeć do Anny Netrebko i do mnie, bo to my musieliśmy ten akt emocjonalnie wykreować. To my musieliśmy, po tej dosyć statycznej do tego momentu produkcji, pokazać widzom, że tymi ludźmi, którzy wyglądają tak bezbarwnie, i których motywacje niezupełnie są czytelne, tak naprawdę targają ogromne namiętności. Spójrzmy na Tatianę, która zamknięta w sobie, wycofana i zawsze z boku, nagle zakochuje się w facecie, który powiedział jej, że też czytał książki jak był młody. Widzowie mogą słusznie się zastanawiać, jak właściwie można tak szybko i łatwo zakochać się w takim człowieku? Ale jest pewna tajemnica, coś podobnego do zagadkowego psychologicznie zjawiska, jakim jest wierna miłość kobiety do męża pijaka i łobuza, który choć ją bije i poniewiera, to nadal wbrew zdawałoby się logice jest przez nią kochany. W pierwszym odruchu tego nie rozumiemy, ale przecież w tym kryje się cały sekret miłości. Tak samo jest z Tatianą, która nagle w Onieginie, w jego … nie wiem…, spojrzeniu, w jego oddechu, w jego sposobie bycia, zobaczyła mężczyznę, któremu chciałaby poświęcić resztę swojego życia. Czy kobieta zakochuje się tylko w kimś kto wygląda jak Johnny Depp i dodatkowo ma dwa metry wzrostu? Czy taki miałby być dla Tatiany Oniegin? Nie. Dla niej wystarczyło, że był tak jak ona outsiderem, kimś wycofanym, kimś kto miał w sobie ową nutkę wielkoświatowego cynizmu i arogancji, a przez to odróżniał się tak bardzo od środowiska, w którym Tatiana wychowała się i żyła. Na rosyjską wieś przyjeżdża Oniegin z innego świata i życia, ale jednak zwykły facet, który spotyka tam lokalną dziewczynę i zwyczajnie … po ludzku, ona się w nim zakochuje. On wprawdzie jej powiedział „nie”, ale proszę zwrócić uwagę w jak delikatny sposób i jakie motywacje w tym momencie nim powodowały. Eugeniusz, mężczyzna już dojrzały, oczekujący od życia w tym momencie czegoś zupełnie innego, nie chce Tatiany skrzywdzić. I dlatego, gdy spotykają się ponownie już jako dwoje dorosłych ludzi, dopiero wtedy możemy odczytać tę relację na nowo. Dopiero w trzecim akcie, mogą sobie powiedzieć wprost to, co musiało pozostać w ukryciu wtedy, na wsi. Dopiero teraz Tatiana może odważnie spojrzeć w oczy Eugeniusza i osobiście powiedzieć mu po sześciu latach: „Kocham Cię”, a on zapewnić ją o swej miłości do niej.

Panie Mariuszu mówimy w kontekście nowojorskiej inscenizacji „Eugeniusza Oniegina” o rzeczach ważnych, mądrych i „wysokich”. Tymczasem, niech nam Pan to wybaczy, chcielibyśmy zapytać o rzecz właściwie nieistotną, która jednak nurtowała miłośników opery, ba nawet stawała się przedmiotem dociekań krytyków. Dlaczego właściwie w scenie pojedynku, Eugeniusz zabija Leńskiego ze strzelby? Wiele osób to bardzo intrygowało?

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Mnie też. Pytanie o sens takiego rozwiązania nawet zadał pani reżyser Piotr Beczała. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że rzecz się dzieje na prowincji, ulubioną rozrywką były tam polowania, więc … strzelby musiały być pod ręką, jako naturalne rozwiązanie. No i miałoby to sens, gdyby całość poprowadzona została tak, jak to już omawialiśmy. Zubożały majątek Lariny, niewyszukane maniery domowników, na ścianie skóra i poroża ustrzelonej zwierzyny, a po scenie wałęsający się kot… Tymczasem uparto się, aby stylistycznie nawiązywać do wielkich tradycji opery rosyjskiej, symbolizowanej choćby przez „Borysa Godunowa”, czyli do wielkich i pompatycznych w obrazowaniu dzieł, w których i chór musi się zmieścić, i na balet należy miejsce wygospodarować. I tak, w pierwszym akcie wchodzi do dworu Lariny chór, który niesie ikonę Matki Boskiej. Trudno doprawdy domyślić się sensu tego pomysłu. Przecież tak naprawdę do Lariny przychodzą zwykli ludzie, którzy przynoszą chleb, masło i ser samodzielnie zrobiony i dziękują „Jaśnie Pani”, że im robotę dała. Ta pompatyczność ma się nijak do swojskiej prowincjonalności. W efekcie, postaci Oniegina nie ma na czym w pierwszym akcie zbudować, kiedy tańczy spektakularny balet, „wchodzą ikony”, a ja jestem częstowany wodą nalewaną z eleganckiej, kryształowej karafki. Jak zbudować postać, jak zbudować akcję, jeśli się zaczyna od górnego „C”?

Wydaje się co więcej, że przy takiej koncepcji reżyserskiej, trudno zrozumieć dlaczego Oniegin miałby dostrzec Tatianę, dlaczego miałby się nią w ogóle zainteresować. Inaczej to wyglądało u Czerniakowa w Teatrze Balszoj, gdzie główna bohaterka, fantastycznie grana przez Tatianę Monogarową, jest „szarą myszką”, wyróżniającą się swoim zachowaniem, a właściwie swoim wycofaniem.

Właśnie tak. Ona mogła być ową myszką tylko na tle tego rubasznego, grubiańskiego towarzystwa i ich niewyszukanych manier. I wtedy pojawia się Oniegin, który mimo to, że nosi bardzo podobne ubrania, to jednak jest kimś z innego świata. Siada przy stole, jest grzeczny, szarmancki i … kompletnie w tych realiach nie na miejscu. Instynktownie szuka kogoś z kim coś by go łączyło, z kim mógłby ciekawie porozmawiać. I wtedy wszystko jest zrozumiałe. I to dlaczego on dostrzega Tatianę, i to, że Tatianie nagle spodobał się facet, którego nigdy nie widziała na oczy. U Czerniakowa jest wielka dbałość o to, żeby różnymi elementami konsekwentnie „rysować” ową „nieprzystawalność” Eugeniusza. Weźcie Państwo drugi akt, gdzie w inscenizacji Czerniakowa Larina wnosi tort i … uwaga, zapala światło. Elektryczność! Wszyscy tym ultranowoczesnym wynalazkiem są oczarowani, … tylko nie Oniegin. Dla niego przecież to oczywistość. A co jest potem. Bal, który kończy się powszechnym pijaństwem. Ta zabawa, to nie wytworne tańce, ale taneczne szaleństwo, w trakcie którego oszołomiona alkoholem matka Tatiany wywraca się, nikogo przy tym nie gorsząc.

Ale zapewne wie Pan, że ta interpretacja Czerniakowa ma swoich zaciekłych wrogów?

Do dzisiaj nie widziałem lepszej produkcji „Eugeniusza Oniegina” niż produkcja Czerniakowa. Warto pamiętać, że opera Czajkowskiego, jest w swoich założeniach genialnie prosta. Choć muzycznie niezwykle piękna, to emocje są ledwie zarysowane, ot coś się zaczęło, ot i coś się skończyło. Tak, jak to było u tych ludzi. Ktoś się zakochał, ktoś się odkochał, ktoś coś powiedział, ech…, a życie biegło dalej. Tam nie ma rozbudowania, że nagle postać ma głębię psychologiczną bez dna. Nie! Tam jest prostota i tę prostotę trzeba pokazać. A tę prostotę, żeby nie powiedzieć, prostactwo, pokazał świetnie Czerniakow. Zabrakło tego w produkcji nowojorskiej, która była nie do końca trafiona, ale która pewnie nieźle wyjdzie na DVD. Na szczęście, co oczywiście bardzo ważne, był to spektakl bardzo dobrze zaśpiewany.

Ale trzeba oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że były tam elementy świetne. Choćby scena pocałunku, powtórzona i „odwrócona” w finale. Dla nas fantastyczny pomysł, niezwykle trafny psychologicznie.

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Rzeczywiście, był to pomysł reżyserki Fiony Shaw. Pewnie to Państwa i Czytelników zaskoczy, ale widzom w Ameryce nie podobał się pierwszy pocałunek, ten z pierwszego aktu. Tymczasem ja się z Państwem zgadzam, dla mnie ten koncept był świetny. Eugeniusz podchodzi do Tatiany żeby oddać jej list, ale z bliska patrząc na tę piękną, młodą dziewczynę, która pierwszy raz w życiu wyznała miłość właśnie jemu, człowiekowi świadomemu tego, jaki tryb życia prowadzi, zdobywa się na uczciwość wobec niej i wobec samego siebie. Eugeniusz, nie „wykorzystuje” Tatiany, co zapewne z łatwością mógłby uczynić. On, który jej wyznał przed chwilą, że kocha ją, ale miłością braterską, podchodzi do tej młodej kobiety, jeszcze dziewczyny, a może nawet dziecka, która pachnie jabłkiem i wiatrem rosyjskiej wsi, patrzy w jej piękne, zakochane oczy … i nie może się powstrzymać, żeby jej nie pocałować. Po czym ten powtórzony pocałunek urasta do rangi czegoś wielkiego na sam koniec, kiedy to ona tym razem, patrząc w oczy nieprzytomnego z miłości Eugeniusza, mówi mu szczerze: ”Kocham Cię”. Jednak pełna kobiecej szlachetności postanawia dotrzymać wierności mężowi. Oddaje Onieginowi pocałunek, ale teraz już jako dojrzała kobieta. Ten moment powinien być jednak lepiej wyeksponowany na scenie.

Ależ Panie Mariuszu, akurat w tym bardzo Państwu „pomogła” kamera, bo wszystko rozegrało się w dużym zbliżeniu i dla widzów był to bodaj jeden z najbardziej znaczących momentów całej tej inscenizacji.

O, to bardzo dobrze…

A jak się Państwu pracowało z dyrygentem, Maestro Walerijem Giergijewem?

No cóż, Maestro Giergijew dyrygował wszystkim bardzo wolno, wszystkie tempa były znacznie wolniejsze niż zazwyczaj, gdy tymczasem, jak już mówiłem, wszystko powinno rozgrywać się szybko i zwinnie, powiedziałbym w tempie filmowym.

Nie było więc Panu łatwo w tegorocznym „Eugeniuszu Onieginie” w Metropolitan Opera?

Uczestniczyłem w czymś, w czym nie byłem jedynym elementem. W takich sytuacjach, gdy pracuje się z wieloma ludźmi, trzeba się z nimi porozumiewać i zawsze szukać kompromisu.

Panie Mariuszu w ostatnich latach śpiewał Pan „Eugeniusza Oniegina” tyle razy, że w świecie operowym stał się Pan wzorcem tej postaci. Kogo byśmy nie spytali o tę rolę, zawsze zostanie Pan wskazany jako główny odtwórca wykonawca tej partii.

Tak naprawdę jest nas trzech, bo jest jeszcze Dmitrij Hworostowski i Peter Mattei.

No właśnie, jest Pan jednym z trzech, ale tylko jednym z dwóch, którzy perfekcyjnie znają rosyjski. Niemniej jest Pan artystą, który zagrał tę rolę tyle razy, że Pan ją doskonale rozumie, że ma Pan w drobnych szczegółach przemyślaną całą postać Oniegina i całą operę w jej warstwie dramaturgicznej. Dlatego chcielibyśmy Pana poprosić o podsumowanie nowojorskiego wydarzenia. Co z tego spektaklu zostanie w Pańskiej pamięci?

Metropolitan Opera, która jest mi najbliższa, bo jest to teatr w którym najwięcej spektakli w moim życiu zaśpiewałem, jest paradoksalnie miejscem, w którym „Eugeniusz Oniegin” przyniósł mi wiele przykrych doznań i doświadczeń. W tym kontekście, najwspanialsze wspomnienia mam z moskiewskiej wersji „Eugeniusza Oniegina”. Spektakl Czerniakowa pochłonął mnie bez reszty, choć na początku prób nie zgadzałem się w wielu sprawach z reżyserem, bo nie potrafiłem dobrze zrozumieć o co Czerniakowowi w tym spektaklu chodzi. Ale potem, gdy śpiewałem „Eugeniusza Oniegina” w tej samej interpretacji i z tym samym zespołem w Madrycie, Paryżu i Londynie, grana przeze mnie postać stała się dla mnie kimś niewiarygodnie bliskim. Od pierwszej sekundy tamtych przedstawień wiedziałem, że „jestem, że działam i że realnie współtworzę tę postać”. W „Onieginie” nowojorskim wszystko zaś szło trochę pod prąd, za wolno, za ciężko, zbyt rozwlekle, a reżysersko wbrew mojemu rozumieniu tej postaci. No cóż, było trochę zgrzytów…. Było, minęło.

A teraz rozmawiamy z Panem w Paryżu, gdzie w Opera Bastille śpiewa Pan w „Purytanach” Vincenza Belliniego, w reżyserii Laurenta Pelly, inscenizacji dość nieciekawej od strony wizualnej, w dodatku bez interesujących relacji miedzy postaciami.

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Tak, rozmawiamy w Paryżu, gdzie pech za mną goni, bo jest to również nietrafiona produkcja, w której powiedziałbym, że reżyseria praktycznie nie istnieje. No, ale jak to bywa w tym biznesie, będzie z tego transmisja w telewizji oraz nagranie na DVD, więc może kamera znowu „uratuje” przedstawienie, w którym złe jest światło, złe są kostiumy i zła jest scenografia. Jest to spektakl, w którym nie organizuje się przestrzeni, aby pomóc śpiewakom, skądinąd zespołowi bardzo sympatycznych ludzi. W tym ogromnym teatrze, z fatalną akustyką, pozostawiono wielką scenę zupełnie pustą.

A wszyscy śpiewają według starej, sprawdzonej i koszmarnie nużącej współczesnych widzów metody „stand and deliver”…

Na tak przygotowanej scenie, gdyby się śpiewało inaczej, to by się kompletnie głosowo „nie zaistniało”. A przecież ten gatunek opery nazywa się „belcanto”, co oznacza że należy, uwaga, pięknie śpiewać. A jak tu pięknie śpiewać, jeśli trzeba krzyczeć, żeby się w ogóle móc przebić przez „muzyczną masę orkiestry” i dotrzeć do widzów siedzących w gigantycznym teatrze o z natury słabej akustyce. A jak można coś pięknie zaśpiewać, gdy od początku do końca trzeba śpiewać bardzo głośno. Najlepszy dowód to problemy tenora Dimitrija Korczaka, który ma naprawdę spory głos jak na wymagania tego gatunku muzyki, a tymczasem są chwile, że i on ma problemy z „byciem słyszanym”. Gdyby za nami scenograf przewidział ścianę, która by zmniejszyła monstrualną przestrzeń otwartej sceny i przy której można by stanąć, by głos się odbił, to wtedy żadne z nas nie musiałoby forsować dźwięku. Niestety jest coś nieprawidłowego w konstrukcji Opery Bastille w Paryżu, która mam takie wrażenie, została zaprojektowana przede wszystkich jako architektoniczna bryła, w którą następnie „wpisano” salę teatralną.

Czyli ciężko się śpiewa w Opera Bastille?

Teraz śpiewa się ciężko, ale w przeszłości świetnie się śpiewało „Króla Rogera”…

…bo, była inna scenografia…?

Zdecydowanie tak.

Czy namówimy Pana na wspomnienia? Czy mógłby Pan nam opowiedzieć więcej o tamtym spektaklu?

Muszę powiedzieć, że to był i jest spektakl mojego życia. Wiem, że wiele osób mówiło wtedy, że to przedstawienie było „hańba” i „masakrą”.

Z różnych relacji można się dowiedzieć, że spektakl został fatalnie przyjęty przez obecną na sali publiczność.

Część buczała, a część wiwatowała. Proporcje były pół, na pół. Ale akustycznie wszystko było przygotowane perfekcyjnie, co pokazuje, że jeśli się chce, to można wystawić nawet w nieprzyjaznych warunkach operę na bardzo wysokim poziomie. Wystarczy odpowiednio przygotować dekorację, wytwarzając ją z materiału, który odbija dźwięk. Wtedy śpiewak ma komfort pracy, bo jest „otoczony” swoim dźwiękiem, a i publiczność na tym korzysta, bo oprócz trąbek słyszy trochę głosów (śmiech). Gdybyśmy taką dekorację rozebrali, natychmiast stracilibyśmy akustycznie wszystko, cały urok i piękno głosów. I coś takiego stało się teraz tutaj przy „Purytanach”. Efekt jest koszmarny, bo musimy stawać prawie na krawędzi sceny i w duetach, zamiast patrzeć na siebie, wpatrujemy się w widownię. Co to jest za reżyseria? Przecież ja jako aktor, chciałbym sensownie współuczestniczyć w scenach, duetach, które z założenia wymagają jakiejś interakcji, jakiejś konwersacji. A tu, mogę jedynie robić duże oczy i zaciskać pięści, co w takim teatrze zobaczy może ktoś co najwyżej w drugim rzędzie.

A opera „Purytanie” w MET, która będzie niedługo wystawiona w Nowym Jorku? Co sobie Pan obiecuje po tej produkcji?

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Nie widziałem tej produkcji, ale biorąc pod uwagę „lichość” samej fabuły, trudno liczyć na „fajerwerki”. Żeby coś w „Purytanach” skutecznie poprawić, należałoby w partyturze dokonać pewnych cięć, tak jak to się często praktykuje i uniknąć nużących powtórzeń. Z tego co wiem, spektakl MET jest krótszy od paryskiego, co może budzić nadzieję, że zastosowano właśnie takie rozwiązanie. Dzięki temu nastąpi prawdopodobnie przyśpieszenie akcji. Wydaje się, że jest to prawidłowe podejście, bo „Purytanie” pochodzą z epoki, w której liczył się tylko wokal, bo nie było żadnych praktycznie wymagań aktorskich. Wystarczyło, że w trakcie arii śpiewak wyciągnął raz, lub dwa rękę przed siebie. Wtedy wszyscy bili brawo, bo chodziło tylko o to żeby utrzymać piękną kantylenę. Dziś trzeba biegać, siadać, pojedynkować się, jest o niebo trudniej. Przy czym muszę to wyraźnie powiedzieć, ja to akurat bardzo lubię, bo w operze nie jestem tylko i wyłącznie dla śpiewu. Ja tam jestem dla teatru, bo kocham tworzyć coś, co mnie porwie. Niestety zdarza się to coraz rzadziej. Jeśli jeszcze siedem, osiem lat temu mogłem powiedzieć, że to się zdarza rzadko, to teraz mogę powiedzieć, że jest dobrze jak zdarzy się raz na rok spektakl, w którym biorę udział i który mi daje satysfakcję artystyczną.

Jak „Don Carlo” w Royal Opera House w Londynie w tym roku?

Tak, jak „Don Carlo”, gdzie ta współpraca orkiestry, dyrygenta i nas śpiewaków, każdy gest, każde spojrzenie, złapanie za rękę było tak organiczne, tak naturalne i niewymuszone, a wszystko było tak spójne, że choć obiektywnie jest to trudne śpiewanie, to … śpiewało się lżej. Można powiedzieć, że śpiewało się samo. Tymczasem tu w Paryżu, to stanie na scenie i nic nierobienie staje się potwornie męczące.

A czy lubi Pan w ogóle śpiewanie belcanta?

Prawdę mówiąc nie przepadam, bo jak już wspomniałem, nie jestem w operze tylko dla pięknego śpiewu, dla cudownych fraz i wysokich nut. Ja się spełniam w rolach, które pomagają mi odnaleźć samego siebie. Jako Król Roger zadawałem sobie „miliony pytań” na temat własnego ja. „Król Roger” zmuszał mnie do zastanowienia się nad tym kim jest człowiek, co to znaczy być mężczyzną, na czym w warstwie kulturowej polega płciowość, na czym polega odczuwanie i doznawanie, czym jest władztwo, szczególnie gdy ktoś jest królem nie będąc do tego zupełnie powołanym. Dlaczego władca, będąc nim, ugina się przed żądaniami tłumu, dlaczego im ulega? Takie dzieła jak „Król Roger” zmuszają dodatkowo do zadawania sobie pytań natury religijnej i filozoficznej.

To bardzo interesujące, bo w podobnym duchu wypowiadał się Pan nieco ponad pół roku temu w trakcie występów w londyńskim „Don Carlo”.

Oczywiście, że tak, bo „Don Carlo” był inspirujący. Co więcej charakter Markiza Posy, którego tam śpiewałem, najbardziej jest zbliżony do mojego. Dla jakiejś idei, dla czegoś, w co wierzę, pójdę do samego końca. Poświęcę bardzo wiele dla drugiego człowieka, dla przyjaźni, dla jakiejś wartości, w którą absolutnie wierzę.

A co oprócz pytań, pozostawił Panu w darze Król Roger?

Ja długo zajmowałem się w życiu psychologią. Nawet maturę zdawałem z tej właśnie dziedziny. Zawsze mnie bardzo interesowało to, jak ludzie reagują na stres, jak zmienia się ludzkie postępowanie w sytuacji, gdy ktoś inny ma pieniądze lub władzę? Jak "Ty” się zachowujesz kiedy ten, który ma nad „Tobą” władzę właśnie patrzy na Ciebie, a jak zmienia się Twoje postępowanie, gdy „On” na „Ciebie” nie patrzy? Jako król Roger, mam pełnię wladzy nad moim asystentem Edrisim, ale w momencie gdy w finale jestem w upojeniu narkotykowym, to sytuacja się odwraca. Edrisi jest wtedy tym, od którego zależy los króla. Co to znaczy więc być władcą? Idźmy dalej. Jestem władcą, mogę wszystko, ale dostaję totalnego obłędu pod wpływem pasterza. Wydaje się, że za sprawą pocałunku między mężczyznami, ale nie w aspekcie homoseksualnym, lecz w akcie zawładnięcia poprzez ów pocałunek moją duszą. Pasterz okazuje się być ode mnie po stokroć silniejszy, będąc w gruncie rzeczy żebrakiem pasącym trzody. Kto więc tak na prawdę ma prawdziwą władzę ?

Czy nie jest to zbyt trudna opera w odbiorze? Czy „Król Roger” Szymanowskiego z jego zagadkowym przesłaniem ma szansę trafić do współczesnego widza, stając się dla niego ważnym tematem?

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

„Król Roger” to dla mnie magia. Że trudny? To jest tak jakby powiedzieć, że Szekspir jest za trudny. Generalnie rzecz biorąc uważam, że warto podjąć wysiłek w kierunku zrozumienia tej opery. Mnie na początku też nie było łatwo i pierwsze dwa tygodnie pracy nad nią do łatwych nie należały. Dopiero gdy zacząłem już dobrze śpiewać te wszystkie trudne technicznie frazy, zakochałem w tej muzyce tak bardzo, że śniłem ją po nocach. Miałem momentami osobliwe wrażenie, że jestem tą muzyką, albo że ona jest mną. Te frazy wywoływały we mnie ekstazę. Oczywiście kwestia libretta, jest nadal dla mnie otwarta. Skłamałbym mówiąc, że je dobrze i do końca, bez dodatkowych interpretacji, rozumiem. Zaśpiewałem „Króla Rogera” wiele razy, ale nadal zastanawiam się, czy to co ja myślę, jest właśnie tym, co myśleć należy.

Zwracał się Pan do innych o pomoc? Pytał Pan ekspertów o sensy „zaszyte” w „Królu Rogerze”?

Oczywiście, rozmawiałem z wieloma ludźmi, ale mam wrażenie, że niewiele osób, a jeśli już to w niedostatecznym stopniu, interesuje się tym co jest tam zawarte. W Polsce obowiązuje popularny tok rozumowania. Pasterz jest Jezusem Chrystusem, który przychodzi żeby odmienić losy świata. Każda inna interpretacja jest w tym podejściu profanacją. Tymczasem dla mnie jest to przejaw prymitywizmu w myśleniu. Tak to sobie można sprawy w „Purytanach” ustawiać, ale nie można tego robić w „Królu Rogerze”, który jest dziełem otwartym, stawiającym ogromną ilość różnorodnych pytań. Prawdopodobnie za każdym razem gdy będę grał „Króla Rogera” odczytam go na inny sposób. Mój pierwszy Roger był narkomanem, człowiekiem pogubionym emocjonalnie, gdy tymczasem w Santa Fe byłem człowiekiem strachliwym, zmuszanym przez innych do bycia mężem i władcą. W tym dziele jest ezoteryka i magia, ale również nieskończone pokłady realizmu, które pozwalają je zinterpretować jako traktat o religii, lub operę o sztuce polityki, albo jako dzieło stricte poświęcone erotyce i seksualności. Jeżeli zabierze się za nie mądry reżyser, to będziemy się cieszyć scenicznym arcydziełem, bo „Król Roger” jest nieskończenie twórczy.

Kiedy słuchamy z jaką pasją opowiada Pan o swojej wizji Króla Rogera i kiedy wspominamy Pański ogromny entuzjazm, gdy dzielił się Pan z nami swoimi wrażeniami z pracy nad „Don Carlo”, a z drugiej strony, gdy słyszymy, że często mówi Pan o swoim śpiewaniu w kategoriach czysto zawodowych, to przyznajemy, że jesteśmy nieco zaskoczeni. Z jednej strony zimny profesjonalista, a z drugiej człowiek z artystyczną misją. Panie Mariuszu, jaki jest Pan naprawdę?

Ze mną jest tak. Jeśli wychodzę na scenę, to ja naprawdę daję z siebie wszystko. Nie oszczędzam się i nie kalkuluję. To jest dla mnie naturalne. Ja niczego nie umiem robić na „pół gwizdka”. Zgłębiam, uczę się, studiuję. Tak jest z „Królem Rogerem”, tak jest z „Don Carlosem”, tak było z „Eugeniuszem Onieginem” i tak było, a mówiąc na marginesie tak jest cały czas z „Don Giovannim”, który też jest do pewnego stopnia dziełem otwartym. To są takie role, które przeznaczenie zesłało na mnie, a moje życie nabiera wartości, sensu, kolorów oraz innych wymiarów, gdy je śpiewam.

W jakich jeszcze rolach chciałby zaistnieć Mariusz Kwiecień?

Chciałby zaśpiewać w „Simonie Boccanegra”, chciałbym zaśpiewać Jagona w „Otellu”, kocham „Poławiaczy pereł”, operę znakomitą muzycznie, w której mam nadzieję zaśpiewać w MET za dwa lata. Ponadto bardzo bym chciał zaśpiewać Scarpię, o co zapewne będzie niezwykle trudno, bo to nie jest prawdopodobnie partia na mój głos. Ale kto wie, wszystko jest możliwe i to zarówno w moim, jak innych przypadkach. Na przykład kiedyś sobie nie wyobrażałem, że Artur Ruciński będzie mógł zaśpiewać Lunę w „Trubadurze”. Tymczasem posłuchałem jego wykonania na YouTube i muszę powiedzieć: „To jest znakomite. Kapelusze z głów”. Ktoś by mógł powiedzieć, że to jest glos, który nie nadaje się do tej muzyki, a jednak Artur fenomenalnie to zaśpiewał. Dlatego nie mówię „nie”, bo nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć. Na przykład kiedyś, a opowiadał mi o tym sam Maestro James Levine, przyszedł do niego Placido Domingo, który powiedział mu, że chce śpiewać Otella. Podobno Levine go po koleżeńsku odprawił. Po miesiącu historia się powtórzyła, ale Placido nie dawał za wygraną, domagając się dla siebie tej partii. W końcu usłyszał upragnioną odpowiedź: „OK, ale tylko wtedy, gdy ja będę tym dyrygował”. I od tego się zaczęło. Levine tak pomógł Placido muzycznie, żeby go nie zgasić, żeby mu pomóc w tych najtrudniejszych momentach, że słynny tenor mógł „złapać tę rolę za rogi”. A potem ta partia zaczęła z nim dojrzewać i teraz Placido Domingo jest największym Otellem naszych czasów. Może Jonas Kaufmann będzie kolejnym, gdy przyjdzie jego pora.

Mariusz Kwiecień zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
Mariusz Kwiecień
zdjęcie z serwisu internetowego www.mariuszkwiecien.com
opublikowane dzięki uprzejmości Mariusza Kwietnia
kliknij, aby powiększyć...

Z tej historii płynie też i taki morał, że dyrygent może zarówno wykreować śpiewaka, jak i go zniszczyć…

Oczywiście.

A jak Panu się współpracowało dotychczas z legendarnym już za swojego życia Jamesem Levinem?

Dla mnie jest to fenomenalny dyrygent. Nigdy nie zapomnę gdy dyrygował wstępem do drugiego aktu „Wesela Figara”. To można chyba tylko porównać do tego, co ludzie wyobrażają sobie usłyszeć stając przed obliczem Pana na niebieskich łąkach… Była to absolutnie niebiańska w swym pięknie muzyka… po której zawsze wchodzi sopran, który… wszystko psuje (śmiech). To oczywiście żart…

Ale na czym polega magia dyrygowania? Jak to jest, że wychodzi Levine i stu ludzi idzie za nim, jak nie przymierzając za Pasterzem, a gdy z batutą pojawia się przysłowiowy Kowalski, to choćby nie wiemy jak się napinał, to orkiestra i tak gra po swojemu, a cały spektakl leży.

To coś, to jest charyzma, która sprawdza się nie tylko przy dyrygowaniu. Mieliśmy Jana Pawła II, z którego poglądami mogliśmy zgadzać się lub nie, ale gdy dostąpiłem zaszczytu osobistego spotkania z nim, to nogi mi drżały.

Ale to co w wykonaniu muzycznym jest niesamowite, to fakt że w partyturze zapis jest zawsze ten sam, tam są zawsze te same nuty zanotowane, ale pod jednym dyrygentem natychmiast słuchacze ekspediowani są na „niebieskie łąki”, gdy pod innym żałujemy, że w ogóle przyszliśmy tego wykonania posłuchać.

To prawdę mówiąc nie jest wytłumaczalne. Każdy potrafi narysować konia, ale nie każdy tak, że ktoś jest potem gotów dać za to sto tysięcy dolarów.

Wspomniał Pan o „Don Giovannim”, jako o dziele otwartym, tymczasem zbliża się termin Pańskiej kolejnej jego inscenizacji, tym razem w lutym w Royal Opera House. Czy coś wiadomo o tej nowej produkcji w reżyserii Kaspera Holtena?

Nic właściwie na razie nie wiem. Ale mam nadzieję, że będzie to bardzo dobre przedstawienie. Tym bardziej mi na nim zależy, że będę powoli kończył moją artystyczną „podróż z Don Giovannim”.

Nie będzie Panu żal?

Z jednej strony tak, a z drugiej nie. Ja się już tyle o tej postaci dowiedziałem, że im więcej wiem, … tym mniej wiem. A cały „cymes” tej roli polega na tym, że powinna zostać zaśpiewana przez młodego interpretatora, który nie za dużo wie. Bo Don Giovanni mógł być tym kim był, tylko dlatego, że nie miał tej wiedzy o życiu, jaką mamy mając lat czterdzieści, pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt. Im jesteśmy starsi, tym bardziej chcemy żyć, więc na pytanie ducha zapraszającego na „drugą stronę”, pewnie już tak hardo byśmy nie odpowiadali, jak ów młody i pyszałkowaty kochanek wszech czasów.

To prawda… Życzymy więc Panu odwrócenia się złej passy i świetnej inscenizacji „Don Giovanniego” w Londynie, a w przyszłości samych wielkich ról. Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

 

 

Autorzy: Beata i Michał Olszewscy

Wszelkie prawa zastrzeżone © opera.info.pl

  • Bardzo ciekawy wywiad - świetny dla nas prezent pod choinkę.! Wielkie dzięki Beacie, Michałowi i Mariuszowi Kwietniowi.

    1
  • Bardzo ciekawy wywiad !!! Wielkie podziękowania dla autorów i Mariusza Kwietnia. Trochę Wam zazdroszczę :) Ja miałabym jeszcze sto pytań, może kiedyś uda mi się je zadać ... Czy Maestro zdradził Wam swoje plany dotyczące występów w Polsce (oczywiście te nieoficjalne) w przyszłym roku?

    0
  • Bardzo ciekawe "doswiadczenia" miał Pan Mariusz w MET z reżyserką. Może jednak zostawić opery rosyjskie Rosjanom. Wybitny reżyser da sobie radę ze wszystkimi operami, rozglądam sie i takich nie widzę. Widziałem swietnego Oniegina Czerniakowa na Mezzo Live i dlatego nie poszedłem do kina, bo wiedziałem, że lepiej nie będzie. Zawsze lepiej i ciekawiej widzimy kiepską inscenizację w kinie, niż widzowie w operze i to się potwierdza. ... A nie rosyjskie - nie Rosjanom, co było widać w La Scali.

    Komentarz ostatni edytowany około 4 lat temu przez Dodek
    0
  • Wywiad jest po prostu super! Pan Mariusz opowiada naprawdę "niesamowite rzeczy, na pograniczu fantastyki niemal" - o Onieginie w Met i w ogóle i o Rogerze. I żal mi doprawdy pana Mariusza, że tak często wypada mu brać udział w produkcjach, które go ani wokalnie ani teatralnie nie satysfakcjonują. Pozostaje więc życzyć dobrych wyborów przy podpisywaniu kontraktów - tylko czy to się wie i da przewidzieć na kilka lat do przodu??

    0
  • Kapitalny, świetnie zrobiony, majstersztyk do polecania! Dzięki :)

    0
  • To dopiero niespodzianka! Nie spodziewałam się w tak krótkim czasie drugiej tak obszernej i nadzwyczaj ciekawej rozmowy z Kwietniem.Tylko Wam pozazdrościć takich okazji! A i my mamy z tego korzyść.
    Ciekawe było dla mnie to co powiedział na temat inscenizacji "Lucii di Lammermoor" z MET ,że była "w naturze" o wiele mniej interesująca niż na DVD.
    Oglądając DVD marzymy o zobaczeniu opery "na żywo" a tu okazuje się,że bywa różnie...Może i z tymi "Purytanami",z których jest tak niezadowolony będzie podobnie.Aczkolwiek jak napisał p.Piotr Kamiński sam M.Kwiecień śpiewał w tej produkcji wspaniale.
    Jak już o Kwietniu to muszę powiedzieć,że po obejrzanej przeze mnie w TWON "Jolancie" przy najbliższej okazji natychmiast sięgnęłam po jego Slavic Heros,żeby posłuchać śpiewanej przez niego arii Roberta.To jest dopiero klasa!
    Serdecznie pozdrawiam.

    Komentarz ostatni edytowany około 4 lat temu przez Halina
    0
  • To naprawdę cudownie móc sobie czytać takie długie i bardzo ciekawe wywiady ze wspaniałymi śpiewakami. Wiele się dowiadujemy o nich samych ale również o tym co myślą o innych śpiewakach, reżyserach, pracy itd. itp. Mnie to bardzo interesuje. Wielkie dzięki za tak świetne wywiady.
    Mam na DVD " Łucję z Lammermoor" i bardzo mi się podobała i podoba i jestem trochę zdziwiony tym co pisze p.Kwiecień, że reżysersko i inscenizacyjnie była bardzo słaba ale właśnie to jest ciekawe co mówi artysta, który bierze bezpośredni udział w tym spektaklu. Wierzę mu.

    0
  • Świetny! Przeczytałam z zapartym tchem :)

    0
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)