opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Mediolan

Premiera "Il Trovatore" w Teatro alla Scala

Autorka: Meg

gb big English version

 

Maria Agresta Marcelo Álvarez „Il trovatore” - Teatro alla Scala photo (c)  Brescia/Amisano – Teatro alla Scala published by opera.info.pl by courtesy of the Teatro alla Scala
Kliknij, aby powiększyć/ Click to magnify

15 lutego w mediolańskiej La Scali odbyła się premiera opery "Il Trovatore" Giuseppe Verdiego w reżysererii argentyńskiego scenografa i reżysera, Hugo De Ana, pod batutą Daniele Rustioni’ego. W premierowym przedstawieniu wystąpiły gwiazdy operowej sceny: Marcelo Alvarez (Manrico), Maria Agresta (Leonora), Franco Vassallo (Hrabia di Luna), Ekaterina Semenchuk (Azucena), Kwangchul Youn (Ferrando). Sprzedawane od grudnia ubiegłego roku bilety rozeszły się błyskawicznie, udało mi się jednak zdobyć wyczekane wejściówki na przedstawienie premierowe. Ostrzeżenia o specyfice premier w mediolańskiej La Scali, ze względu na publiczność wyrażającą swoją dezaprobatę dla występujących na scenie buczeniem, nie zniechęciły mnie. Wręcz przeciwnie - wydawało się to być dodatkową atrakcją, a z pewnością niepowtarzalnym doświadczeniem.

"Il Trovatore" spełniło wszystkie moje oczekiwania. Monumentalne dekoracje były przepiękne, utrzymane w stonowanej kolorystyce – grafitowo - niebiesko – fioletowej. Podobne były stroje wykonawców, wszyscy prezentowali się zjawiskowo. W bardzo ciemnej lśniącej podłodze odbijały się sylwetki artystów, dekoracje i światła.

Il trovatore” - Teatro alla Scala photo (c) Brescia/Amisano – Teatro alla Scala published by opera.info.pl by courtesy of the Teatro alla Scala
 Marcelo Álvarez - „Il trovatore” - Teatro alla Scala photo (c)  Brescia/Amisano – Teatro alla Scala published by opera.info.pl by courtesy of the Teatro alla Scala
 Kliknij, aby powiększyć/ Click to magnify

W scenie, w której Leonora ma wstąpić do klasztoru, piękne, kolorowe, mieniące się suknie jej oraz towarzyszących jej mniszek odbijały się w posadzce tworząc niesamowite wzory, jakby kręcących się parasolek. Nie wiem czy było to widoczne dla osób siedzących na parterze, ale z góry, z wysokości 4 piętra wyglądało to zachwycająco. Kolejne sceny były jak ze snu – surowe, ale pełne symboliki (czerwone flagi niesione przez rycerzy w Akcie 3 odbijając się w posadzce sprawiały wrażenie spływającego krwią pola bitewnego), albo delikatnie ozdobione żywymi obrazami w głębi sceny - podczas wykonania arii chóru Cyganów (The Anvil Chorus), w tle można było zobaczyć na podwyższeniu coś w rodzaju drugiej sceny, z poruszającymi się postaciami. Całość – obraz oraz muzyka przepięknie ze sobą współgrały. Na uwagę zasługuje również dekoracja w Akcie 4 – wielki stos ciał poległych rycerzy przed lochem, w którym uwięziony Manrico oczekuje na śmierć. Tutaj Leonora błaga Di Lunę o łaskę dla ukochanego. To obraz przejmujący, ale nie epatujący brzydotą lub okrucieństwem. Scenografia pozostawia pole dla wyobraźni, bez ukazywania zbyt wielu detali. Ostatni akt, w którym stos ciał żołnierzy unosi się do góry i widzimy dość dużą przestrzeń pod nim, także pełną ciał, przywołuje na myśl ubiegłoroczną "Aidę" z paryskiej Opera Bastille. Tam jednak, Radames i Aida śpiewali swoją ostatnią arię w otoczeniu odrażających manekinów. Tutaj, dekoracja w scenie, w której Manrico żegna umierającą Leonorę, jest przejmująca, ale piękna i gustowna.

Ekaterina Semenchuk - „Il trovatore” - Teatro alla Scala photo (c)  Brescia/Amisano – Teatro alla Scala published by opera.info.pl by courtesy of the Teatro alla Scala
Kliknij, aby powiększyć/ Click to magnify

Wykonawcy także nie zawiedli. Maria Agresta i Marcelo Alvarez byli prawdziwymi gwiazdami wieczoru. Leonora śpiewała przepięknie, w czasie przedstawienia była wielokrotnie nagradzana brawami. Na końcu niestety, obok gorących oklasków dało się również słyszeć buczenie, co było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Marcelo Alvarez jako jedyny nie został wybuczany (obok chóru La Scali). Jako Manrico był doskonały. Jego przepiękny głos brzmiał wspaniale, a gra jak zwykle była pełna pasji, uczucia, niezwykle wiarygodna i porywająca. To dla mnie najlepszy Manrico jakiego słyszałam. Ekaterina Semenchuk zaprezentowała się wspaniale jako Azucena, podobnie jak Kwangchul Youn, który jednak potrzebował na początku chwili aby się rozśpiewać. Najgorsze wrażenie wywarł na mnie Franco Vassallo (Di Luna), ktory wypadał z rytmu praktycznie przez cały czas trwania opery. Był to jednak drobny mankament tego przedstawienia, które jako całość pozostawiło wspaniałe wrażenie.

Marcelo Álvarez - „Il trovatore” - Teatro alla Scala photo (c)  Brescia/Amisano – Teatro alla Scala published by opera.info.pl by courtesy of the Teatro alla Scala
 Kliknij, aby powiększyć/ Click to magnify

Sceny zbiorowe i arie wykonywanie przez chór były piękne i za to też publiczność nagrodziła chórzystów wielkimi oklaskami, bez buczenia. Orkiestra pod batutą Daniele Rustioni’ego pięknie współgrała z głosami śpiewaków, stanowiąc wspaniałe dopełnienie tego magicznego przedstawienia.

Po zakończeniu, publiczność dość szybko opuściła budynek opery i tylko nieliczni fani udali się pod "wejście dla artystów", czekając na swoich ulubieńców. Było to dla mnie zupełnie odmienne doświadczenie od tego z Wiednia z ubiegłego roku (Toska, wrzesień 2013), gdzie na wykonawców czekały prawdziwe tłumy. Tutaj było skromnie, ale bardzo sympatycznie. Mój ulubieniec, Marcelo Alvarez, i tym razem nie zawiódł – były autografy, wspólne zdjęcia, rozmowa. To przeuroczy, skromny człowiek, pełen energii i tak ruchliwy, że zrobienie mu niepozowanego zdjęcia to prawdziwy wyczyn. Wspominał swój jedyny w Polsce występ w 1996 w Teatrze Wielkim w Warszawie ("Lunatyczka" – gościnne występy Teatro La Fenice). Potem, około 23.30 poszedł na zasłużony obiad do restauracji w Galleria Vittorio Emanuele.

Operowa wyprawa na „Trubadura” do Mediolanu była wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem. Tę przepiękną produkcję w wyżej wymienionym składzie osobowym można jeszcze obejrzeć 22 i 25 lutego oraz 4 i 7 marca. Gorąco polecam!

 

Czytaj więcej: Premiera "Il Trovatore" w Teatro alla Scala

Bal maskowy, Verdi, La Scala 22.07.2013

Autorzy: Halszka i Leszek

„Un Ballo in Maschera” at Teatro alla Scala photo © Teatro alla Scala  published by opera.info.pl by courtesy of Teatro alla Scala
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

"Wszystko dobre co dobrze się kończy" westchnęliśmy radośnie po wyjściu z La Scali. Proszę nie myśleć jednak, że tym razem "Bal maskowy" skończył się miłym, zgodnym trójkątem małżeńskim, o nie, nie. Zaczęło się od rozczarowania: jeszcze przed wejściem do teatru okazało się, że Oskara nie zaśpiewa Patrizia Ciofi (nasza ukochana Łucja z francuskiej wersji tej opery z Lyonu), tylko Serena Gamberoni. Później podniosła się kurtyna, a nam lekko opadły ręce: spodziewaliśmy się wersji amerykańskiej Balu - skoro w obsadzie był Riccardo (Marcelo  Álvarez) a nie Gustavo - ale nie spodziewaliśmy aż tak współczesnej Ameryki, z przeszkloną salą konferencyjną i biurem wyborczym Riccarda, gubernatora! Paź Oskar stał się jego asystentką, a Renato (Željko Lučić) ochroniarzem. Z tego mało romantycznego miejsca przenosimy sie na stadion, gdzie Ulrika, uzdrowicielka - organizuje spotkania z chorymi - kulawi odrzucają kule, a niewidomi odzyskują wzrok. Te sceny uzdrawiania balansują, według nas, na wąskiej granicy pomiędzy przejmującym przeżyciem a kiczem; ale nie będziemy protestować, jeśli ktoś uzna, że zdecydowanie tę granicę przekroczają. Porady uzdrowicielki potrzebuje Amelia: znerwicowana żona ochroniarza, zżerana przez zakazane uczucie - Sondra Radvanovski wybiega na scenę i zaczyna śpiewać. Śpiewać? Skrzeczeć - suchym, skrzypiącym i bezbarwnym głosem! Widownia zamarła w złowrogim milczeniu... Co się stało? Co  będzie?! - pomyśleliśmy.

Czytaj więcej: Bal maskowy, Verdi, La Scala 22.07.2013

Lohengrin z ludzkim obliczem.

Autorzy: Beata i Michał

Lohengrin photo Monika Rittershaus (c) Teatro alla Scala photo published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Teatro alla Scala
Zdjęcie z prób; kliknij aby powiększyć...

Dla nas tegoroczny „Lohengrin” z La Scali był dużym wydarzeniem. Wychodząc po ponad czterech godzinach z kina pomyśleliśmy: „jaka szkoda, że to już koniec”. Byliśmy zauroczeni i muzyką, i śpiewem.

Przyznajemy, że nie jest łatwo stworzyć ciekawą i wiarygodną inscenizację tej opery. My również, tak jak Drusilla, widzieliśmy na kanale mezzo, spektakl „Lohengrina” z Monachium i … prawdę powiedziawszy zupełnie nas nie porwał. Po prostu reżyser poszedł, jak dla nas, dwa kroki za daleko i zgubił gdzieś po drodze magię tej opery. Nawet muzyka zabrzmiała tam jakby sztucznie w stosunku do przedstawianego na scenie obrazu.

Tutaj, w La Scali, Claus Guth, starał się, jak to zwykle on, uwydatnić aspekt psychologiczny wszystkich postaci, ich wątpliwości, lęki, dążenia i zupełnie różne motywy, skłaniające ich do takiego, a nie innego postępowania. Oczywiście, można pokazać Lohengrina jako „super hero”, ale z drugiej strony, gdy przeanalizujemy dokładnie libretto, to pojawi się nam mnóstwo pytań: czy Lohengrin przybył z własnej woli by uratować Elzę, czy został po prostu wysłany „na misję” (z libretto wynika raczej, że został wysłany); jak to jest podjąć decyzję o związaniu się, zaufaniu osobie, której się w ogóle nie zna; czy łatwo jest się odnaleźć w zupełnie nieznanym, obcym środowisku, gdzie ludzie oceniają innych przyrównując ich do własnych wyobrażeń i wedle sobie znanych zachowań, podczas gdy dla kogoś innego mogą być one zupełnie obce i niezrozumiałe.Ileż jest tu takich pytań!

Claus Guth chyba po prostu starał się pokazać „ludzki”, a nie „boski” wymiar Lohengrina, nie jako bohatera, a jako człowieka, który wypełniając swoją misję „uczy się” (w nieco przyśpieszonym tempie) ludzi, którzy go otaczają, nowych sytuacji, zachowań. Nie ma w nim pewności supermana, jest chęć niesienia pomocy kobiecie, której wierzy, że jest niewinna i której chce bronić, oczekując w zamian tylko jej zaufania.

Lohengrin photo Monika Rittershaus (c) Teatro alla Scala photo published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Teatro alla Scala
Zdjęcie z prób, kliknij aby powiększyć...

A może oczekuje aż tyle …. Jego misja nie polega jedynie na wygraniu pojedynku z Telramundem, ale na życiu wśród zupełnie obcych mu ludzi, których wzajemnych relacji i motywów postępowania nie rozumie, ale które go niepokoją. Widać to zresztą w drugim akcie, gdy Lohengrin wygląda tak, jakby chciał … uciec, jakby presja i oczekiwania otoczenia go przerosły. To prawda, że my również zastanawialiśmy się, dlaczego Jonas Kaufmann musi grać postać tak rozedrganą, niepewną, kruchą, wręcz lękliwą. Oczywiście, można pewnie pokusić się o stwierdzenie, że ten sam efekt „zagubienia” można było przekazać w nieco mniej dosłowny sposób, tworząc mniej neurotyczną, zagubioną postać.

Naszym zdaniem jednak sama scena „narodzin” Lohengrina wśród ludzi, kiedy leży on na ziemi w embrionalnej pozycji, zamiast przybyć w łodzi ciągniętej przez łabędzia, a potem „lustrzana” scena poświecenia swojego życia („śmierci”), tu na ziemi, żeby wyzwolić z klątwy brata Elzy, jest poruszająca i taka bardzo „ludzka”. Wzmaga to dramat, który rozgrywa się na scenie - dramat braku zaufania do niego najbliższej mu osoby, osoby, której on z kolei zaufał bezwarunkowo i którą uratował. To Elza miała być przecież dla niego tym „pewnym punktem” na ziemi, a okazało się, że to właśnie ona go zawiodła. Jest to przejmująco ludzki dramat poświęcenia siebie i jednoczesnego doświadczenia „zdradzenia” przez najbliższą osobę.

Patrząc na „zbudowaną” postać Elzy, nie mamy pewności, czy jest ona na pewno niewinna. Widać, że przeżyła traumę, ale jaka była jej rola w zniknięciu brata jest i pozostanie dla nas tajemnicą. Jej nerwowe zachowanie, gdy widzi obraz brata, pół człowieka, pół łabędzia, (tu znów może zbyt dosłowne nawiązanie do zaklęcia) zaczyna nas niepokoić. Nie rozumiemy jej przerażenia. Czy jest zamieszana w zbrodnię i za wszelką cenę stara się wyprzeć fatalne wspomnienie, czy też jest niewinna, ale otoczenie uważa inaczej, więc w dziewczynie narasta przerażenie o nieuchronnie zbliżającym się wyroku na nią?

Lohengrin photo Monika Rittershaus (c) Teatro alla Scala photo published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Teatro alla Scala
Zdjęcie z prób; kliknij, aby powiększyć...

Za to duet Ortrudy i Telramunda został przedstawiony po mistrzowsku. Już tylko patrząc na ich relację, sposób komunikowania, spojrzenia, wiemy wyraźnie, kto w tym związku rządzi, i jak mało ma do powiedzenie Telramund. Po przegranej walce z Lohengrinem widzimy wręcz pogardę jego żony, że okazał się … zbyt słaby. Nie tego zazwyczaj oczekujemy od najbliższej nam osoby, prawda?! Taka relacja w związku przeraża (dziś nazwalibyśmy taki związek toksycznym :)). Obie postacie są odwzorowane w sposób, prezentujący wyraziście ich złą stronę duszy, bezwzględne dążenie do realizacji swoich celów, nie zważając na to, ile ludzi zranią lub zniszczą po drodze.

Claus Guth bardzo wyraźnie określił granicę zła i dobra w tej historii. Podkreśla to nie tylko sposobem przedstawienia postaci, ale również za pomocą kostiumów zaprojektowanych przez Christiana Schmidta - jasne dla Lohengrina i Elzy, ciemne dla Ortrudy i Telramunda. Nawet w scenie zaślubin, kiedy widzimy Elzę w pięknej białej sukni, Ortruda ma na sobie taką samą, tyle, że zupełnie czarną. Znów można by się próbować czepiać, że to takie dosłowne, ale czy to nam jakoś przeszkadzało? Nam - nie przeszkadzało.

Podobała nam się również scenografia Christiana Schmidta do „Lohengrina”, przeniesiona, tak jak zauważyła Drusilla, ze średniowiecza do znacznie bliższej nam rzeczywistości. Kilkupiętrowy budynek z balkonami i dziesiątkami drzwi stanowił przez cały spektakl „bazę”, na której poprzez dodawanie kolejnych elementów, zmianę oświetlenia, tworzono klimat poszczególnych scen. Ten budynek był również bardzo dobrym miejscem dla chóru w scenach zbiorowych. W trakcie pierwszego aktu na scenie próbowano stworzyć obraz ogrodu, z „drabiną” prowadzącą do kryjówki na drzewie, będącej synonimem „azylu” dla Elzy. Akt drugi to praktycznie prawie pusta scena, z jednym stołem, przy którym zaczyna się dialog Ortrudy z Telramundem. W akcie trzecim „wyczarowano” na środku sceny brzeg jeziora z pomostem, trzcinami. Tam się rozgrywa duet miłosny Lohengrina z Elzą. Ciekawa sceneria, pozwalająca na stworzenie pewnej intymności pomiędzy, dopiero co zaślubionymi, małżonkami, trochę tak, jakby uciekli oni przed innymi, by choć przez chwilę pobyć sam na sam ze sobą.

Lohengrin photo Monika Rittershaus (c) Teatro alla Scala photo published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Teatro alla Scala
Zdjęcie z prób, kliknij aby powiększyć...

No i na koniec, to, co najważniejsze: muzyka i śpiew. Jonas Kaufmann jako Lohengrin dla nas zaśpiewał rewelacyjnie. Może rzeczywiście, tak jak napisała Drusilla, ma do tej postaci nieco za ciemny głos, nie dość „srebrzysty”, ale nic już na to nie poradzimy, my wręcz uwielbiamy jego sposób interpretacji ról, zmiany nastrojów podczas kolejnych arii i duetów, tak eleganckie przechodzenie z forte w pianissimo, świetne osadzenie w muzyce. Akt trzeci w jego wykonaniu po prostu rzucił nas na kolana. Nie wiemy, czy wszystko było perfekcyjnie zaśpiewane od strony technicznej, bo nie jesteśmy „zawodowcami” i opieramy się tylko na naszych odczuciach, operę odbierając bardziej „podprogowo” niż racjonalnie, ale dla nas jest on stworzony do grania i śpiewania tej partii na scenie. Nie negujemy jednak, że w nagraniach audio, inni śpiewacy mogą być bardziej wiarygodni. Na marginesie, wczoraj wysłuchaliśmy, poleconego przez Drusillę, Bena Heppnera i … byliśmy oczarowani elegancją jego śpiewu.

Annette Dasch jako Elza wypadła również bardzo przekonującą. Było zresztą słychać jak w miarę upływu kolejnych scen nabierała pewności siebie, większej, niż w pierwszym akcie, swobody interpretacyjnej. Dla nas „otworzyła” się od sceny rozmowy z Ortrudą w drugim akcie, i potem, było już coraz lepiej. Stworzyła całkiem wiarygodną postać sceniczną. Nie była być może aż tak pewna swojego miejsca na scenie, jak pozostali wykonawcy, ale nie ma się temu co dziwić, bo czasu na przygotowanie miała ekstremalnie mało. Dla nas była bohaterką tego wieczoru. Z przeczytanym artykułów, dowiedzieliśmy się zresztą, że z La Scali zadzwoniono do niej przeddzień premiery, około godziny 18-stej, po tym jak rozchorowała się nie tylko Anja Harteros, ale i Ann Petersen. Annette Dasch opowiadała po spektaklu, że kiedy dostała propozycję tego zastępstwa ostatniej szansy, zadała sobie pytanie, czy jest na tyle odważna żeby to zrobić i odpowiedź, jak się możemy spodziewać, brzmiała, na szczęście dla La Scali, „tak”. Podobno przyjechała do Mediolanu około północy, po to by następnego dnia spędzić około 2,5 godziny z reżyserem, żeby zrozumieć jego wizję postaci i całego spektaklu. Było jej o tyle łatwiej, że po pierwsze, współpracowała już wcześniej z Clausem Guthem przy spektaklu „Don Giovanniego” w Salzburgu, po drugie, bo od 2010 roku śpiewa partię Elzy na Festiwalu Wagnerowskim w Bayreuth.

Lohengrin photo Monika Rittershaus (c) Teatro alla Scala photo published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Teatro alla Scala
Zdjęcie z prób; kliknij, aby powiększyć...

Podobno rozmowa z Danielem Barenboimem, z którym również już wiele razy wcześniej pracowała, była bardzo krótka. Nie jest bowiem tajemnicą panująca wśród śpiewaków opinia, że Barenboim jest jednym z tych dyrygentów, którzy bardzo śpiewaków od strony muzycznej wspierają. Mamy nadzieję, że w przyszłości Annette Dasch będzie mogła wspominać swoje występy w La Scali w bardziej zaplanowanym repertuarze. Zresztą z samego rana następnego dnia musiała wrócić do Berlina, gdyż wieczorem grała w … „La finta giardiniera” Mozarta, czyli w zupełnie odmiennym repertuarze :)

Musimy też przyznać, że stworzona przez Evelyn Herlitzius postać Ortrudy była niesamowita, zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Trochę przyćmiła nawet swoim wykonaniem postać Elzy. Była tak władcza, tak bezwzględna i bezkompromisowa, a przy tym tak silna, że kiedy była na scenie, po prostu ją dla siebie „zagarniała”. Patrzyliśmy na nią z podziwem i mimo, że budziła mnóstwo negatywnych uczuć, to czuliśmy do niej ogromny respekt i szacunek. Taki też był jej śpiew, na początku elegancki, wręcz nobliwy (w rozmowie z Królem w pierwszym akcie), by potem wyrazić nim wściekłość, bezwzględność i ironię w świetnym, pełnym emocji, duecie z Telramundem w akcie drugim, czy też cynizm, dumę i pogardę w akcie trzecim. Mocny, elegancko prowadzony głos. Chyba najbardziej podobało nam się jej wykonanie w akcie drugim. To Evelyn Herlitzius zresztą otrzymała największe, obok Jonasa Kaufmanna i Rene Pape, owacje na koniec spektaklu. I były to naszym zdaniem owacje w pełni zasłużone.

Jonas Kaufmann opowiada o operze "Lohengrin". Wywiad w języku
angielskim, z francuskimi podpisami

Niestety, nie możemy tego samego powiedzieć o wykonawcy Telramunda, Tómasie Tómassonie, bo choć jego aktorska interpretacja budziła duży szacunek, to w trakcie trwania opery, niestety nie ustrzegł się od błędów. Co więcej, z upływem czasu, słyszalnych załamań głosu było coraz więcej, (zwłaszcza w drugim akcie), tak jakby śpiewak nie był w pełnej dyspozycji. Może też dlatego, tak jak napisała Drusilla, na końcu dostał on najmniejsze brawa od mediolańskiej publiczności.

Oczywiście nie sposób nie powiedzieć kilku słów o świetnym wykonaniu roli Henryka Ptasznika przez René Pape. Jak zwykle charyzmatyczny na scenie, wiarygodny wokalnie, piękny, mocny głos. Zeljko Lucic miał niewielką role Herolda króla i nie do końca wiemy, dlaczego reżyser kazał mu ją śpiewać z samego końca sceny, ale wykonał swoja rolę bardzo poprawnie.

No i na sam koniec, muzyka Wagnera. Pięknie, z pasją zagrana przez Orkiestrę pod batutą Daniela Barenboima, począwszy od wprowadzenia do pierwszego aktu, aż do ostatnich dźwięków. Cudownie oddane zmienne nastroje poszczególnych aktów, dramaturgii i mroczności scen w akcie drugim, liryzmu w akcie trzecim. Świetne towarzyszenie muzyczne śpiewakom i wielka przyjemność w słuchaniu. Muzyka zagrana w La Scali w pełni nas oczarowała.

Czy był to więc udany wieczór? Jak najbardziej! Mamy tylko cichą nadzieję, że La Scala zacznie w końcu wydawać na DVD swoje spektakle z otwarcia sezonu, bo tak jak nie możemy się doczekać zeszłorocznego „Don Giovanniego”, tak i tego „Lohengrina” chcielibyśmy jeszcze nie raz posłuchać.

 

Lohengrin z La Scali w kinie

Autorka: Drusilla

lohengrin6
 Zdjęcie Monika Rittershaus© Teatro alla
Scala; kliknij, aby powiększyć...

Mediolański Teatro alla Scala tradycyjnie inauguruje nowy sezon 7 grudnia, w dzień patrona miasta, św. Ambrożego. Spektakl otwierający sezon, zwany „La Prima”, to wielkie wydarzenie nie tylko kulturalne, ale również towarzyskie.

Na tegoroczne otwarcie wybrano „Lohengrina” Wagnera. Wybór ten, uzasadniony rozpoczynającym się wkrótce rokiem wagnerowskim, wywołał jednak we Włoszech gorące dyskusje, gdyż rok 2013 to również rok Verdiego (będziemy wówczas obchodzić 200-lecie urodzin obu kompozytorów) i większość była zdania, że pierwszeństwo w tym wypadku należało się Verdiemu.

I tych zapewne nie przekonał Barenboim, który w wywiadzie pokazanym w przerwie spektaklu stwierdził, że Lohengrin to najbardziej „włoska” opera Wagnera. Operowym kinomanom też chyba niezbyt spodobał się ten pomysł, bo sala kinowa, która na wielu tytułach jest prawie pełna, tym razem była zapełniona mniej więcej w jednej trzeciej.

Mnie jednak wybór Wagnera bardzo ucieszył, bo Verdiego można zobaczyć i usłyszeć znacznie częściej, niż jego niemieckiego rówieśnika, więc możliwość obejrzenia chociażby tylko transmisji w kinie to dla mnie duża radość. Tym bardziej, że obsada była naprawdę znakomita. Jonasa Kaufmanna słyszałam już w tej roli w nagraniu dość dziwacznej realizacji z Monachium. Bardzo cenię jego głos, ale muszę przyznać, że akurat w przypadku Lohengrina mam pewne wątpliwości. Otóż mam wrażenie, że to głos nieco zbyt ciemny i matowy do tej roli. Co nie znaczy, że wykonanie mi się nie spodobało, wręcz przeciwnie! Wszystko było zaśpiewane bardzo dobrze, emocje zapewnione, a przy słuchaniu „In fernem Land” aż ciarki przechodzą po plecach.

Partnerką Kaufmanna w roli Elsy miała być, podobnie jak w tym nagraniu monachijskim, Anja Harteros. Okazało się jednak, że pechowo rozchorowała się zarówno ona, jak i jej zastępczyni Ann Petersen. W tej sytuacji dosłownie w ostatniej chwili ściągnięto z Berlina Anette Dasch. Wziąwszy ten fakt pod uwagę, po jej występie można powiedzieć tylko jedno: czapki z głów! W ogóle nie było widać, że ona miała tylko parę godzin na poznanie koncepcji reżyserskiej i opanowanie ruchu scenicznego. Wokalnie również nie było żadnych problemów – po prostu pełny profesjonalizm.

Czytaj więcej: Lohengrin z La Scali w kinie

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)