opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Nowy Jork - czytaj również o transmisjach z Metropolitan Opera w ramach cyklu "The MET Live in HD" - Transmisje z MET !

Nowy Jork

"Don Giovanni" w Met Opera

Wersja angielska
gb big
Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Gabriela Harvey
Peter Mattei in the title role of Mozart's "Don Giovanni"  photo (c) Marty Sohl / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / Click to magnify

Szybkie spojrzenie na kalendarz potwierdziło moje zaniepokojenie - tylko trzy tygodnie pozostały do końca sezonu 2014-2015 w MET. A tu moje notatki z  "Don Giovanniego" z wtorku 28 lutego nadal leżą na biurku. Planuję co najmniej dwa "Bale maskowe” i być może "Rycerskość wieśniaczą” i „Pajace”" - i nie chcę zawieść mojego wiernego tłumacza ... Tak więc, pomyślałam, że w ten piękny wiosenny weekend w Nowym Jorku powinnam zająć się pisaniem...

We wtorek 28 lutego orkiestrę prowadził Alan Gilbert, dyrygent wypożyczony z sąsiedniego  Lincoln Center. Gilbert  niedawno ogłosił, że opuści stanowisko dyrektora muzycznego New York  Philharmonic latem  2017 roku.  Dyrygent utrzymywał żywe tempo przez cały czas, bez utraty liryzmu i romantyzmu utworu Mozarta. Orkiestra grała znakomicie. Szwedzki baryton Peter Mattei wystąpił w tytułowej roli, wenezuelski bas-baryton Luca Pisaroni jako Leporello, amerykański bas-baryton James Morris jako Commendatore, tenor z Rosji Dmitrij Korczak (debiut w Met) śpiewał partię Don Ottavio, sopran z RPA Elza van den Heever była Donną Anną,  sopranistka Emma Bell z Anglii Donną Elvirą, mezzosopran Kate Lindsay (z Wirginii  w USA)  Zerliną i bas-baryton z Czech Adam Plachetka Masetto.

Znam tę historię bardzo dobrze, ale tego wieczoru naprawdę poruszyła mnie mocno. Okazało się, że miałam spędzić kilka godzin jako świadek zbrodni seryjnego gwałciciela! Może tak się stało, dzięki wspaniałej kreacji Petera  Mattei jako ..., ups, prawdę powiedziawszy szubrawca ... socjopatycznego gwałciciela, który wyprowadzał mnie ze strefy komfortu!

Produkcja Met, pierwszy raz wystawiona w 2011 roku przez Michaela Grandage’a, jest umiejscowiona w epoce, ale udaje się jej odzwierciedlać nasz czas. Być może kolejny powód,  mojej epifanii - to opera o pożądaniu, miłości, nienawiści, zazdrości, morderstwie, zemście, zazdrości, i  jeszcze wiele, wiele więcej ...

Luca Pisaroni as Leporello, and Emma Bell as Donna Elvira in Mozart's "Don Giovanni" photo (c) Marty Sohl / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
 Kliknij aby powiększyć / Click to magnify

I tak to się zaczyna: spotykamy Don Giovanniego w sypialni szlachcianki Donny Anny (Leporello  czuwa na zewnątrz na straży), która jest zaręczona z Don Ottavio. Udaje się jej obronić przed jego zalotami Don Giovannigo. Jej wołania o pomoc słyszy ojciec, Komandor, który rozpoczyna walkę z zamaskowanym napastnikiem. W walce na miecze  Don Giovanni zabija Komandora  i udaje mu się uciec nierozpoznanym. Donna Anna prosi Don Ottavio, aby pomścił śmierć jej ojca.

Następnie "spotkamy" "Donnę Elvirę, jedną z byłych podbojów Don Giovanniego. Leporello otwiera jej oczy pokazując "katalog" wszystkich ofiar Don Giovanniego. Podczas ślubu Masetto i Zerlina Don Giovanni wybiera sobie następną ofiarę ... Zerlinę. Anna prosi Don Giovanniego o pomoc w znalezieniu mordercy ojca. Elvira ostrzega ją przed Don Giovannim, który oskarża, że ona jest szalona i zaprasza wszystkich, aby uczcić ślub w jego domu. Kiedy wychodzi, Anna poznaje,  jego głos – rozpoznaje w nim człowieka, który ją zaatakował. Ponownie błaga Don Ottavio , o pomstę za śmierć ojca.

Po zaakceptowaniu zaproszenia Don Giovanniego Masetto i Zerlina (teraz skruszona, że nie jest w stanie oprzeć się pokusie flirtu z Don Giovannim) przychodzą do domu Don Giovanniego. Anna, Elvira i Ottavio – zamaskowani - pojawiają się tam  również. Don Giovanni próbuje zwabić Zerlinę do innego pokoju. Młoda kobieta opiera się i krzyczy. Anna, Elvira i Ottavio ujawniają swoją tożsamości.  Don Giovanniemu jednak znowu udaje się wymknąć.

Don Giovanni i Leporallo wymieniają się ubraniami. Okazuje się, że Elvira jest  nadal zakochana w Don Giovannim, mimo tego, co o nim wie. Przebrany za swego mistrza Leporallo napotyka Masetto, który  szuka Don Giovanniego i dochodzi do walki. Leporello bije Masetto i uchodzi. Zerlina pociesza Masetto. Później, Anna, Elvira, Ottavio, Zelina i Masetto chwytają Leporello. Obawiając się o swoje życie, odsłania on swoją prawdziwą tożsamość - i udaje mu się ponownie zbiec. Don Giovanni i Leporello, uciekają na cmentarz, odnajdują grób Komandora. Pomnik na grobie przemawia do nich i prosi o pokutę. Don Giovanni namawia Leporello, aby zaprosił ducha  Komandora do nich na kolację. Komandor przychodzi i prosi ponownie o nawrócenie grzesznika. Don Giovanni się śmieje ... a ziemia otwiera się i pochłaniają go ognie piekielne.
Anna, Elvira, Ottavio, Zelina, Masetto i Leporallo pozostają przy życiu...

Czytaj więcej: "Don Giovanni" w Met Opera

„Bal maskowy” Verdiego w Met Opera

Autor: Roman Markowicz

pianista, publicysta muzyczny i recenzent prasy polonijnej w Nowym Jorku (Przeglad Polski, Nowy Dziennik, KurierPlus, kurierplus.com), którego reportaże z Nowego Jorku ukazywały się od 1989 także w krajowych publikacjach takich jak Ruch Muzyczny, Midrasz i blog kamerton.net.

Roman Markowicz

Od dawna już nie widziałem jednej ze słynniejszych oper Verdiego - a zresztą czy jest aż tak wiele niesłynnych? - „Balu maskowego” („Un ballo di mascera”). Metropolitan Opera wznowiła niedawno powstałą w 2012 insenizację tej opery, na którą wybrałem się zainteresowany nie tylko doskonałą obsadą wokalną (Piotr Beczała, Dimitrij Hvorostovsky i Sondra Radvanovsky) i obecnością na podium dyrygenckim Jamesa Levina, ale też samą „unowocześnioną” produkcją autorstwa Davida Aldena. Pamiętałem, że co do tej produkcji miał obiekcje podczas premiery jesienią 2012 nawet główny krytyk New York Timesa Anthony Tommasini, znany z niemal automatycznej akceptacji wszystkiego, co „unowocześnia” operę. Powracając do obecnej wersji prezentowanej w kwietniu 2015, Tommasini zmienił nieco swoje zdanie na lepsze, zastanawiając się, że aż tyle mu się w tym przedstawieniu podobało.

A scene from Verdi’s "Un Ballo in Maschera" photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify 

Dla niewtajemniczonych: „Bal maskowy” dostarczył kompozytorowi niemało problemów już w trakcie komponowania. Ówczesne władze z niechęcią patrzały na ideę pokazania na scenie zabójstwa władcy, historycznej w tym przypadku postaci szwedzkiego króla Gustawa III, który rzeczywiście został zamordowany przez spiskowców podczas balu maskowego. Kompozytor zmuszony był w końcu przenieść akcję opery na inny kontynent, do Bostonu i w roli tytułowej posłużyć się nie monarchą, ale gubernatorem. Obecna produkcja powróciła do oryginału, a więc akcja ma toczyć się w Sztokholmie i raz jeszcze bohaterem jest szwedzki król. Tematyka opery, choć oparta na historycznym wydarzeniu, ma typowe elementy dramatu: trójkąt miłosny, polityczny spisek, małżeńska zdrada jak również zdrada przyjaźni, złowieszcza wróżba, wreszcie zemsta. Głównymi bohaterami, obok króla Gustawa, są Renato (książe Ancarstrom, przyjaciel i doradca monarchy), jego żona Amelia, w której Gustawo jest zakochany, wróżka Ulryka oraz paź Oskar (partia sopranowa, tym raz w garniturku).

W największym skrócie: Gustawo nie jest powszechnie kochanym władcą i Renato informuje swego przyjaciela, że jego życie jest w niebezpieczeństwie i istnieje spisek na jego życie. Gustawo podpisujący dekrety jest zainteresowany wróżką Ulryką, która za dokonywanie czarów skazana jest na banicję. Chcąc przekonać się o jej wróżbach, król postanawia złożyć jej wizytę incognito. Podczas wizyty zauważa tam Amelię, żonę Renato, w której jest zakochany: podsłuchał jej rozmowę z wróżką i wie teraz, że będzie ją mógł spotkać nocą, kiedy tamta ma zbierać zioła, które może pomogą jej zapomnieć Gustawa, którego również kocha.

Czytaj więcej: „Bal maskowy” Verdiego w Met Opera

"Donna Del Lago" w Metropolitan Opera

Wersja angielska
gb big
Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Joyce DiDonato as Elena in Rossini's "La Donna del Lago"  photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify
Gabriela Harvey

W niedawnym przedstawieniu "Donny Del Lago" (cykl zakończył się w ostatnią sobotę) najważniejszy był śpiew. Miałam okazję oglądać spektakl 28 lutego 2015. Domyślam się, że pomimo zawiłej fabuły, opera ta została wznowiona, ponieważ był do dyspozycji zespół śpiewaków, którzy mogli zmierzyć się z tym wyzwaniem bel canto.

W libretcie Andrei Leone Tottoli, napisanym w oparciu utwór Sir Waltera Scotta „Pani Jeziora”, główna bohaterka - Elena jest obiecana Rodrigo Di Dhu (John Osborn) wojownikowi z klanu szkockich górali. Ona z kolei kocha Malcolma Groeme (Daniela Barcellona).  Ojciec Eleny Duglas D'Angus (Oren Gradus) jest wrogiem króla Jakuba, który w przebraniu Uberto również stara się o Elenę. Szkocja zostaje ogarnięta wojną  górali i lojalistów. Rodrigo ginie w walce a ojciec Eleny jest pojmany przez siły wierne królowi. Dodajmy, że ojciec, teraz wróg króla, kiedyś był jego nauczycielem. Tymczasem Elena, chroniona przez pierścień otrzymany od  króla przebranego za Uberto, ma nadzieję przekonać władcę, by darował życie jej ojcu oraz ukochanemu Malcolmowi, który także przybywa jej szukać. Król Jakub odkrywa swoją prawdziwą tożsamość, godzi się z  miłością Eleny do innego,  przebacza zarówno Duglasowi jak  i Malcomowi. Wszystko kończy się dobrze...

Joyce DiDonato as Elena and Juan Diego Flórez as Giacomo V in Rossini's "La Donna del Lago"  photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
 Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify

Wiele już napisano o inscenizacji przygotowanej przez szkockiego reżysera Paula Currana, że jest nijaka i że scenografia, która sprawdzała się dobrze na świeżym powietrzu w Santa Fe Opera, gdzie tę produkcję wystawiono wcześniej, nie działa w Metropolitan ... Wszystko, co mogę o niej powiedzieć to to,  że jest nieagresywna i nie przeszkadza. Jedna uwaga - często trudno jest dostrzec i wyróżnić solistów na tle chóru, który niejednokrotnie tłoczy się na scenie nie mając właściwie nic do roboty.

Ta produkcja gościła supergwiazdę operową Joyce DiDonato, ulubioną artystkę Metropolitan Opera w Nowym Jorku i Carnegie Hall. (Dygresja: DiDonato kończy swój cykl Carnegie Hall Perspectives z Orkiestrą Filadelfijską w środę 18 marca. Program koncertu składa się z arii bel canto. Ja  natomiast 4 listopada 2014 uczestniczyłem w jej koncercie "Podróż przez Wenecja" w Carnegie Hall. Była wspaniała!).

Czytaj więcej: "Donna Del Lago" w Metropolitan Opera

"Cyganeria" w MET z Mariuszem Kwietniem

Wersja angielska
gb big
Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Kristine Opolais as Mimì in Puccini's "La Bohème" photo (C) Marty Sohl / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the MET
Kliknij, aby powiększyć / click to magnify
Gabriela Harvey

W styczniu 2015 roku na Metropolitan Opera spadały po kolei liczne ,,nieszczęścia” - problem ze zmianą dekoracji po I akcie „Cyganerii” Pucciniego w dniu 15 stycznia, przełożona premiera „Jolanty” Czajkowskiego  i „Zamku Sinobrodego” Bartóka  z powodu zbliżającej się śnieżycy 26 stycznia,  protest na scenie przeciwko polityce Putina na Ukrainie i aneksji Krymu. Ten ostatni, gdy artyści otrzymywali zasłużone brawa po premierze  „Jolanty”  29 stycznia 2015.

Szczerze mówiąc tym razem nie planowałam iść na "Cyganerię". W przeciwieństwie do wielu osób, nie jestem fanką tej produkcji Zeffirellego. Uważam, że wizualnie jest zbyt ciemna. Irytuje mnie też "dziwaczne" zachowanie Musetty całującej nieznajomego – kłóci się  z udręką Mimi i Rodolfa  (akt II). Również zbyt tłoczno jest w kawiarni, gdzie często  soliści gubią się w tłumie. Bogu dzięki za Musettę i jej czerwoną sukienkę!

Ale jak tu nie pójść i nie usłyszeć na żywo Kristine Opolais i Mariusza Kwietnia? (Byłam zaproszona za kulisy 19.1 - dzięki, Berto!). To byłaby dla mnie ogromna strata... Tak więc po raz pierwszy poszłam 15-tego, potem znowu 19-tego, a wreszcie słuchałam w domu popołudniowe przedstawienie bezpośrednio transmitowane z Metropolitan Opery, 24 stycznia 2015.

Wśród solistów, bez wątpienia, polski baryton Mariusz Kwiecień był gwiazdą wszystkich trzech występów! Zazdrosny, porywczy, męski i szalony z miłości, gdy kłóci się zaciekle z Musettą w pierwszym i drugim akcie. Puszy się, wymądrza, grozi, jest skory do bójki. A przy tym wszystkim pokazuje swoją liryczną naturę w trzecim akcie w  duecie z Rodolfo "O Mimi tu più non torni". Wokalnie Mariusz Kwiecień był w szczytowej formie. Jako Marcello był nie tylko bardzo dobry, a wręcz po prostu fenomenalny! Cieszmy się, że nie zamierza rezygnować z tej roli w przyszłości. (Mam nadzieję usłyszeć go ponownie 7 marca, w wersji koncertowej "Króla Rogera" Karola Szymanowskiego z The Boston Symphony Orchestra, której dyrektorem muzycznym jest mąż Kristine Opolaise, Andris Nelsons).

Kristine Opolais powróciła jako Mimi w "Cyganerii". Po występie w kwietniu 2014 przeszła do historii w Metropolitan Opera, debiutując w dwóch rolach w ciągu 18 godzin. Dała zaplanowany występ w "Madame Butterfly" a następnego dnia śpiewała w "Cyganerii". No i dodatkowe wyzwanie dla niej ....występ był nadawany w HD do kin na całym świecie. Słuchacze byli pod wrażeniem Opolais, jej występ zdobył uznanie krytyków.

W pierwszą noc w niektórych momentach jej śpiew był niepewny, pozbawiony koloru, jakby martwy i bez życia. Potem Opolais wyjaśniła, że jej Mimi, wie, że umiera. Przypominała mi ducha. Myślę, że jej skłonność do ostrych brzmień tego wieczoru była wynikiem próby zmierzeniem się z brakiem wrażliwości dyrygenta, który zmuszał śpiewaków do czegoś w rodzaju „rajdu” z orkiestrą (co,  dodam, z powodzeniem ignorował Borras). Była wspaniała w ostatnim akcie, jej interpretacja wstrząsająca a chemia między dwojgiem kochanków oczywista. Wszystko tonęło w ogromnym smutku!

Mariusz Kwiecien as Marcello in Puccini's "La Bohème" photo (c): Marty Sohl / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
 Kliknij, aby powiększyć / click to magnify

W roli  ukochanego Mimi - Rodolfa – wystąpił  francuski tenor Jean-François Borras. Ma piękny głos, ale brakowało mu wysokich nut, szczególnie w pierwszym akcie 15 stycznia. Doszedł do siebie ładnie pod koniec wieczoru. Jego duet z Marcello w Akcie III "O Mimi, tu piu non torni" był jedną z najważniejszych chwil tego przedstawienia. Stawał się coraz lepszy i mocniejszy  z  każdym występem.

Łotewska sopranistka Marina Rebeka zachwyciła mnie jako w Musetta! Rebeka kontrolowała zbyt tłoczoną scenę w Café Momus, błyszczała w znanym walcu "Quando men vo". Jej  swarliwy związek z Marcello  prezentował się w całej krasie  pod karczmą na Place d'Enfer (Marcello nazywa ją „strega"!) – bawili  nas mocno oboje. Cieszymy się, gdy widzimy, że „zawierają pokój” na końcu, wiedząc jednocześnie, że ich relacja zawsze będzie burzliwa.

Alessio Arduini (Schaunard) i David Soar (Colline) dali więcej niż wiarygodny wokalnie występ, często konkurując z dyrygentem,  który próbował „zatopić” ich  niektóre kwestie; byli uroczy podczas wybryków, zarówno w ich studio na poddaszu, jak i  w Cafe Momus.

Te uwagi odnoszą się głównie do przedstawienia 15 stycznia. Długa, niezaplanowana  przerwa wywarła wpływ na nastrój tego wieczoru  i bez wątpienia  podziałała na występ śpiewaków. To był długi wieczór. Dużo lepiej było za drugim razem.  Mariusz Kwiecień znowu wywoływał efekt „wow”, tak jak i Marina Rebeka.  Opolais i Borras byli świetni razem i  sprawiali, że  płakaliśmy nieodmiennie ... podczas trzech występów Myślę, że sobotnia popoludniowa transmisja była najlepsza. Mogliście to Państwo ocenić sami  ....
 

Dwa w jednym ...

Wersja angielska
gb big
Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Anna Netrebko as the title character in Tchaikovsky's Iolanta. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / click to magnify
Gabriela Harvey

Dwie historie, dwie kobiety: jedna rodzi się niewidoma, druga jest ślepa z miłości. Pozornie niezwiązane ... ale to, co je łączy to ich obsesyjny związek z dominującym mężczyzną. Czy Treliński idzie tak daleko, by sugerować, że Judyta to  dorosłą Jolanta? Chyba tak...

W interpretacji Trelińskiego dwie opery przedstawiają (prawdopodobnie) różne etapy w życiu jednej kobiety. Jolanta wyłania się z ciemności fizycznej i pozornej niewinności do "światła i miłości"; Judyta zostawia wszystko, co zna  i rzuca się z powrotem w "ciemności" z powodu  miłości, która ją zaślepia. Czy to może być starsza, pozbawiona złudzeń Jolanta?

Jolantę poznajemy w otoczeniu opiekunów, jakby "uwięzioną" w  złotej  klatce”-  w białym pokoju z głowami upolowanych jeleni. Czy faktycznie tak dobrze troszczą się o nią? A może jest więźniem Ojca, który obsesyjnie nie chce pogodzić się z Jej ślepotą?

Mam wielu przyjaciół, którzy są  pod wrażeniem poetyckiej Jolanty Anny Netrebko z Baden Baden z 2009 roku. To jednak było przed jej Lady Makbet. Teraz to  dojrzała kobieta, z silnym głosem, wznoszącym się powyżej melodii. Trudno jest wyobrazić ją sobie jako wrażliwą,  niewidomą kobietę, o której myślał Czajkowski. Ale czekajcie ... na ratunek zjawia się Vaudémont (i to na więcej niż jeden sposób...). To jest przedstawienie Piotra Beczały!  Uchwycił świetnie ten moment i pozostałe! Historia ożywa, gdy rycerz spotyka się z Jolantą. Jedwabisty śpiew  Piotra Beczały współgra z  piękną, liryczną i romantyczną muzyką Czajkowskiego. Piękny był też duet Jolanty i Vaudémonta. „Tvoyo malchanye neponyatno”  („Nie rozumiem twojego milczenia”).

W tym miejscu wiem, że powinnam powiedzieć coś o błyskotliwości Valerego  Gergieva jako dyrygenta. Szanuję Jego talent i mistrzostwo..., ale nie jestem fanką ... być może kiedyś ujrzy "światło" i stanie po właściwej  stronie historii.

Był też baryton Aleksiej Markow jako książę Robert, mężczyzna, któremu przeznaczono Jolantę, ale on  jest teraz  zakochany w innej; bas Ilya Bannik jako Król René, surowy ojciec Jolanty,  baryton Elchin Azizov, jako tajemniczy mauretańskim Doctor i wielu innych, bardzo dobrych,  ale ... wybaczcie mi ...  zostali przyćmieni przez doskonałego Piotra Beczałę.

Wiele elementów inscenizacyjnych „Jolanty” pojawia się ponownie w "Zamku Sinobrodego". Jest to niezbędne do interpretacji Trelińskiego i wiąże dwie historie. Kostropate kołyszące się   drzewa z obnażonymi  korzeniami, głowy jelenia ozdabiające jeden z pokoi w obu operach.

Nadja Michael as Judith in Bartók's Bluebeard's Castle. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / click to magnify

Mariusz Terlinski zamienia Metropolitan Opera w „Zamek Sinobrodego" przez umieszczenie głośników w całym pomieszczeniu. Skrzypiące dźwięki, szmery, wszystko tworzy poczucie fatum i obfituje seksualnym napięciem. Przyjmując opaskę Judith podporządkowuje się  mężowi i pomimo tego, że on stara się ją odwieść od tego, nalega, by dał jej na klucze, które otwierają wszystkie siedmioro drzwi. Jej obsesyjna miłość prowadzi nas przez wszystkie pokoje. Bardzo podobała mi się scena w skarbcu (tutaj luksusowej łazience), gdzie Nadja Michael prawie naga podziwia biżuterię, ale cofa się z przerażeniem, kiedy odkrywa, że jest zalana krwią. Jej umiejętności aktorskie i wokalne są tutaj oczywiste. Ma wyraźny, mocny  głos. Głosem tym była w stanie wyrazić różnorodne emocje postaci Judyty- miłość, nienawiść, ciekawość, rezygnacja. Podobnie jak  wcześniej Piotr Beczała, Nadja Michael skradła przedstawienie. No i nie przeszkadza, że  jest piękna. Scena w łazience z  płaczącymi ścianami i  Michael w pozycji embrionalnej jest przerażająca. Michaił Petrenko, często poza sceną,  jako Sinobrody  z  chropowatym głosem (może tylko tej nocy?), był dobry, jednak stanowił tło dla przeżyć Judyty. To co pamiętam z jego partii to "Judyto,  pocałuj mnie ...", "Judyto, nie otwieraj drzwi...".

Bardzo podoba mi się ta mieszanina kina, wideo, efektów scenicznych,  tradycji  i nowoczesności, piękny śpiew. Muszę pochwalić ładne niebieskie sukienki. Jolanta ma słodką sukienkę z lat 50-tych. Sukienka  Judyty  jest wyrafinowana, seksowna ... Powinno wszystko zagrać bardzo dobrze podczas transmisji HD.

No i znowu wypadałoby coś powiedzieć na temat prowadzenia orkiestry przez  Gergieva, ale nie mogę zbyt wiele. Byłam zafascynowana Nadją Michael, działała na mnie scenografia, dźwięki. Czy to ze względu na emocje, złe przeczucia? A może  horror na scenie  nie miał odzwierciedlenia  w jego prowadzeniu  orkiestry ... może  przyćmił go blask reżysera i fascynujący występ Nadji MichaeI? Następnym razem, w sobotę, skupię się na muzyce (w końcu to Béla Bartók!) ...

Mariusz Treliński o "Jolancie" Czajkowskiego i "Zamku Sinobrodego" Bartóka w Metropolitan Opera

Mariusz Treliński i Roman Markowicz zdjęcie (c) archiwum prywatne Romana Markowicza
Mariusz Treliński i Roman Markowicz
zdjęcie (c) archiwum prywatne Romana Markowicza
kliknij, aby powiększyć...

Mariusz Treliński stał się obecnie jednym z najbardziej znanych i cenionych reżyserów operowych Europy. W Warszawie, w Teatrze Wielkim Operze Narodowej jest dyrektorem artystycznym.

W styczniu 2015 roku nowojorska Metropolitan Opera przygotowała premierę dwóch oper w reżyserii Trelińskiego. Przy okazji przygotowań do premierowego przedstawienia miałem okazję posłuchać, co pan Mariusz, który wraz z całą polską kadrą przybył do Nowego Jorku aby przygotować „Jolantę” Piotra Czajkowskiego oraz „Zamek Sinobrodego” Béli Bartóka, ma do powiedzenia na ten temat. Jest to pierwszy raz, kiedy opera Czajkowskiego wystawiana jest przez Met Opera; jest to również pierwszy raz, gdy produkcja tych oper przybywa z Warszawy, co jest kolosalnym sukcesem polskiej kultury.

O swojej pracy nad operą, a w szczególności nad operami prezentowanymi w Metropolitan Opera opowiada w szczególny dla siebie sposób: mówi bardzo prędko, mówi z dość rozbrajającym podnieceniem dziecka, mówi nie zdaniami, co całymi dość długimi akapitami, posiadając bez wątpienia przemyślane idee, nie mając zwątpień. Nie było w naszej rozmowie zbyt wiele miejsca na dyskusję, choć wiele z argumentów Mariusza Trelińskiego aż prosiło się o skomentowanie czy skontrowanie. Zadecydowałem więc opublikować niektóre z jego wypowiedzi, zaznaczając jedynie o czym dany fragment traktuje. Rozmowa zaoferowała fascynujące spojrzenie w „artystyczną duszę” wielkiego reżysera i jego szczególną wrażliwość, niestety, miała miejsce w dniu próby generalnej, kiedy wiadomym było, że panuje podniecenie, rozgardiasz, dopracowywanie ostatnich detali i że wszyscy będą reżysera przedstawienia „ciągnąć za rękaw”. Tak więc czas przeznaczony na rozmowę został dość drastycznie skrócony i wywiad urywa się bez ostatnich pytań.

   …o obecnej produkcji i jak się ona różni od poprzednich, które miały miejsce w Warszawie, St.Petersburgu, i Baden-Baden…

   Mariusz Treliński: Ta produkcja dwóch oper była już zamierzona jako co-produkcja z Metropolitan Opera. Nawet jeśli chodzi o same parametry scenografii, to różnice były znikome. Zmiany są raczej subtelne, duchowe. Miałem na przykład na początku kłopot, kiedy dowiedziałem się, że w Nowym Jorku partię Sinobrodego będzie śpiewać Misza Petrenko, który mi jakoś nie pasował. Ja sobie wyobraziłem postać Sinobrodego jako kogoś w rodzaju Jeremy Irons. Potem jednak cztery tygodnie intensywnych prób i Petrenko zbudował inny sposób poruszania się, inny układ kręgosłupa i wykreował w ten sposób znacznie bardziej wyrafinowaną postać.

     Sama praca w Metropolitan Opera: chcemy dać z siebie wszystko, chcemy być sobą, abyśmy robili rzecz uczciwą, chcemy aby było najlepiej.

Mariusz Treliński: Podstawową różnicą wydaje się amerykańska publiczność, odmienna od polskiej. My jesteśmy trochę rozpieszczeni, bo Polacy są szalenie wrażliwi, wyczuleni na teatr. Myśmy byli uprzywilejowani mając Kantora, Grotowskiego, Warlikowskiego, a wiec wielkie tradycje teatralne, także rewolucję teatralną. Publiczność warszawska nie jest więc tylko publicznością, która do opery przychodzi, aby tylko posłuchać głosu, choć to jest oczywiste, ale oni w operze czegoś innego szukają, czegoś innego się domagają. Publiczność w MET jest bardziej tradycyjną, choć Gergiev (znany dyrygent, szef Teatru Marińskiego w St.Petersburgu i częsty gość Metropolitan Opera przyp. Roman Markowicz) powoli wprowadzał i tu rewolucję. Jeśli zaś chodzi o samą pracę z amerykańską kadrą sceniczną, to tutaj panuje większy stres, ponieważ pracuje się szybciej i inaczej niż w Teatrze Wielkim. Tutaj, co znajduję bardzo destrukcyjnym, rozmontowuje się dekoracje po każdej próbie, ponieważ wieczorem odbywa się już inny spektakl.

   …o dwudziesto letniej współpracy ze scenografem Borysem Kudliczką, autorem również scenografii Jolanty i Sinobrodego…

Mariusz Treliński: jest to swoisty kontrapunkt: mamy wspólne wizje, ale inne metody osiągania rezultatów. Obaj jesteśmy „dziećmi” Andrzeja Kreutza Majewskiego, jednego z największych polskich scenografów. Jesteśmy jego wychowankami i bardzo wiele mu zawdzięczamy. I nasza wizja opery jest bardziej wizją psychologii, niż realiów. Mnie interesuje malowanie pejzażu wewnętrznego, dlatego też dla mnie scenografia nie jest opisem realiów, które otaczają postać, ale opisem jej stanu duchowego. I to jest dla nas kluczowe, i tego z Borysem zawsze szukaliśmy, tych rzeczy nienazwanych. I tutaj dla nas wyzwaniem był świat Bartóka, dlatego, że Béla Bartók w swoim prologu opisał wizję opery, która jest czymś niemożliwym do spełnienia. W 1918 roku, on zaprasza widza do uczestnictwa w czymś takim, gdzie mówi: ”Spójrzcie na scenę: Czy to jest scena, czy to jest wasza dusza? Widzicie kurtynę, ale czy to jest kurtyna, czy kurtyna waszych rzęs? Czy to, co widzicie jest naprawdę, czy to tylko wasza projekcja?". I to jest opowieść o spektaklu, który zaciera różnice granic, który całkowicie zaciera różnice pomiędzy widownią a sceną, który ma coś z kina, bo podczas seansu filmowego często zapominamy, gdzie jesteśmy. Sinobrody jest dotąd najsilniejszym owocem naszej współpracy, najistotniejszym dokonaniem, z którego jesteśmy najbardziej zadowoleni, w pójściu w stronę nieokreśloności. Bartók jako bohaterów swojej opery wymienia nie tylko Judytę i Sinobrodego, ale i sam zamek. Otóż dla nas jest to jakaś trzecia siła, coś w rodzaju freudowskiego libido, coś w rodzaju tego, co wydarza się pomiędzy parą ludzi, w momencie konfliktu, miłości, pasji, destrukcji. Teraz, ta siła jest żywa, zmienna: Bartók i autor libretta Bela Balazs w partyturze zaznaczają: "zamek westchnął”, "zamek drży”, ale co to oznacza? Co trzeba by zbudować na scenie, aby coś takiego zobrazować? A wiec życzeniem Bartóka było przekroczenie granic opery, zbudowanie widowiska całkowicie nowoczesnego. Myśmy umieścili obydwie produkcje w lesie, bo dla mnie las jest symbolem podświadomości, w obu produkcjach w tym świecie dzieją się historie. Najpierw mamy domek Jolanty, który ma przejrzyste ściany, potem pojawiają się kontury zamku, które najpierw są szalenie konkretne, ale potem się rozmywają i w ostatniej scenie możemy zapytać, czy ten zamek był, czy go może nie było, czy może to wszystko działo się w lesie, może tej historii w ogóle nie było. I to jest moja odpowiedź na pytanie kim jest Borys, dlatego, że my szukamy takiego świata, świata który jest przekroczeniem rzeczywistości, coś z poezji, coś z nieokreśloności. I to jest nasz wspólny cel, chociaż jesteśmy od siebie odmienni: Borys jest precyzyjny, dokładny, matematyczny w podejściu, ja jestem bardziej chaotyczny i niepokojąco zmienny. I teraz te dwie siły nawzajem gdzieś się kontrują, doskonale się nam razem pracuje i nie widzę powodu, aby zmieniać scenografa po blisko dwudziestu latach współpracy nie tylko w operze, ale i filmie.

  …o procesie kreacji nowych projektów reżyserskich i wizji, jaka temu towarzyszy…

Mariusz Treliński: Zazwyczaj zaszywam się w jakimś rezerwacie ciszy (mam taki jeden na północy Polski), gdzie w całkowitym odosobnieniu, w lesie, słucham nagrania dziesiątki, może setki razy, uczę się tego prawie na pamięć i wtedy podczas tych seansów pojawia się wizja mojej opery. Ale nie zawsze pierwsze spojrzenie, ta pierwsza prawda jest prawdą właściwą.  Czasami potrzeba dokopać się głębiej, dokopać do wnętrza, aby lepiej zrozumieć, o co tu chodzi.

W przypadku „Jolanty”  ta pierwsza prawda jest o słodyczy, słodyczy , która jest podejrzana, kiedy Jolanta, (bohaterka opery, od urodzenia niewidoma królewna) zapytuje „ po co mi są oczy? po to, aby płakać?” . I kiedy docierałem głębiej odkrywałem opowieść o szalenie biednej, skrzywdzonej istocie, trzymanej z dala od społeczeństwa , bo jest inna. Tylko że jej ślepota nie jest jedynie kalectwem, ale jest też darem, bo ludzie, którzy nie widzą, mają czasem zdolności profetyczne, widzą więcej oczyma duszy i być może ich świat jest piękniejszy. I w moim zrozumieniu Jolanta jest „alter ego” samego Czajkowskiego, który jako homoseksualista (o czym oficjalnie zaczęło się mówić i co zostało dopiero zaakceptowane nie tak dawno temu, przyp. Roman Markowicz) też czuł, że stoi gdzieś na uboczu. Więc dostrzegam tam ambiwalencję: niby opera kończy się udaną operacją, Jolanta i jej ukochany Vaudemont stają się małżeństwem, ale z odzyskaniem wzroku wiąże się też utrata czegoś innego, czegoś, co było większe niż my sami…

Wydaje mi się ciekawe połączenie postaci Jolanty z bohaterką opery Bartóka Judytą. Opera Czajkowskiego ma „happy end”, po tym jak jej bohaterka wyrasta w odosobnieniu, ma zaborczego ojca, trzymającego ją z dala od ludzi, czuje zapach krwi, kiedy ojciec powraca z polowań, ale na koniec pojawia się książę , jest miłość i małżeństwo… U Judyty mamy sytuacje regresu i ucieczkę od wolności. Judyta , z opery Bartóka, zaczyna od pozostawienia męża, dostatku i pojawia się przed Sinobrodym wiedząc, że o nim „chodzą słuchy”. I tutaj  symbolicznie zakłada ona opaskę na oczy, aby wejść w ciemność. Dla mnie te dwie opery stają się jedną opowieścią o dwóch fazach życia kobiety i opowieścią o tym, że my nie potrafimy się pozbyć traumy naszego dzieciństwa, że nie jest możliwa ucieczka, że te „demony” za nami pójdą, zawołają nas i raz jeszcze wrócimy w ciemność. To jest gorzka przypowieść, ale wydaje mi się, że to połączenie oper daje mi jakąś podwójną wartość: że one, jak lustro na siebie oddziałują i odbijają się w sobie. Że ten podejrzanie słodki finał Jolanty w kontekście Sinobrodego ma większy sens.

Czytaj więcej: Mariusz Treliński o "Jolancie" Czajkowskiego i "Zamku...

"Jolanta / Zamek Sinobrodego" w MET, czyli Polska nareszcie brana na poważnie - część pierwsza

Autor: Roman Markowicz

pianista, publicysta muzyczny i recenzent prasy polonijnej w Nowym Jorku (Przeglad Polski, Nowy Dziennik, KurierPlus, kurierplus.com), którego reportaże z Nowego Jorku ukazywały się od 1989 także w krajowych publikacjach takich jak Ruch Muzyczny, Midrasz i blog kamerton.net.

Anna Netrebko in the title role of Tchaikovsky's Iolanta. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / click to magnify
Roman Markowicz

Jednym z najbardziej oczekiwanych spektakli sezonu 2014-15 w Metropolitan Opera była premiera „dyptyku”, na który składały się jednoaktowe opery Czajkowskiego i Bartóka. Pierwszą z nich, "Jolantę" wystawiono na deskach tego teatru po raz pierwszy. "Zamek Sinobrodego" wystawiany był uprzednio, choć na deski Metropolitan Opera nie trafia często. Dla polskiej kultury było to wyjątkowe wydarzenie, jako że spektakl ów był po raz pierwszy w historii ko-produkcją Teatru Wielkiego Opery Narodowej z Warszawy i nowojorskiej MET. Na mapie tej największej być może opery na świecie, Polska zaczęła być więc postrzegana nie tylko jako kraj, z którego przybywali na scenę tego teatru tacy artyści jak Podleś, Kwiecień, Beczała, Kurzak, a wcześniej też Żylis Gara czy Toczyska, ale potencjalny partner w kreacji kolejnych przedstawień.

Autorem przybyłej z Warszawy produkcji był znany reżyser Mariusz Treliński, obecny dyrektor artystyczny TWON: do Nowego Jorku przywiózł cały zespół, z pomocą którego przeniósł warszawskie przedstawienie na deski MET. Byli to więc: scenarzysta Borys Kudlička, od blisko 20 lat najbliższy współpracownik reżysera, dramaturg Piotr Gruszczyński, Marek Adamski, kreator kostiumów, choreograf Tomasz Wygoda, oraz Bartek Macias, autor niezmiernie ważnych w tej inscenizacji efektów video.

Nadja Michael as Judith and Mikhail Petrenko as Bluebeard in Bartók's Bluebeard's Castle. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / click to magnify

Mimo, że w Metropolitan Opera obsada obu oper była niemal całkowicie rosyjsko-języczna, to główną rolę męską w "Jolancie" zaśpiewał nasz największy obecnie tenor Piotr Beczała. On też zdobył być może największy aplauz lokalnych i poza-nowojorskich krytyków, którzy nie szczędzili mu komplementów za żarliwą i wokalnie doskonałą interpretację Vauldemonta w "Jolancie". „Światowej klasy śpiewanie” to tylko jeden przykład z licznych komplementów. Obydwoma przedstawieniami dyrygował Valery Gergiev, szef słynnego teatru Marińskiego w St.Petersburgu i jeden z częstych gości nowojorskiej opery. Byłem zaskoczony, że ten wyrosły na rosyjskim repertuarze kapelmistrz, który od lat repertuar ów przy wielu okazjach prezentuje w Ameryce, wydawał się mniej efektowny, czasami wręcz niezaangażowany w kompozycji Czajkowskiego, natomiast znacznie ciekawiej poprowadził wspaniałą orkiestrę MET w kompozycji Bartóka: a może to tylko dlatego, że "Sinobrody" jest po prostu o wiele bardziej intrygującą partyturą?

Anna Netrebko, której obecność w obsadzie potrafiłaby dziś "rozprzedać" jakikolwiek przedstawienie operowe, śpiewała główną rolę w "Jolancie". To nie była ta sama lwica, czy opętana rządzą zemsty Lady Macbeth, sprzed kilku miesięcy, gdyż rola Jolanty nie pozwala na podobne sceniczne zaangażowanie. Jej forma wokalna podczas po-premierowego przedstawienia wydawała się niemal nienaganna a jej głos miał wystarczającą siłę: być może w najwyższym rejestrze dały się zauważyć momenty forsowania, ale były one nieliczne. Aktorsko Netrebko jest instynktowną artystką i jej portret niewidomej dziewczyny był ujmujący.

Z obsady warszawskiego spektaklu pozostała jedynie niemiecka śpiewaczka Nadja Michael w roli Judyty w "Sinobrodym": ona, wokalnie i aktorsko, pozostała prawdziwą bohaterką nie tylko "Sinobrodego", ale całego spektaklu. W ciekawie zarysowaną postać, brutalnego i tragicznego księcia Sinobrodego wcielił się Michail Petrenko, rosyjski bas, którego partia wokalna nie jest aż tak silnie wyeksponowana jak jego partnerki.

Piotr Beczala as Vaudémont and Anna Netrebko as the title character in Tchaikovsky's Iolanta. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / click to magnify

Poza przyrzeczonym Jolancie w dzieciństwie księciem Robertem, którego śpiewał doskonały baryton Aleksej Markov, pomniejsze role w "Jolancie" były nieco problematyczne i najwyżej adekwatnie zaśpiewane. W roli Króla Rene, Aleksjeja Janowickiego zastąpił słaby wokalnie Ilja Bannik. Elczin Azimov, jako mauretański lekarz (Ibn-Hakim), czy Matt Boechler (jako leśniczy Bertrand), spełnili swoje zadanie przyzwoicie: ich głosy jednak ani nie zapadły w pamięć, ani nie były dobrze słyszalne. Wrażenia te mogą okazać się zupełnie inne podczas oglądania transmisji w HD.

O ile w "Sinobrodym" chór w ogóle nie występuje, to w operze Czajkowskiego jego rola jest bardzo ograniczona. Było ciekawym pomysłem, aby w pierwszej części chórzystki akompaniujące towarzyszkom bohaterki, umieścić w kanale orkiestrowym. W ostatniej scenie weselnej, na kilka chwil, cały chór pokazuje się na scenie: przypuszczam, że gdyby nie wymagania związków zawodowych, można byłoby tego uniknąć. Jak zauważyła towarzysząca mi osoba, nigdy jeszcze nie widziała tylu kelnerów i kelnerek na raz. Ale o kostiumach za moment.

Wydaje mi się interesującym, w jaki sposób polska produkcja dotarła na scenę Metropolitan Opera. Jak powszechnie wiadomo, dyrektor METu Peter Gelb był pod dużym wrażeniem, kiedy zobaczył ten spektakl w Baden-Baden (video również z udziałem Anny Netrebko dostępne jest na Youtube): wówczas zaproponował Trelińskiemu współpracę. Mniej rozpowszechnioną informacją, dostępną mi z lokalnych rosyjskich źródeł (posiadają nieco lepszy dostęp do rosyjskiego maestro), jest to, że Gergiev zapytany przez Gelba, jaki repertuar chciałby poprowadzić w sezonie 2014-15 zaproponował właśnie to przedstawienie, które jako "Jolanta/Aleko" (wczesna jednoaktowa opera Rachmaninowa) było początkowo ko-produkcją z jego własnym teatrem. Ta kombinacja, jak wielokrotnie wyjaśniał dyrektor Treliński, nie zdała egzaminu i wtedy pojawiła się właśnie idea, aby do "Jolanty" dołączyć "Zamek Sinobrodego", operę Bartóka, którą Treliński od dawna pragnął zrealizować. Nie jest więc wykluczone, że mamy trochę do zawdzięczenia rosyjskiemu dyrygentowi, który jest niestety od jakiegoś czasu zawikłany w polityczne powiązania z Putinem. Jego występom, nie tylko zresztą w Nowym Jorku, towarzyszą na co dzień protesty i demonstracje. Tak też się przydarzyło podczas premierowego przedstawienia, kiedy na scenę dostał się jakiś demonstrant (okazuje się znany już ze swej „działalności”) i podczas finałowych ukłonów, gdy cały zespół przyjmował oklaski publiczności, rozwinął transparent z fotografiami Gergieva, Netrebko, Putina i Hitlera. Niestety, jak już dawno temu zauważyłem, nie zawsze jest łatwo odseparować politykę od kultury. I nie wydaje się, że na jakiś czas przynajmniej, stanie się to łatwiejszym.

Czytaj więcej: "Jolanta / Zamek Sinobrodego" w MET, czyli Polska...

"Jolanta / Zamek Sinobrodego" w MET, czyli Polska nareszcie brana na poważnie - częśc druga

Autor: Roman Markowicz

pianista, publicysta muzyczny i recenzent prasy polonijnej w Nowym Jorku (Przeglad Polski, Nowy Dziennik, KurierPlus, kurierplus.com), którego reportaże z Nowego Jorku ukazywały się od 1989 także w krajowych publikacjach takich jak Ruch Muzyczny, Midrasz i blog kamerton.net.

Nadja Michael as Judith and Mikhail Petrenko as Bluebeard in Bartók's Bluebeard's Castle. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / click to magnify
Roman Markowicz

Mariusz Treliński w swoim artystycznym manifeście deklaruje tradycyjną operę za sztukę muzealną, a jej zbawienie widzi w uwspółcześnieniu, unowocześnieniu przedstawień właśnie przy pomocy video, czy innych współczesnych rozwiązań estetycznych.

Nie ulega wątpliwości, że "Sinobrody" znacznie łatwiej poddaje się unowocześnieniu, jako że tematyka tego dramatu jest ponadczasowa. W "Jolancie" miałem sporo chwil, które dla własnego użytku nazywam „znakami zapytania”: te znaki zapytania nie odnoszą się wyłącznie do mojego własnego brak zrozumienia, ale braku odnalezienia sensu w reżyserii, scenografii i szczególnie kostiumach. Te ostatnie, jak całość scenografii są połączeniem czerni i bieli. Służebne Jolanty i jej opiekunka Marta - niemal dosłowny powrót do Oniegina - wyglądają na zatrudnione w jakimś eleganckim hotelu. Mąż Marty, leśniczy-drwal, który swojej siekiery nie zapomniał nawet podczas sceny ślubu (czy znowu jakiś niezrozumiany przeze mnie symbolizm?) mógłby z powodzeniem pojawić się w "Aleksandrze Newskim" Eisensteina, którego akcja jak może pamiętamy, toczy się we wczesnym średniowieczu. Zwiastun króla, karykaturalna zresztą postać Almerika, w swojej pilotce i goglach, przypomina filmy z lat 30-ch. Kostium Króla Rene, czego nie zamierzał chyba Marek Adamski, przywodził mi na myśl ukraińskich czarnych policjantów, tak pamiętnych z filmu „W ciemności” Agnieszki Holland. Mauretański doktor Ibn-Hakim mógłby pojawić się jako diakon w jakiejkolwiek „prawosławnej” scenie z filmu lub opery. No i na koniec dwójka, Robert i Vaudemont; w pierwszej scenie Jolanta prosi swoje druhny o przyniesienie jej świeżch kwiatów i śpiewa o wiośnie. Kiedy więc nieco później tego samego dnia pojawia się dwójka zagubionych w lesie, Vaudemont i Robert, z nartami i w muszkach, widz ma prawo spytać, czy wszystko tu w porządku, czy też reżyser sobie z nas żartuje. Muszkę nosi zresztą wspomniany awiator Almerik. Czy więc muszki i narty są symbolizmem, którego jedynie ja nie rozumiem?

Można zapytać także dlaczego, kiedy następuje zapowiadana wizyta króla i przyprowadzonego przez niego słynnego lekarza-uzdrowiciela, król pojawia się z zabitą sarną? Groteskowe podrzynanie gardła zabitemu już zwierzęciu można by sobie również podarować.

A scene from Tchaikovsky's Iolanta. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Mikhail Petrenko as Bluebeard and Nadja Michael as Judith in Bartók's Bluebeard's Castle. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
A scene from Tchaikovsky's Iolanta. Photo: Marty Sohl/Metropolitan Opera
Kliknij aby powiększyć / click to magnify

Nie byłem przekonany rozmową króla i lekarza: jeśli miało to być w tajemnicy przed Jolantą, dlaczego rozmowa toczyła się praktycznie u jej wezgłowia? Każde z osobna, byłoby niedociągnięciem: wzięte razem budziły moją nieufność. Do tego wspomniana ostatnia scena weselna z chórem: czy naprawdę przyodzianie tłumu chórzystów w kostiumy kelnerskie, z obowiązkowymi białymi fartuchami, było najciekawszym rozwiązaniem Marka Adamskiego?

Poważnym reżyserskim niedociągnięciem było ustawienie śpiewaków zbyt głęboko na scenie: niewykluczone, że to właśnie powodowało problemy z ich wokalną projekcją: poza Beczałą, Markowem (Robert) i Netrebko, mało kto wybronił się z tej szczególnej scenografii.
"Sinobrody", wykonany był w oryginalnym języku węgierskim i na szczęście poprzedzony prologiem bajarza, co jest typową tradycją ludowych opowieści. Już we wstępie wprowadzeni jesteśmy w metafizyczny, super-naturalny nastrój, kiedy autor libretta Bela Balazs sugeruje nam, że mającą się podnieść za moment kurtyną są może tylko nasze rzęsy, a to, co zobaczymy wydarzyło się być może jedynie w naszej wyobraźni. Oryginalnie ani miejsce, w którym opera się odbywa, ani czas nie są w partyturze Bartóka przez autorów sugerowane: Treliński "Sinobrodego" przeniósł do teraźniejszości i to zdało egzamin. Książę i jego nowa małżonka pojawiają się na scenie wysiadając z samochodu, którego widzimy jedynie światła - jeden z takich czysto filmowych efektów. Potem już współczesne ubrania wieczorowe, wspomniany już szyb windy i inscenizacja wskazują na teraźniejszość. Komnata morderczych narzędzi staje się tam kuchnią ze starannie przyczepionymi do magnetycznej sztaby kuchennymi nożami wszelakiego rodzaju oraz kilkoma wysokiej klasy tasakami. W kontekście dochodzących do nas niemal codziennie ze świata islamskiego (o ile dziś bardziej zdegenerowanego niż w dawnych czasach, kiedy Ibn-Hakia, mauretański doktor, był w stanie przywrócić Jolancie wzrok) informacji o ścinaniu głowy jeńcom, owe kuchenne rekwizyty robiły podwójnie niepokojące wrażenie, być może niezamierzone nawet przez autora scenografii. Nie byłem w stanie domyśleć się symboliki parującej wanny w komnacie klejnotów, z której Judyta wychodzi - jej frontalne obnażenie trwa jedynie moment - śpiewając o tych skarbach, które jak wszystko inne w tym zamku, opływają krwią. Z "Jolanty", jak już zaznaczyłem, pojawia się powtórnie kilka rekwizytów (jelenie rogi, drzewa, róże z wazonu Jolanty), które widzowi przypominać mają o potencjalnym powiązaniu obu dzieł.

Czytaj więcej: "Jolanta / Zamek Sinobrodego" w MET, czyli Polska...

Wesoła wdówka w Metropolitan Opera

Wersja angielska
gb big
Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Nathan Gunn as Danilo, Renée Fleming as Hanna and Alek Shrader as Camille de Rosillon in Lehár's The Merry Widow photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kelli O'Hara as Valencienne and Alek Shrader as Camille de Rosillon in Lehár's The Merry Widow. photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kelli O'Hara as Valencienne with the Grisettes in Lehár's The Merry Widow photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / click to magnify
Gabriela Harvey

Wychowywałam się w miejscach, w których lokalne (prowincjonalne) teatry operowe były zdominowane przez repertuar operetkowy. Królowali tam Lehar, Offenbach, Strauss... Moje oczy wciąż robią się wilgotne, kiedy słucham Dein Ist Mein Ganzes Herz z Land des Lächeln Franza Lehára – był to ulubiony utwór mojej matki Niemki.

Wydaje mi się, że obecnie mamy do czynienia z renesansem tego gatunku, lub co najmniej z podjęciem próby wskrzeszenia operetki. Świadczy o tym miedzy innymi ukazanie się dwóch nowych konkurencyjnych nagrań płytowych Piotra Beczały i Jonasa Kaufmanna. Obaj artyści twierdzą, że mają wielki szacunek dla tego gatunku, który na pewno nie jest łatwy do wykonywania, chociaż często bywa określany jako "lekki". Operetka jest obecnie dość rzadko wystawiana zapewne również dlatego, że ukazuje  przestarzałe obyczaje społeczne, które nie do końca interesują współczesną publiczność.

"Die lustige Witwe” / „Wesoła wdówka" Franza Lehara w Metropolitan Opera House, (oglądałam przedstawienie w dniu 09 stycznia 2015 roku), to nowa produkcja w reżyserii i choreografii Susan Stroman (sławy Broadwayu), ze scenografią Juliana Croucha, kostiumami Williama Ivey Longa i oświetleniem Paula Constabla. Angielskie libretto opracował Jeremy Sams (och, jaka szkoda, że nie zachowano oryginalnej wersji niemieckiej!). Orkiestrą dyrygował Andrew Davis, a w obsadzie wystąpili: Renée Fleming (Hanna), Nathan Galwari Gunn (Danilo), Kelli O'Hara (Valencienne), Alek Shrader (Camille), Sir Thomas Allen (Baron Zeta) oraz Carson Elrod (Njegus).

Główną bohaterką jest tutaj atrakcyjna wdowa z bałkańskiego państwa Montenegro ... (ups ...Pontevedro!), obecnie mieszkająca w Paryżu, której mąż zostawił fortunę. Jej kraj jest bliski bankructwa. Urzędnicy ambasady Pontevedro w Paryżu chcieliby, aby Hanna poślubiła jednego z obywateli tego kraju, a tym samym uratowała swoją ojczyznę. Liczą na hrabiego Danilo jako najbardziej oczywistego konkurenta.

W poetykę operetki jest wpisane, że śpiewacy często na przemian wykonują partie śpiewane i mówione, koniecznym jest więc, by śpiew i głosy mówione były dobrze do siebie dopasowane. Wydawało mi się, zwłaszcza w pierwszym akcie, że nie udało się podołać temu wyzwaniu i śpiewacy nie dość swobodnie brzmieli, czy to śpiewając, czy mówiąc. Mimo, że w partiach mówionych zastosowano mikrofony, wiele słów umykało. Metropolitan Opera House jest po prostu za duża.

Renée Fleming dobrze pasowała do tej roli i przez cały wieczór prezentowała wysoką formę wokalną. "Viljo, o Viljo," - czuła, pełna zadumy pieśń o miłości, którą Hanna śpiewa na przyjęciu w ogrodzie, przypomniała mi “Rusałkę” ... Śpiewaczka wspaniale wyglądała w strojach z Belle Époque. Jej reakcje na błazeństwa Gunna były wiarygodne ..., a zauroczenie łobuzem w akcie drugim, kiedy Hanna i Danilo tańczą walca i nucą powtarzający się motyw "Wesołej Wdówki", naprawdę romantyczne. Baryton Thomas Allen wyróżniał się jako baron Mirko Zeta, poseł Pontevedro w Paryżu, nie mający pojęcia o fascynacji żony Valencienne Camillem. Kiedy mówimy o Valencienne .... gwiazda Broadwayu Kelly O'Hara, o której wiele mówiono i której występu wyczekiwano, stanęła na wysokości zadania śpiewając na scenie bez wzmocnienia głosu. Ona i tenor Alek Shrader, jako Camille, dodali wiele energii i “pieprzu” temu wieczorowi. Carlson Elrod jako Njegus, "człowiek na posyłki", asystent Danilo wniósł natomiast wiele komizmu.

Nie jestem wielką fanką Broadwayu, ale trzeba przyznać, że muzyczne numery, zarówno hałaśliwy, sugestywny kankan w Maximie, jak i folklorystyczne tańce bałkańskie na przyjęciu Hanny, były mistrzowsko wyreżyserowane i wykonane. Susan Stroman zabłysła tutaj niewątpliwie.

Tak więc biorąc pod uwagę wyzwania związane z produkcją, dałabym każdemu wykonawcy A za wysiłek; B- za pierwszy akt, B+ łącznie za drugi i trzeci; w sumie zaś mocne B za cały wieczór.

"Makbet", "Lady Makbet z mceńskiego powiatu" i "Śpiewacy norymberscy” - relacja z Metropolitan Opera

Wersja angielska Great Britain flag

 

Autorka: Gabriela Harvey
Tłumaczenie: Ewa
Anna Netrebko as Lady Macbeth and Željko Lučić in the title role of Verdi's Macbeth photo (c) Marty Sohl/Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify

Tej jesieni wiele napisano o "Lady Makbet z mceńskiego powiatu" Szostakowicza, a nawet jeszcze więcej o „Makbecie” Verdiego" z Anną Netrebko jako Lady Makbet. Oto garść moich wrażeń:

„Makbet”

Widziałam popołudniowe przedstawienie 11 października 2014 roku z Željko Lučićem w tytułowej roli i wspomnianą  już Anną Netrebko jako jego żoną. Dołączyli do nich: Joseph Calleja jako McDuff i Rene Pape jako Banko a wszystko pod batutą Fabio Luisiego w doskonałej produkcji Adriana Noble’a. Posępna scenografia Marka Thompsona, której ramę stanowiły sękate, jakby storturowane  drzewa, szybko wprowadziła nas w złowieszczy klimat tej mrocznej opery.

Nie było wątpliwości, kto był w centrum uwagi. Od chwili pojawienia się Anna Netrebko (w blond peruce, podobno jej pomysłu),  panowała nad sceną i nad widownią... Kiedy szła po szczycie wyspy utworzonej z krzeseł w scenie lunatykowania, była po prostu hipnotyzująca. Czarownice dodały grozy tej chwili. Dwuletnie przygotowanie Netrebko do roli opłaciło się. Jej głos brzmiał doskonale, ale tego popołudnia aktorstwo stanowiło również jej kartą przetargową!

Željko Lučić był perfekcyjny od początku do samego finału, pełen furii i zapału do walki. Konkurował z gwiazdorskimi umiejętnościami Netrebko i sam miał ich masę w zanadrzu. Naprawdę podoba mi się ten artysta!

Przejmujący lament po stracie rodziny "O figli o figli miei" został pięknie zaśpiewany przez tenora Josepha Calleję. Był w świetnej formie wokalnej przez cały wieczór, podobnie jak René Pape jako szlachetny Banko. Chór Met nie miał sobie równych. Muzyka pełna niepokoju, dramatu i brutalności wypełniania przestrzeń opery.

Niezapomniane popołudnie ...

A scene from Shostakovich's „Lady Macbeth of Mtsensk” photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify

"Lady Makbet z mceńskiego powiatu"

A teraz o drugiej Lady Makbet ... tym razem z Mceńska. Niespodziewany hit sezonu jak się wydaje. Oglądałam to przedstawienie 21 listopada 2014 roku z Evą-Marią Westbroek, Anatolijem Kotschergą jako jej ojcem, Frankiem van Akenem (prywatnie mężem pani Westbroek) jako Siergiejem i Oksaną Volkovą jako Sonyetką.

Ostrzegano nas, że "przedstawienie może zawierać strzały i efekty stroboskopowe", ale nie byliśmy ostrzeżeni przed dosadnym charakterem niektórych scen... To było niesamowite, jak bardzo muzyka Szostakowicza odzwierciedla fabułę, wszystko co tam jest... patos, erotyzm, przemoc, absurd ....Dyrygentem był James Colon. Świetny!

Współtworzyła to przedstawienie scenografia Grahama Vicka bazująca na jaskrawych kolorach i "kiczowatych” rekwizytach, a także kostiumach: przykładem może być kwiecista żółta suknia a la lata pięćdziesiąte Evy-Marii Westbroek lub stroje ślubne młodożeńców. Kto nie będzie pamiętał samochodu z lat 50-tych a w nim rozpadającego się ciała zamordowanego (przez nią ...) męża Kateriny?

Opera miała swoją premierę w 1934 roku w okresie panowania terroru Stalina i została zakazana przez niego dwa lata później. Jest to opowieść o Katerinie Isamailovej, nieszczęśliwej, żyjącej w związku małżeńskim z prostakiem, bezdzietnej i zupełnie znudzonej gospodyni domowej. Szybko, bo już w pierwszym akcie, zakochuje się w jednym z robotników męża, Siergieju i z tej namiętności wynikają dalsze perypetie. To co następuje jest naznaczone żądzą, przemocą, wulgarnością i bufonadą ... a kończy się wszystko mściwym utopieniem na drodze do gułagu na Syberii.

Eva Maria Westbroek była niesamowita jako Katerina. Wspaniały przykład jak można osiągnąć wokalne szczyty w pełnej wyzwań roli i jednocześnie doskonale podołać jej fizycznie. Brawo! Jako Siergiej Frank van Aken sprawnie sportretował żyjącego chwilą, bez względu na koszty, chama. Borys, nikczemny teść, pierwsza ofiara (trutka na szczury) Kateriny, był śpiewany przez basa Anatolija Kotscherga, który mistrzowsko pokazał wszystko, co było podłe w tej postaci. Michaił Koleshhvili trafnie oddał komediowe rysy postaci skorumpowanego, pijanego księdza. Oksana Volkova jak Sonyetka idealnie wcieliła się w rolę uwodzicielki Siergieja w aktcie IV. Fuj! Co za banda łotrów! I co za wspaniała obsada!

Na koniec rozległy się długie brawa, po wieczorze, po którym nie wszyscy byli pewni, czy im się podobał  (i czy aprobują to, co zobaczyli ...).

Święta Bożego Narodzenia 2014 za mną a Nowy Rok tuż tuż..., w nim zaś nadchodzi nowa produkcja "Wesołej wdówki" Lehara autorstwa Susan Stroman z Renée Fleming, potem Mariusz Kwiecień jako Marcello i Kristine Opolais jako Mimi w „Cyganerii" w reżyserii Zeffirellego. Luty przyniesie powrót ulubieńca wszystkich, Piotra Beczały, który wystąpi w „Jolancie”. Diana Damrau przybędzie do miasta zaraz po nim.

James Morris as Hans Sachs in Wagner's „Die Meistersinger von Nürnberg” photo (c) Ken Howard / Metropolitan Opera published by opera.info.pl by courtesy of the Metropolitan Opera
Kliknij, aby powiększyć / Click to magnify

"Śpiewacy norymberscy”

Na zakończenie cyklu o jesiennych przedstawieniach z MET, kilka luźnych impresji i wrażeń z 6 grudnia 2014 roku, kiedy to oglądałam wznowienie jednej z najstarszych produkcji (i podobno już ostatni raz pokazywanej), a mianowicie "Śpiewaków norymberskich” Richarda Wagnera, przygotowanej przez szacowny duet: Otto Schenk i Günther Schneider-Siemssen.

Z początku nie miałam zamiaru iść, ale mój mąż namówił mnie, żeby się wybrać. Wyjechaliśmy o godzinie 17:15 a wróciliśmy dobrze po 24:00. Podróż w obie strony zajęła 55 minut, były dwie czterdziestominutowe przerwy, a resztę czasu wypełniła muzyka!

Ci „Śpiewacy norymberscy” mieli naprawdę gwiazdorską obsadę: James Morris jako Hans Sachs, tenor Johan Botha jako Walther, Annette Dasch jako Eva, bas Hans-Peter König jako jej ojciec, Johannes Martin Kränzle jako Beckmesser, mezzosopran Karen Cargill, jako służąca Lena, (zakochana w Dawidzie!), i wielu,  wielu innych ...zbyt wielu, aby ich tu wymienić. Wszyscy  zasługują na brawa!

James Morris, bas-baryton, weteran, zbliża się do końca swojej kariery (najbardziej jest znany jako wagnerowski Wotan) i mówi się, że jest to prawdopodobnie jego ostatni występ w roli Hansa Sachsa. Sądząc po reakcji publiczności Morris był spektakularny. To czego brakowało w górnym rejestrze jego głosu, z łatwością rekompensował pewnością i głębokim zrozumieniem roli. Kolejne wiwaty odebrał nowy w MET Johannes Martin Kränzle, który był genialny jak Beckmesser! Prawie skradł show! Przezabawny! Annette Dasch jako Eva była idealna w roli ukochanej i córki, tak jak Hans-Peter König jako jej Ojciec. Tenor liryczny Paul Appleby, David, uczeń szewca, zdobył sobie uznanie publiczności w trakcie występu. Udowodnił, że posiada duże wyrobienie wokalne i rozwinięte umiejętności aktorskie. No i powinnam pochwalić Johana Bottę. Świetny śpiewak! Aria "Morgenlich leuchtend“ w jego wykonaniu była piękna. Natomiast wizualna strona prezentacji jego roli uniemożliwiała zaakceptowanie go jako atrakcyjnego konkurenta i natychmiastowego obiektu uczuć Ewy.

Wreszcie, co najważniejsze, należy się wielkie uznanie orkiestrze i chórowi Met! Byli wspaniali! Nie ulega wątpliwości, że w dużej mierze to zasługa mistrzostwa Jamesa Levine'a, jego zrozumienia i umiłowania tej partytury. Levine jest niesamowity! Czujemy, jak to dobrze mieć go znowu  z powrotem. Brawo Maestro!

Jestem szczęśliwa, że tam byłam.

Szczęśliwego Nowego Roku!  

Do zobaczenia w styczniu!

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)