opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Paryż

Rossini jak żywy

Autor: Jacek Kornak

gb big English version

 

L'Italienne à Alger photo (c) Opéra national de Paris / Elena Bauer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
L'Italienne à Alger Ildebrando d'Arcangelo (Mustafà), Nahuel di Pierro (Haly) photo (c) Opéra national de Paris / Christian Leiber published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Kliknij, aby powiększyć... /Click to magnify...
Jacek Kornak

Bel canto jest zapewne najbardziej wymagającym stylem wokalnym, łączącym barokową wirtuozerię z romantyczną ekspresją. Dobre wystawienie opery bel canta to rzadkość i obecnie na świecie jest garstka teatrów operowych, które są w stanie wystawić porządnego Rossiniego czy Donizettiego. Opera Paryska z pewnością należy do tej wąskiej grupy. To właśnie w Paryżu Rossini oraz Donizetti wystawiali na początku XIX wieku swoje opery i tutejsza opera do dziś kontynuuje swoje najlepsze tradycje.

Obecnie na deskach Paryskiej Opery Narodowej wystawiana jest “L'Italiana in Algeri”. Opera ta należy do gatunku dramma giocoso, to swoista operowa komedia z dramatycznymi momentami. “Włoszka w Algierze” miała swoją premierę w 1813 i jak głoszą plotki Rossini napisał ją w niespełna miesiąc. Obecnie “Włoszka w Algierze” jedynie sporadycznie pojawia się na afiszach teatrów operowych, zatem jako wielbiciel bel canta nie mogłem sobie odpuścić tej okazji i wybrałem się do Paryża na to przedstawienie.

Opera Garnier wystawia obecnie sprawdzoną produkcję Andreia Serbana pochodzącą z 1998 roku. Przez dogmatyków Serban uważany jest za reżysera kontrowersyjnego. Moim zdaniem to reżyser wybitny i bezsprzecznie udowadnia to we “Włoszce w Algierze”. Przede wszystkim, co w operze najważniejsze, reżyseria Serbana jest niezwykle muzyczna. To właśnie muzyka wyznacza tutaj ruch sceniczny, światła, kostiumy, a nawet interpretację dramaturgiczną.

Serban osadził “L'Italiana in Algeri” w czasach nam współczesnych w Arabskim kraju pod rządami dyktatora, najprawdopodobniej jest to Libia za Kadafiego. Reżyser bawi się w tej operze kliszami kulturowymi na temat Arabów oraz Włochów. Serban sprawia, że niemal od początku spektaklu aż do jego końca widownia nie przestaje się śmiać. Rewelacyjnie oddaje on komediowy nastrój muzyki Rossiniego, a zarazem potrafi przemycić polityczne przesłanie o potrzebie przełamywania stereotypów.

 

L'Italienne à Alger Varduhi Abrahamyan (Isabella)  photo (c) Opéra national de Paris / Christian Leiber published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
 Kliknij, aby powiększyć... /Click to magnify...

Włoski dyrygent Riccardo Frizza ma bel canto we krwi. Pod jego batutą orkiestra mieniła się od kolorów i rytmów. Frizza grał Rossiniego lekko, podkreślając charakterystyczne dla tego kompozytora crescenda. Obsadę otwierał Ildebrando D’Arcangelo. Myślę, że to wybitny śpiewak, szczególnie jeśli chodzi o bel canto. D’Arcangelo śpiewał bardzo naturalnie oraz był niezwykle sceniczny. Jednak myślę, że nie był on w swojej najlepszej formie, momentami zabrakło mi miękkości i ciepła w jego głosie, które możemy podziwiać na wielu jego nagraniach. Mimo to wykreował rolę Mustafy przekonująco i finezyjnie. Jako Elvira wystąpiła Jaël Azzaretti. Zaprezentowała niemal ikoniczne wykonanie tej roli. Bardzo teatralnie operował głosem Tassis Christoyannis, który wcielił się w postać Taddeo. Natomiast na szczególną uwagę zasługuje młoda Armeńska śpiewaczka Varduhi Abrahamyan, która wykonała partię Isabelli. Śpiewała z ogromnym zaangażowaniem oraz imponującą precyzją. Jej lirycznym mezzosopran oraz nieskazitelna technika zrobiły na mnie duże wrażenie.

Obejrzenie “L'Italiana in Algeri” w Paryskiej Operze Narodowej to wyjątkowe przeżycie, szczególnie, że w Paryżu wzięli się za to specjaliści, którzy sprawili, że opera ta mieniła się niezwykłą wirtuozerią, połączoną z dobrym humorem.

L'Italienne à Alger, 07.04.2014 – Opéra national de Paris, Palais Garnier. Muzyka Gioacchino Rossini, libretto d’Angelo Anelli. Orkiestra i chór Opéra National de Paris, dyrygent Riccardo Frizza, dyrektor chóru Alessandro di Stefano, reżyseria Andrei Serban, scenografia i kostiumy Marina Draghici, światła Guido Levi, ruch sceniczny Nicky Wolcz. Soliści: Varduhi Abrahamyan, Ildebrando D’Arcangelo, Jaël Azzerati, Anna Pennisi, Nahuel di Pierro, Antonino Siragusa, Tassis Christoyannis
Jacek Kornak

Czytaj więcej: Rossini jak żywy 

"Aida" w Opera Bastille - konsternacja czy szok?

Autor: MarekS

Aida - Opéra Bastille (2013) photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify... 

„Aidę” Verdiego po raz pierwszy zobaczyłem w sierpniu 2013 w Arena di Verona. To spektakularne przestawienie gorąco polecam wszystkim miłośnikom opery. Gdy dowiedziałem się o planowanej inscenizacji w Opera Bastille w Paryżu, postanowiłem ją zobaczyć. Miałem pewne kłopoty z kupnem biletu, pierwszą, nieudaną próbę podjąłem w dniu gdy rozpoczęto sprzedaż. Udało się kilka tygodni później, prawdopodobnie dzięki zwrotowi do kasy.

I tak 12 października znalazłem się w wypełnionej do ostatniego miejsca Opera Bastille. Przejrzałem program, ale ponieważ nie znam francuskiego, skupiłem się tylko na angielskim streszczeniu libretta. I zupełnie nie spodziewałem się, że zobaczę to co zobaczyłem. Po wyjściu z opery miałem całkowity mętlik w głowie, nie byłem pewien czy wszystko zrozumiałem, albo raczej czy dobrze zrozumiałem, że tego nie można zrozumieć. Miałem wielką ochotę podzielić się, z kimś, moimi wrażeniami, moim sprzeciwem wobec tego co zobaczyłem. Tak oto napisałem do państwa Olszewskich, i na ich prośbę opisuję to co wprowadziło mnie w konsternację, czy nawet zszokowało mnie. Żałuję że nie zrobiłem notatek na gorąco, ale cóż, trudno. Dlatego skupiłem się na kontrowersjach, nazywając je „szokami”.

Szok pierwszy.
Podczas uwertury na scenie pojawia się młody człowiek wymachujący włoską flagą. Pod koniec pobity przez, bardzo współcześnie wyglądających, żołnierzy (?). To jakby zwiastun tego, że akcja zostanie przeniesiona z czasów faraońskich, do…

Aida - Opéra Bastille (2013) photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Marcelo Alvarez (Radamès) Roberto Scandiuzzi (Ramfis)  Aida - Opéra Bastille (2013) photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Luciana d'Intino (Amneris), Oksana Dyka (Aida), Marcelo Alvarez (Radamès) Aida - Opéra Bastille (2013) photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Marcelo Alvarez (Radamès) Roberto Scandiuzzi (Ramfis) - Aida - Opéra Bastille photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Luciana d'Intino (Amneris), Oksana Dyka (Aida) Marcelo Alvarez (Radamès) Aida - Opéra Bastille (2013) photo (c) Opéra national de Paris/ Elisa Haberer published by opera.info.pl by courtesy of the Opéra national de Paris
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Szok drugi.
Już na początku pierwszego aktu okazuje się, że Egipcjanie to Austriacy a Etiopczycy to Włosi. Czyli walka o niepodległość Włoch z połowy XIX wieku. I choć nie przypominałem sobie, by którykolwiek z opisów „Aidy” sugerował taką symbolikę uznałem, że czemu nie, zobaczmy co z tego wyjdzie. Przecież austriacki oficer może kochać Włoszkę.

Szok trzeci.
W chwilę później pełna konsternacja. Radames pojawia się na tle monumentalnej budowli z napisem Vittorio Emanuele Re d’Italia. A więc król Włoch. Tu się pogubiłem. O ile mogłem się jakoś pogodzić z wersją konfliktu austriacko-włoskiego, to „metamorfoza” Radamesa przerosła mnie. I jeszcze ten czołg i karabiny maszynowe. A więc nie wiek XIX a XX. Później przeczytałem w jednej z recenzji, że to symbolika agresji włoskiej na Abisynię. Czyżby powrót do Etiopczyków? Niestety nie.

Szok czwarty.
Podczas baletu, w dolnej części sceny pojawia się piwnica a w niej stosy nagich trupów (manekinów) i mężczyźni donoszący nowe. Jednoznaczne skojarzenie z obrazami z getta lub obozów koncentracyjnych II wojny światowej. Co to ma wspólnego z Verdim?

Szok piąty.
Demonstracja młodych ludzi z transparentami (po francusku). W późniejszej recenzji doczytałem, że były to ksenofobiczne „Mój kraj jest święty”, „Nie dla obcokrajowców”.

Szok szósty.
Etiopczycy to Żydzi (?). Jeńcy pojmani przez wojska Radamesa maszerują, z pochylonymi głowami, niosąc małe walizki. Jednoznaczne skojarzenie do zdjęć z likwidacji getta.

Szok siódmy.
Zdjęcia zburzonego miasta, jakże współczesne. Dla mnie kojarzące się, ponownie, z II wojną światową. Ale czemu to jest tłem dla historii miłosnej?

Szok ósmy.
Arcykapłan Ramfis jako hierarcha kościoła katolickiego. To już było dla mnie za dużo. Prawdziwy „groch z kapustą” i chyba jakaś histeryczna obsesja reżysera. Szkoda, że tak wypacza pierwowzór arcydzieła.

Szok dziewiąty.
Myślałem, że nic więcej mnie nie zszokuje, ale jakże się myliłem. Sąd nad Radamesem to spotkanie Ku Klux Klanu. Kapłani w kapturach na głowach a potem płonący krzyż. Bezsensu ciąg dalszy.

Szok dziesiąty.
Scena końcowa. Miłosny duet kochanków a w tle te same stosy trupów co wcześniej. Jeśli to jakaś symbolika, to dla mnie niezrozumiała. A może „grochu z kapustą” uwieńczenie?

Podsumowanie.
Eksperymenty w sztuce są i będą, to dla mnie zrozumiałe. Często zdarza się przeniesienie akcji w czasie lub miejscu. Przykładem niech będzie „Rigoletto” z Metropolitan Opera 2012/13. Ale jako widz oczekiwałbym pewnej konsekwencji w ustalonej konwencji. „Aida” paryska tej konsekwencji nie ma. Zło ma przeróżne postacie (Austriacy, Włosi, Niemcy i inni) a tymczasem przewodni motyw opery ginie. Gdybym nie znał libretta, zapomniałbym, że to przecież historia miłosna, jak to ktoś napisał „opera o ludziach i ich namiętnościach, a nie o narodach i ich podbojach wojskowych”. I o tym, najpewniej, zapomnieli reżyser Olivier Py i kierownictwo Opery Paryskiej.

Czy warto pojechać do Paryża? Dla kogoś kto poszukuje nowych przeżyć chyba tak, choć i ceny biletów i odległość, każą ten pomysł przemyśleć gruntownie. Ale nawet „antypomysł” jest jakmś pomysłem i może wzbudzić emocje i przemyślenia. Choć przestrzegałbym tych, dla których miało by to być pierwszą „Aidą”. Mogłoby się bowiem zdarzyć, że uprzedziliby się Państwo do tego dzieła, może nawet do Verdiego. A to byłoby przecież nieporozumieniem, czy wręcz niebotyczną stratą.

Aida - Opéra Bastille

 Dyrygent: Philippe Jordan;  Reżyseria: Olivier Py; Scenografia: Pierre-André Weitz; Światło: Bertrand Killy; Chór: Patrick Marie Aubert.
Obsada:
Carlo Cigni - Il ReGarcia (B) - Aida
Luciana D’intino (A) ⁄Elena Bocharova (B) - Amneris
Oksana Dyka (A) ⁄ Lucrezia
Marcelo Alvarez (A) ⁄ Robert Dean Smith (B) / Zwetan Michailov (20 oct.) - Radamès
Roberto Scandiuzzi (10, 12, 15, 20, 29 oct., 2, 6, 9, 12, 14 et 16 nov.) / Alexei Botnarciuc (25 oct.) - Ramfis
Sergey Murzaev - Amonasro
Elodie Hache - Sacerdotessa
Oleksiy Palchykov - Un Messaggero
Od redakcji - jak poinformowała Charlotta - 23 listopada tego roku będzie można zobaczyć w Telewizji Mezzo transmisję "Aidy" z Opery Bastille właśnie.

Aida - Opéra Bastille Dyrygent: Philippe Jordan;  Reżyseria: Olivier Py; Scenografia: Pierre-André Weitz; Światło: Bertrand Killy; Chór: Patrick Marie Aubert

Obsada:

Carlo Cigni - Il ReGarcia (B) - Aida
Luciana D’intino (A) ⁄Elena Bocharova (B) - Amneris
Oksana Dyka (A) ⁄ Lucrezia
Marcelo Alvarez (A) ⁄ Robert Dean Smith (B) / Zwetan Michailov (20 oct.) - Radamès
Roberto Scandiuzzi (10, 12, 15, 20, 29 oct., 2, 6, 9, 12, 14 et 16 nov.) / Alexei Botnarciuc (25 oct.) - Ramfis
Sergey Murzaev - Amonasro
Elodie Hache - Sacerdotessa
Oleksiy Palchykov - Un Messaggero

Od redakcji - jak poinformowała Charlotta - 23 listopada tego roku będzie można zobaczyć w Telewizji Mezzo transmisję "Aidy" z Opery Bastille właśnie.

Czytaj więcej: "Aida" w Opera Bastille - konsternacja czy szok?

Lucia wraca do Paryża

Autor: AlfredoGermont

Lucia di Lammermoor - Opera Bastille photo (c) Opera national de Paris / Mihaela Marin published by opera.info.pl cy courtesy of the Opera national de ParisDawno chyba Opera Bastille nie rozpoczynała sezonu tak spektakularnym sukcesem jak wznowienie arcydzieła włoskiego bel canta „Lucii di Lammermoor” Donizettiego w kontrowersyjnej inscenizacji Andreja Serbana. Najważniejszą sprawczynią tego sukcesu jest wykonawczyni roli tytułowej Patrizia Ciofi, której wirtuozowska wokalnie i głęboka emocjonalnie kreacja wzbudziła niesamowity aplauz widowni (standing ovation po „scenie szaleństwa”). W drugiej obsadzie zasłużoną owację zebrała wschodząca gwiazda – Sonya Yoncheva.

Po raz pierwszy paryżanie zobaczyli spektakl Serbana w 1995 roku z wielką June Anderson w partii tytułowej. Realizacja wzbudziła podobno liczne protesty, a sama Anderson rozważała nawet wycofanie się z przedstawień. Do dziś wiele upłynęło wody w Sekwanie, a przedstawienie jest już klasykiem w repertuarze Opera Bastille – ostatnie wznowienie odbyło się w 2006 roku z charyzmatyczną Natalie Dessay.

Lucia di Lammermoor - Opera Bastille photo (c) Opera national de Paris / Mihaela Marin published by opera.info.pl cy courtesy of the Opera national de ParisPo raz pierwszy miałem okazję zobaczyć tę Lucie. I muszę przyznać, że uznanie mieszało się z wątpliwościami. Serban (czuwający także nad tegorocznym wznowieniem) wykreował przestrzeń opresyjności, siły i hierarchiczności męskiego świata w którym, jak się wydaje, jedyna kobieta - delikatna i nadwrażliwa Lucia - od początku skazana jest na przemoc psychiczną. Oglądamy akcesoria świata hierarchii, siły i władzy – wojsko, salę do ćwiczeń fizycznych, prycze jak z wojskowych koszar, liny, szlabany graniczne... Lucia w pierwszej scenie wspina się po drabinach, część swej pierwszej dużej sceny śpiewa w naprawdę niebezpiecznej pozycji – na rozbujanej nad orkiestronem huśtawce.

Rzadkie momenty szczęścia Lucii – duet z Edgardem – to kropla w morzu terroru ze strony brata i całego otoczenia. Wielka scena obłędu to konsekwencja dezintegracji świata kruchej Lucii. Ciofi nie buduje swej postaci konwencjonalnie: od początku jest w niej smutek wynikający ze świadomości swego położenia. Żyje w swoim świecie, ale nie wynika to z choroby umysłu, lecz chęci obrony przed wrogim otoczeniem. Załamuje się nerwowo gdy wszystkie drogi ucieczki w swój wewnętrzny świat, łącznie z miłością, zostały zamknięte.

Lucia di Lammermoor - Opera Bastille photo (c) Opera national de Paris / Mihaela Marin published by opera.info.pl cy courtesy of the Opera national de ParisPatrizia Ciofi nie dysponuje imponującym głosem jeśli idzie o siłę i urodę. Nie ma w jej wokalistyce, jeśli można tak powiedzieć, "glamour". Jednakże wirtuozeria i ekspresja wokalna, zdolność operowania kolorem, krystaliczna prostota frazowania w połączeniu z idealną dykcją, talent aktorski, istnieją tutaj w takiej harmonii, że jej kreacja wstrząsa i wzrusza. W swoim życiu słyszałem w teatrach operowych wiele znakomitych Łucji (Gruberova, Aliberti, Sumi Jo, Bonfadelli, Mosuc, Damrau, Kurzak, Pratt), ale ta paryska zapadnie mi w pamięci szczególnie. Punktem szczytowym wieczoru była "scena obłędu”, ale nie dlatego, że Patrizia Ciofi zaoferowała nam popis pirotechniki wokalnej. Śpiewaczka chce widza przede wszystkim wzruszyć, a nie mu zaimponować. Jej śpiew mienił się niezliczonymi niuansami, a natychmiastowa zmiana nastrojów, przerzutność uwagi wyrażona była środkami wokalnymi. Umiejętności takiego operowania dynamiką głosu przy jednoczesnej doskonałej emisji pozwalającej wypełnić dźwiękiem tak dużą salę jak Bastille to wielka sztuka.

Ciofi miała dobrych partnerów. Do Vittoria Grigolo można mieć wiele zastrzeżeń, ale podczas swego scenicznego debiutu w Paryżu stanął na wysokości zadania. Bardzo ładny, włoski głos dokonale słyszalny w najodleglejszych zakątkach teatru, ładne frazowanie, świetna prezencja sceniczna, wrażliwy śpiew w duecie z Lucią i wzruszająca scena zamykająca operę zapewniły mu triumf. Gdy po zakończeniu spektaklu oboje z Ciofi wyszli przed kurtynę otrzymali frenetyczny aplauz.

Lucia di Lammermoor - Opera Bastille photo (c) Opera national de Paris / Mihaela Marin published by opera.info.pl cy courtesy of the Opera national de Paris / Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...Jednym z najlepszych wykonawców partii brata Lucii Enrica jest znakomity franuski baryton Ludovic Tezier. I tym razem śpiewak udowodnił swą wielką klasę wokalną. Do pełni szczęścia zabrakło jednak bardziej przekonującej i intensywnej obecności scenicznej.

Drugą obsadę, niestety z powodu strajku w Operze Paryskiej, udało mi się usłyszeć tylko w wersji koncertowej. Był to debiut w roli Lucii bułgarskiej śpiewaczki Soni Jonczewej. I był to znakomity debiut. Jonczewa (oficjalna pisownia zachodnia: Sonya Yoncheva) dysponuje silnym i bardzo ekspresyjnym głosem w połączeniu z dużym temperamentem interpretacyjnym. Jej kreacja nie osiąga poziomu Ciofi choćby dlatego, że koloratura, wysokie nuty i cała "gramatyka” bel canto nie jest jej najmocniejszą stroną. Myślę, że przyszłością tej śpiewaczki, zapowiadającej się na wielką gwiazdę, są raczej takie role jak Mimi, Violetta, Juliette. Jednakże zaprezentowała osobistą i przemyślaną interpretację Lucii, której nie sposób zignorować. Warto zapamiętać to nazwisko i obserwować jej szybko rozwijającą się karierę.

Lucia di Lammermoor - Opera Bastille photo (c) Opera national de Paris / Mihaela Marin published by opera.info.pl cy courtesy of the Opera national de Paris / Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...Drugą obsadę nieznacznie zdominował amerykański tenor Michael Fabiano w roli Edgarda. Jego głos nie jest może tak atrakcyjny jak Grigolo, ale brzmiał fantastycznie, a przy tym interpretacja wydała mi się bardziej stylowa i zniuansowana od jego włoskiego kolegi. Rumun George Petean w roli Enrica wypadł poprawnie – nic więcej.

Poprawna okazała się również – w obu przedstawieniach – batuta Maurizia Beniniego.

Reasumując: paryskie wznowienie "Lucii di Lammermoor” jest przede wszystkim demonstracją niezapomnianej kreacji Patrizii Ciofi i udanego paryskiego debiutu najbardziej obecnie obiecującego włoskiego tenora Vittorio Grigolo. Przedstawienie Andreja Serbana ujawniło zalety i wady. Jego wizja jest interesująca, operująca nowoczesnym, jak na operę belcantową, językiem teatralnym a przy tym bliska tekstowi libretta. Jednakże nadmiar efektów w pewnych fragmentach (chórzystki gwałcone na taczkach, wspinaczka bohaterów po przeróżnych konstrukcjach), nazbyt gruba, ekspresjonistyczna kreska, którą kreślone są niektóre sytuacje bliższa jest „Wozzeckowi” Berga niż romantycznej operze Donizettiego.

26 września o godzinie 19. 30 francuskie Radio Classique przeprowadzi transmisję „Lucii di Lammermoor” z Opera Bastille (pierwsza obsada).
*Kliknij zdjęcia, aby powiększyć... / Click photos to magnify...

Czytaj więcej: Lucia wraca do Paryża

Eksperyment z „The Rake’s Progress” Igora Strawińskiego

Autorzy: Beata i Michał

Rake's Progress Paryż 2012 - ukłony po spektaklu

Rake's Progress Paryż 2012 - ukłony po spektaklu.

Kliknij, aby powiekszyć...

Rake's Progress wariacje:

Rake's Progress Paris 2012 Website

Kiedy kupowaliśmy bilety na „The Rake’s Progress” („Żywot rozpustnika”) Igora Strawińskiego w Paryżu, mieliśmy dużo wątpliwości. Żadne z nas nie miało pewności, czy to już właściwy czas by zmierzyć się z tą operą i samą muzyką Strawińskiego. W końcu przekonaliśmy się nawzajem, że warto choćby z tego powodu, ze jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji być na spektaklu w Opera Garnier, więc jeśli muzyka nas nie oczaruje i okaże się dla nas zbyt trudna, to chociaż doświadczymy tego, jak dobra jest akustyka w legendarnej operze. Dodatkowo, pozytywnie nastawił nas fakt, że w przedstawieniu mieli wziąć udział wytrawni śpiewacy, wiedzieliśmy więc, że co jak co, ale oni zaśpiewają to na pewno dobrze. A jak próbować czegoś, do czego się nie ma pełnego przekonania, to najlepiej robić to w doborowym towarzystwie.

W „Rake Progress” w Operze Garnier wystąpili: Ekaterina Siurina w roli Ann Trulove, Charles Castronovo (znany nam z „Traviaty” z Natalie Dessay) jako Tom Rakewell, Gidon Saks w roli demonicznego Nicka Shadow oraz Scott Wilde w roli Trulove, ojca Ann. Była to produkcja w reżyserii Oliviera Py, w scenografii Pierre-André Weitza.

Gdy wychodziliśmy po ponad trzech godzinach z Opery Garnier byliśmy bardzo poruszeni. Nie dlatego, że w każdym momencie muzyka Strawińskiego nas porywała, czarowała i pozostawiała wspomnienie nut łatwych i miłych w słuchaniu. Tak być nie mogło, bo choć bardzo wiele było pięknych muzycznie momentów, zwłaszcza towarzyszących ariom śpiewanym przez Ann Trulove, to inną rolę zdawała się muzyka rosyjskiego geniusza w dramacie pełnić. Tym, co sprawiło, że jeszcze przez wiele dni pozostawaliśmy pod przemożnym wpływem obrazów z „The Rake’s Progress”, był sposób w jaki historia Toma Rakewella została nam opowiedziana i jak kapitalnie została umieszczona w muzyce i przez muzykę „poniesiona”. To dzięki muzyce Strawińskiego, sposób scenicznej narracji mógł być tak sugestywny i tak uderzająco realny, taki że mieliśmy wrażenie bycia świadkami zdarzeń, które naprawdę miały miejsce. Na przykład scena orgii, dzięki niesamowitemu muzycznemu zilustrowaniu, mogła zostać rozegrana na scenie tak, że podążając za Tomem, mogliśmy schodzić w ten inny, być może gorszy świat, tracić niewinność młodzieńczego wieku i już nigdy później nie być takimi samymi. Czuliśmy jakbyśmy stali się, niezależnie od naszej woli, świadkami czegoś, co nas w środku mocno dotknęło, i co sprawiło, że od tej pory wiedzieliśmy już, że ta historia nie może zakończyć się „happy end’em”, i że szansa na uratowanie Toma przepadła bezpowrotnie. Nawet jeśli na końcu miłość Ann uratuje jego duszę, to jako człowiek poniesie przecież klęskę.

Cała inscenizacja, zarówno od strony scenografii, jak i reżyserii świetnie przedstawiła rozgrywający się dramat. Na początku widzimy, zlokalizowany na górnym poziomie metalowych rusztowań, idylliczny obraz pokoju z jasnymi, falującymi zasłonami, łóżkiem z jasną pościelą, Tomem i Ann ubranych w jasne ubrania. Wszystko jest czyste, tak jak „nieskalane” jest ówczesne uczucie pomiędzy Ann i Tomem. Pełna idylla. Kiedy pojawia się Nick Shadow (jego alter ego?), ubrany cały na czarno, ucharakteryzowany na Mefistofelesa, akcja przenosi się z górnego poziomy metalowych rusztowań na poziom niższy. Wszystko oddane jest w ciemnych barwach, skąpane w półmroku. W nim rozgrywa się nowe życie Toma, w zapomnieniu przeszłości. Najpierw jest sugestywna scena przedstawiająca spotkanie z Mother Goose, która na smyczy ciągnie za sobą ubraną w czarny, opinający kostium postać. Jak możemy się domyślać symbolizuje ona „czas”, o którym, kiedy jesteśmy młodzi, nigdy nie myślimy, bo wydaje nam się, że mamy wprost nieskończoną jego ilość. Postać ta już do końca będzie na scenie towarzyszyć Tomowi, aż do momentu, kiedy zamknie jego oczy w ostatnim akcie, gdy Tom umrze w szpitalu dla obłąkanych. Następująca po tym scena orgii przedstawiona została w sposób niezwykle plastyczny i realny. Również sekwencja zdarzeń z Baba the Turck dodatkowo wzmacnia w nas poczucie upadku Toma. Nie ma w niej komizmu, jest upadek i rozpacz człowieka zagubionego, znużonego brakiem łatwego sensu, zaczynającego zdawać sobie sprawę, że od wybranego przez siebie rodzaju życia trudno już będzie mu kiedykolwiek uciec. Prawie cały czas w tle widzimy olbrzymią maszynę w formie koła, której ramiona w kolejnych scenach rozbłyskują niczym wiatrak Moulin Rouge. Bardzo dojmująca jest też scena w szpitalu, kiedy widzimy bezradność obłąkanego człowieka. To ostatnia kara, jaką „zesłał” na Toma Nick Shadow, gdy Tom odgaduje dzięki miłości Ann trzy karty i teoretycznie wygrywa swoje życie, uwalniając się od swojego „Cienia”. Jego wygląd budzi naszą litość, czujemy, że jest on na skraju dwóch światów, tego tu i tego „tam”, i że za chwilę przejdzie na tą drugą stronę, z której nie będzie już powrotu.

Wszystkie kluczowe partie opery zostały zaśpiewane świetnie. Najbardziej dominującą postacią na scenie jest Nick Shadow. Postać stworzona przez Gidona Saksa jest niezwykle sugestywna, demoniczna, bezwzględna, wyrachowana. To śpiewak z wielką charyzmą. Kiedy jest na scenie, trudno nie skupiać na nim wzroku, choć jest postacią, jak to z szatanem bywa, i uwodzącą, i odpychającą zarazem. Świetnie pokazuje, jak łatwo młody człowiek daje się zmanipulować, pędząc za swoimi dążeniami, pragnieniami, rządzami, jak łatwo „wciągnąć” go w obszary, z których nie ma już prostego powrotu. Gidon Saks dysponuje bardzo mocnym głosem, tym większe brawa dla Charlesa Castronovo, który jako Tom Rakewell, dotrzymał mu kroku i bardzo dobrze zaśpiewał swoje partie. To również świetnie zagrana postać. Jego interpretacja roli Toma w ostatnim akcie bardzo poruszająca, zarówno swoją grą, jak i śpiewem przejmująco oddał dramat zagubionego, odchodzącego i przegranego człowieka. Ekaterina Siurina w roli Ann bardzo przekonująca. Piękny, liryczny, czysty sopran. Arie śpiewane z dużą elegancją i wyczuciem, bez wysiłku, bez epatowania, pięknie. Świetne wykonanie arii „”No word from Tom” na koniec aktu pierwszego, „Rejoice, beloved” czy też kołysanki „ Gently, little boat” w trzecim akcie. Dostarczyła nam emocjonalnych przeżyć najwyższej próby.

Dość mocno więc „przeżyliśmy” opowiedzianą w libretto historię. Wielka w tym zasługa świetnych śpiewaków, mądrej reżyserii i ciekawej, sugestywnej, mimo, że trochę minimalistycznej i zimnej scenografii, no i oczywiście dobrze zagranej muzyki. To było naprawdę bardzo interesujące przedstawienie! Cieszymy się, że nie poddaliśmy się wątpliwościom i zmierzyliśmy się z tą operą. Było warto.

 

A na koniec i na marginesie, to choć wiemy doskonale, że zdaniem wielu osób budynek Opery Garnier jest, jak powiadają, przykładem „bezprzykładnego” kiczu, to nie przesądzając o jego walorach architektonicznych, niech nam będzie wolno powiedzieć z przekąsem – „Ale jakiego wspaniałego kiczu!”.

Naszym zdaniem, pomijając bezsprzeczne walory akustyczne, o które czasem trudno jest w rzekomo interesujących nowoczesnych gmachach operowych, Opera Garnier jest bodaj najwspanialszym pomnikiem, jaki operze jako sztuce, mogła kiedykolwiek wystawić ludzkość.

Opera Garnier Opera Garnier Opera Garnier

Opera Garnier - kliknij, aby powiększyć ...

 

Czytaj więcej: Eksperyment z „The Rake’s Progress” Igora Strawińskiego

Natalie Dessay i Juan Diego Florez w „Córce pułku” w Opera Bastille

Autorzy: Beata i Michał

Natalie Dessay i Juan Diego Flórez w „Córce pułku” w Opera Bastille
Armiliato, Dessay, Florez - ukłony po spektaklu.
Kliknij, aby powiększyć...

Na tę „Córkę pułku” Gaetano Donizettiego czekaliśmy od października zeszłego roku, kiedy to po wiedeńskim spektaklu „Traviaty” Natalie Dessay powiedziała nam, że prawdopodobnie po raz ostatni zagra rolę Marie w październiku 2012 roku w Paryżu.

Legendarną już inscenizację, w produkcji Laurenta Pelly, znamy świetnie z dvd, nagranego w trakcie przedstawienia w Royal Opera House w Londynie w 2007 roku i ogromnie ją lubimy.

Podoba nam się bardzo komizm sytuacyjny, jaki udało się osiągnąć poprzez świetnie rozegranie poszczególnych scen, prosta, ale bardzo pomysłowa i sugestywna scenografia, zabawne kostiumy, no i oczywiście świetni wykonawcy!

Inscenizacja ta wygląda jak świetnie zaaranżowany i zagrany (oraz oczywiście zaśpiewany) spektakl teatralny, w którym wszyscy znajdują się idealnie na swoim miejscu. Oczywiście, niektóre postacie wydawać się mogą nieco przerysowane, jak Sulpice (świetny Alessandro Corbelli), La Duchesse de Crackentorp (w tej roli przezabawna Dawn French), no i sama Marie (czyli Natalie Dessay). Nam to jednak zupełnie nie przeszkadza, bo w trakcie niektórych scen płakaliśmy ze śmiechu, a samo wykonanie wokalne i muzyczne było niezapomniane. Nawet role mówione były świetnie zagrane.

Córka pułku - Paryż 2012 - Lott, Corbelli, Dessay - ukłony po spektaklu
Lott, Corbelli, Dessay - po spektaklu.
Kliknij, aby powiększyć...

Jak już wcześniej pisaliśmy w recenzji z dvd, ta właśnie rola Marie jest jakby napisana specjalnie dla Natalie Dessay. Sugestywność Natalie, jej aktorski talent, komiczna mimika, energia i tryskająca wprost radość, jest tym, co sprawia, że możemy ją w tej roli oglądać bez końca. Nie ma dla nas znaczenia, czy akurat tak powinna wyglądać ta postać, czy koncepcja Marie stworzona przez reżysera nie przerysowuje jej i nie czyni jej aż karykaturalną. Mamy po prostu wielka radość w słuchaniu i patrzeniu na Natalie Dessay w tej roli. Słyszeliśmy oczywiście o pojawiających się problemach głosowych śpiewaczki, kiedy to na przykład w zeszłorocznej „Traviacie” w ramach cyklu MET Live HD, widać było wyraźnie, że Natalie Dessay nie wydobrzała po chorobie i różne fragmenty jej roli nie zostały zaśpiewane tak jak trzeba. Nic to jednak. Już nic na to nie poradzimy, ale Natalie Dessay darzymy miłością bezwarunkową jako śpiewaczkę, artystkę, profesjonalistkę i chcielibyśmy żeby śpiewała jak najdłużej. Pewnie już na zawsze pozostanie dla nas najbardziej wzruszającą „Traviatą” i żadne recenzje i opinie o niej tego nie zmienią.

W październikowy wieczór, 24 października, to była „TA” nasza kochana Natalie Dessay, pełna radości, energii, niesamowitego wprost komizmu, trudno było oderwać od niej wzrok. Widać było, że miała dużą radość z występu i czuła się w swojej roli komfortowo. W styczniu tego roku widzieliśmy ją w zupełnie innej kondycji, kiedy śpiewała główną rolę w „Manon” w reżyserii, którą trudno było uznać za udaną.

Widzieliśmy tamten spektakl na żywo i musimy wyznać, że jeśli Natalie Dessay tak się czuła, jak wówczas w trakcie występowania w „Manon” wyglądała, to możemy tylko powiedzieć, że ją rozumiemy, bo w tamtym spektaklu „niepojętych udziwnień” reżyserskich było co nie miara (mieszanie epok, jeżdżenie wrotkami po kościele (!), wtłoczenie Manon w punkowski „look” i tak dalej i tak dalej). Tu było zupełnie inaczej. Nie jesteśmy w stanie z zegarmistrzowską precyzją powiedzieć czy wszystko było na „tip top”, czy każda nuta została idealnie zaśpiewana, bo nie jesteśmy profesjonalistami, tylko entuzjastami opery. To, co jednak wiemy na pewno, to to, że byliśmy zachwyceni będąc widzami tego spektaklu. Natalie Dessay brawurowo zaśpiewała "Chacun le Sait, Chacun le Dit", a jej wykonanie pożegnania z pułkiem („Il faut partir”) było wzruszające.

Juan Diego Florez rozdaje autografy po "Córce pułku" - Paryż 2012
Juan Diego Florez rozdaje autografy.
Kliknij, aby powiekszyć...

Oczywiście drugim bohaterem tego spektaklu był Juan Diego Florez. Kiedy byliśmy na jego koncercie w Baden-Baden w listopadzie zeszłego roku, jedna z osób, z którą rozmawialiśmy po koncercie powiedziała, że jego głos jest jak … słońce - jasny, pełen radości i energii. Zresztą z głosem tym potrafi zrobić prawie wszystko :) Dla nas jest to śpiewak kompletny, który wykonuje najtrudniejsze utwory z taką lekkością, bez wysiłku, że nie potrafimy sobie wyobrazić, że mógłby nie być w formie. W Paryżu oczywiście w formie jak zwykle był! Zaśpiewał rolę Tonia świetnie. Wystarczy jedynie wspomnieć, że wykonanie przez Juan Diego Floreza naszej ukochanej arii „Ah mes ami” wywołało tak burzliwe i długotrwałe oklaski publiczności, że już mieliśmy nadzieję, że będzie bis. Sami zresztą nie ustawaliśmy w brawach, ale i Juan Diego Florez i Dyrygent i cała Orkiestra dzielnie nas „przetrzymała” i bisu niestety nie było. A było tak blisko!

Z pozostałej obsady nie sposób nie wymienić Alessandro Corbelliego jako Sulpice’a. My go w tej roli po prostu możemy „jeść łyżkami”. Co prawda wydaje nam się, że coś nie do końca zagrało w jego charakteryzacji, zwłaszcza jeśli chodzi o „stworzenie łysej głowy”, która wyglądała trochę nienaturalnie :), ale poza tym Alessandro Corbelli śpiewał fantastycznie, grał na scenie koncertowo i był świetnym dopełnieniem duetu Natalie Dessay i Juan Diego Floreza.

Również Orkiestra prowadzona pod batutą Marco Armiliato wywiązała się ze swojego zadania znakomicie. Całość została zagrana z dużą lekkością, momentami przezabawnie (sceny dialogu Marie z Sulpice’m), tam gdzie trzeba lirycznie (duet Marie i Tonia "Quoi! vous m'aimez?"), a momentami wręcz poruszająco (scena pożegnania Marie z pułkiem). Śpiewacy nie musieli „przedostawać” się przez zbyt głośne dźwięki granej muzyki, bo muzyka i śpiew były ze sobą świetnie zespolone.

Trochę słabsze, naszym zdaniem, w stosunku do spektaklu w londyńskim Royal Opera House były tu zagrane i zaśpiewane role La Marquise de Berkenfeld (Doris Lamprecht) oraz La Duchesse de Crackentorp (Dame Felicity Lott), ale to rzecz gustu oczywiście. Tamte, z nagranego na dvd przedstawienia były świetnie dobrane od strony charakteru granej postaci i świetne od strony aktorskiej.

Nie rozpisując się więcej, powiemy tylko, że jesteśmy bardzo szczęśliwi, iż było nam dane ten spektakl zobaczyć i pozostaje nam tylko żywić nadzieję, że Natalie Dessay nie wytrwa w swoim wcześniejszym postanowieniu i jeszcze nie raz zaśpiewa rolę Marie – czego jej, Państwu i sobie życzymy.

Czytaj więcej: Natalie Dessay i Juan Diego Florez w „Córce pułku” w...

"Traviata et nous"

Autorzy: Beata i Michał

Traviata et nousŚroda 24. października była jednym z najprzyjemniejszych dni spędzonych do tej pory w Paryżu i wcale nie sprawiła tego jesienna pogoda, bo ta była zaledwie akceptowalna :). Stało się tak dlatego, że wzięliśmy udział w dwóch wydarzeniach operowych, które zrobiły na nas duże wrażenie.

Najpierw, o 14-stej poszliśmy na pierwszy dostępny dla publiczności pokaz filmu „Traviata et nous” z Natalie Dessay w roli głównej. Premiera, która miała miejsce dzień wcześniej, była zapowiadana już od wielu tygodni, więc nawet się nie wahaliśmy i chwilę po tym jak tylko otwarto kasy biletowe, znaleźliśmy się w kinie.

Film „Traviata et nous” Philippe’a Béziata opowiada o tym, jak powstawała inscenizacja „Traviaty” Giuseppe Verdiego, przygotowanej na Festival Aix-en-Provence w 2011 roku. Był to spektakl w reżyserii Jean-Francoisa Sivadiera, pod kierownictwem muzycznym Louisa Langrée.

My mieliśmy wielkie szczęście ten spektakl obejrzeć trochę później, w Wiedniu w październiku 2011 roku, również z Natalie Dessay i musimy przyznać, że zrobił on wtedy nie tylko na nas piorunujące wrażenie. Kiedy umierała Violetta, płakała cała sala Opery Wiedeńskiej, niezależnie od wieku i płci, wszyscy, niektórzy ukradkiem, niektórzy otwarcie, nie wstydząc tego wcale, ocierali łzy. Płakała zresztą sama Natalie Dessay.

Reżyseria tego spektaklu była wyśmienita, bardzo dużą uwagę poświęcono wiarygodnemu przedstawieniu emocji, których w „Traviacie” jest aż za wiele. Ale, ale, o samej inscenizacji tego spektaklu, jeszcze napiszemy w recenzjach, a tutaj chcieliśmy się skupić na tym, dlaczego film „Traviata et nous” warto obejrzeć.

Film Philippe’a Béziata opowiada w fascynujący sposób o tym, jak „tworzy” się inscenizacje operowe, jak krok po kroku, w ogromnym skupieniu kreuje się postacie i dramaturgiczne napięcia między nimi. Kamera, niemy świadek niewiarygodnego wysiłku dużej grupy ludzi, „śledzi” przez wiele tygodni szczegóły pracy śpiewaków z reżyserem i dyrygentem. Możemy też obserwować pracę chóru, muzyków z orkiestry, scenografów, techników, a nawet osób odpowiedzialnych za sceniczny ruch. Cały proces powstawania spektaklu operowego, zilustrowany w detalach, ale z taktem i elegancją, jest fascynującym dla widza doświadczeniem, i wykładem wiedzy, która jest dostępna jedynie ograniczonemu gronu wtajemniczonych.

Wzruszające są sceny, kiedy Natalie Dessay (Violetta) z Charlesem Castronovo (Alfredo) odgrywają miłosne duety, śpiewając jednocześnie dobrze znane nam arie. Widać jak na dłoni sposób, w jaki buduje się więź miedzy wykonawcami, jak coraz lepiej rozumieją daną scenę, jak coraz bardziej „prawdziwie” się zachowują. Możemy obserwować, jak reżyser zwraca uwagę na każdy gest, subtelne dotknięcie twarzy, moment kiedy ta dwójka ma na siebie spojrzeć. Widać jak wraz z kolejnymi próbami wykonawcy budują swoje role, powoli stając się na scenie Violettą i Alfredo. Czysta magia. W tym samym czasie możemy też obserwować reżysera, to, jak on sam reaguje na odgrywaną na scenie historię. Takich obrazów jest zresztą mnóstwo. Niesamowitym było obserwować, ile razy pewne gesty, zachowania, czy reakcje między Natalie i Charlesem było powtarzane, po to żeby to zrobić w przekonujący sposób. Na samym końcu filmu, w scenie umierania, widzimy jak Natalie Dessay wielokrotnie ćwiczy niesamowitą i wstrząsającą scenę samego „upadania”, żeby to zrobić nie tylko wiarygodnie, ale również w zgodzie z muzyką!

Czytaj więcej: "Traviata et nous"

Finezyjny Minkowski, czyli „Gala Mozarta” w Paryżu

Autorzy: Beata i Michał

salle pleyelKiedy w Salzburgu, w sierpniu tego roku, wysłuchaliśmy „Tamerlano” Georga Friedricha Händla w wersji koncertowej z Placido Domingo i Bejunem Mehtą w rolach głównych, zgodnie uznaliśmy, że gwiazdą tamtego wydarzenia była …Orkiestra Les Musiciens du Louvre Genoble pod batutą Marca Minkowskiego.

To właśnie oni, jak pisaliśmy wcześniej, prowadzeni z wirtuozerią przez dyrygenta, wznieśli się na wyżyny artyzmu i to oni właśnie zabrali śpiewaków i widzów w niezapomnianą i zachwycającą podróż do krainy muzycznych spełnień. Oczywiście, fantastyczni śpiewacy dopełnili całości tamtego przedstawienia, bez nich tamten wieczór nie byłby „owym” niezapomnianym, ale gdy o północy opuszczaliśmy salę szczęśliwi, przede wszystkim niedowierzaliśmy, że można było muzykę Händla zagrać tak subtelnie, z taką lekkością i głębią.

Po tym pierwszym „olśnieniu” stwierdziliśmy, że gdzieś jeszcze „zaczaimy” się na Les Musiciens du Louvre Genoble z Marcem Minkowskim, bo słuchanie muzyki w ich wykonaniu to nie lada przyjemność. Tak też się stało i wczoraj (23 października) o 20-stej zasiedliśmy w Salle Pleyel w Paryżu na „Gala Mozart”, która była wydarzeniem uświetniającym 30 rocznicę powstania tej orkiestry. Marc Minkowski zaprosił do udziału w spektaklu grono znanych śpiewaków.

Salle Playel  Paryż Gala Mozarta Marc Minkowski i Les Musiciens du Louvre GrenobleWystąpiły w nim Véronique Gens, Mireille Delunsch, (która bardzo nam się podobała jako Donna Elvira w „Don Giovannim” Mozarta wystawionym przed laty przez Petera Brooka na Festivalu International d'Art Lyrique d'Aix-en-Provence), Julia Lehzneva oraz Marianne Crebassa, (które wystąpiły w Salzburskim „Tamerlano”), Sonya Yoncheva, Anna Bonitatibus oraz Maria Sevastano. Niestety nie wystąpiła Anne Sofie von Otter, która się rozchorowała. Role męskie wykonali Topi Lehtipuu oraz nieco mniej nam znani: Mika Karés, Stanislas de Barbeyrac, Florian Sempey oraz Christian Helmer.

Program „Gala Mozart” był przeglądem dzieł Mozarta, często poukładanych w taki sposób, że mogliśmy cieszyć się malutkimi fragmentami oper. Tak się stało w przypadku „Don Giovanniego”, kiedy po wspaniale zagranej uwerturze, wysłuchaliśmy „Notte e giorno faticar”, Nie zabrakło oczywiście „samograjów” jak „Deh, vieni alla finestra” z „Don Giovanniego”, „Non so piu cosa son, cosa faccio” z „Wesela Figara” czy też „Papagena! Papagena! Papagena!” z „Czarodziejskiego fletu”.

Salle Playel  Paryż Gala Mozarta Marc Minkowski i Les Musiciens du Louvre GrenobleLes Musiciens du Louvre Genoble pod batutą Marca Minkowskiego, podobnie jak w Salzburgu, tak i tu w Salle Pleyel w Paryżu, zagrali fantastycznie, połączyli subtelność i finezję z energią i dynamiką. Taka wspaniała kombinacja sprawiła, że moglibyśmy ich słuchać bez końca! Najbardziej podobała nam się fantastycznie zagrana „Posthorn” Serenada KV 335, w której wspaniały popis gry na skrzypcach dał Thibault Noally – rewelacja!

Z wykonań wokalnych najbardziej przypadły nam do gustu „L’amero, saro, constante” z „Il re pastore” przepięknie zaśpiewane przez Sonyę Yonchevą, eleganckie wykonanie arii Cherubina „ Non so piu cosa son, cosa faccio” przez Marianne Crebassa oraz „Ch’io mi scordi di te”-„Non temer, amato bene” w interpretacji Anny Bonitatibus. Z wykonań zbiorowych „powalająco” delikatnie i subtelnie zostało zaśpiewane „Soave sia il vento” z „Cosi fan tutte” przez Julię Lehznevą, Marianne Crebassa oraz Floriana Sempeya.

Salle Playel  Paryż Gala Mozarta Marc Minkowski i Les Musiciens du Louvre GrenobleMireille Delunsch wypadła dobrze, choć nam najbardziej podobała się we wczorajszych scenach zbiorowych na końcu spektaklu (to jest występach poza programem, czyli w trakcie wykonywania tak zwanych bisów) oraz w arii „Papagena! Papagena! Papagena!”. Jej interpretacja Donny Anny w „Don Giovannim” niestety nas nie zachwyciła. Chyba wolimy ją po prostu w partii Donny Elviry, w której widzieliśmy ją wcześniej. Nie do końca chcemy oceniać występ Veronique Gens, bo to nie jest nasz ulubiony głos sopranowy, ale śpiewała bardziej elegancko i mniej „atakująco” nasze uszy niż dotychczas, więc jej występ zaliczyliśmy do udanych.

Dużym odkryciem była dla nas Sonya Yoncheva. Na pewno będziemy chcieli ją usłyszeć po raz kolejny, bo ma piękną, elegancką barwę głosu i ciekawe emploi sceniczne. Julia Lehzneva i Marianne Crebassa pokazały nam się znowu od bardzo dobrej strony. Jesteśmy przekonani, że o tych trzech Paniach będzie można jeszcze sporo dobrego usłyszeć w nadchodzących latach.

Co do śpiewaków, to tak naprawdę oczarował nas jedynie bas, Mika Karés. Śpiewał świetnie, na scenie czuł się jak „ryba w wodzie”, bardzo interesujący głos i ciekawa osobowość. Chętnie usłyszymy go znowu. Pozostali śpiewacy wykonali swoje partie poprawnie, ale bez zachwytu. Florian Sempey jako Don Giovani i Hrabia Almaviva nie przekonał nas zupełnie, ale to może sprawa wieku, bo jest chyba po prostu za młody na te role. Również tenorzy wypadli jedynie poprawnie. Poza basem pozostałe role męskie, jakby napisał Mariusz, były wykonane w „stanach średnich”.

Salle Playel  Paryż Gala Mozarta Marc Minkowski i Les Musiciens du Louvre GrenobleNo i mała niespodzianka, którą w trakcie Gali sprawił nam Marc Minkowski. W programie Gali, przy rewelacyjnej arii Cherubina „Voi che sapete che cosa e amor” z „Wesela Figara” figurowała nazwisko Philys Orlovsky. To samo nazwisko było umieszczone przy mezzosopranach. Zastanawialiśmy się, kto to taki, bo „personalia” były nam zupełnie obce. No i kto wyszedł na scenę ? Na scenę wyszedł … Philippe Yaroussky i oczywiście, co nie budzi zdziwienia, wykonał tą arię fantastycznie. Oklaskom nie było końca :)

„Gala Mozart” rozpoczęła się dopiero o godzinie 20, a ponieważ było jeszcze kilka pięknych zbiorowych partii (jako bisy), wyszliśmy z Salle Pleyel nieco przed 24-tą. I tak jak się mogliśmy spodziewać był to dla nas wieczór bardzo udany. Na koniec trzeba już tylko dodać, że koncert był nagrywany, i jeśli wierzyć notce umieszczonej w programie, będzie on pokazany w telewizji Mezzo 28 listopada o godzinie 21,30, ale co bardziej interesujące, ma on być również „zawieszony” w internecie przez 6 miesięcy, w trakcie których będzie można go wysłuchać i zobaczyć za darmo. Jak tylko go znajdziemy na stronie www.citedelamusiquelive.tv to natychmiast napiszemy komunikat w Aktualiach, bo warto zobaczyć to wydarzenie.

Czytaj więcej: Finezyjny Minkowski, czyli „Gala Mozarta” w Paryżu

Okiem (i uchem) laika entuzjasty - 4 - czyli książę Almaviva ponownie zrobiony w konia

Autor: Mariusz J.

Szanowni Państwo

Uprzejmie donoszę (choć się brzydzę), że książę Almaviva, w Paryżu, w ostatnią sobotę, w Opera Bastille - ponownie dał się wkręcić, wyrolować, wpuścić w maliny, czy jaki tam jeszcze związek frazeologiczny da się tu zastosować.

Wesele Figara jest pewnie jedną z najczęściej wystawianych oper, ktoś pewnie policzył ileż to już razy, od premiery w 1786 roku, książę, z tym cudownym wyrazem twarzy wioskowego idioty, stoi w drzwiach garderoby i mówi Susanna? a ona na to Cos'e quel stupore? (stupore jest najwłaściwszym określeniem). Mimo rozlicznych prób i nieskończonych oczekiwań, nic się nie zmienia - po raz tysiączny wciąż to samo - kobiety, do spółki z cwaniakowatym lokajem - robią księcia w tytułowego konia.

Pod tym względem zatem w Paryżu (na zachodzie...) bez zmian.

Cóż zatem ciekawego w nowej inscenizacji nieśmiertelnego Wesela?

Przede wszystkim wspomnieć trzeba, że wystawienie jest nowe ale inscenizacja stara niezwykle. Wznowiono bowiem przedstawienie sprzed lat, zrealizowane zgodnie z pomysłem Giorgio Strehlera. Nie wiem dokładnie kiedy była prawdziwa premiera ale w programie są zdjęcia z prób, na których jest Strehler z Federicą von Stade (tak na marginesie, mój ukochany Cherubino z Glyndebourne) i Jose van Damem, datowane na 1973 rok, więc co najmniej 39 lat już minęło. I, zdaniem moim laika, to właśnie Giorgio Strehler jest, zza grobu, największą przedstawienia gwiazdą. Nie rozumiem dokładnie skąd się to bierze ale spokojna, broń Boże nachalna ale przecież i nie nadmiernie ascetyczna, inscenizacja, wciąż, do dziś, po niemal 40 latach, poraża jakąś głębią (jakież to wszystko banalne ale tak właśnie jest..., nic nie poradzę). I to światło... nieruchome, miękkie, w tle grające...

Śpiewali ładnie, na kolana jednakże nie rzucając. Tutaj ukochani nasi My się ucieszą, bo najjaśniej, po Strehlerze :), świecił ich ulubieniec - Luca Pisaroni (książę Almaviva). Niezwykle porządna, dobra brytyjska szkoła Emmy Bell (księżna) też mogła urzec. Pozostali: Camilla Tilling (Susanna), Alex Esposito (Figaro) i Anna Grevelius (Cherubino) w górnej strefie ale stanów jednak średnich. W duecie Susanna - Marcellina (Marie McLaughlin) z pierwszego aktu, to chwilami wydaje się, że to ta druga jest większą śpiewaczką.

Ogólnie rzecz biorąc zatem - wstydu nie było, wieczór nie zmarnowany (jak, nie przymierzając My na berlińskiej Tosce) ale, gdyby nie Strehler, to bez rewelacji.

Na koniec parę wynurzeń osobistych o Nozze di Figaro, bez odniesień do zeszłotygodniowych przygód paryskich.

Pierwsze primo - dla mnie jest to największe dzieło muzyczne stworzone, póki co - i za mojego życia się to już pewnie nie zmieni - przez ludzkość. Nie wiem kto śpiewał to najlepiej, kto to najlepiej wystawiał ale będzie trwało wiecznie. Nie mam ulubionego wykonania, mimo że na ajpodzie moim różnych nagrań siedzi 19 (stan na dziś, pewnie wzrośnie niebawem...). Wszystkie mają w sobie coś niezwykłego. A może po prostu rację ma moja lepsza połowa, która, po dramatycznej dość zeszłorocznej premierze w warszawskim Teatrze Wielkim, powiedziała: a mi się i tak podobało, Mozarta śpiewać może nawet szkolny chór z Sokółki a mi wciąż się będzie podobać!!!

Drugie primo - gdy kiedyś się będziecie chcieli komuś podlizać (ale działa to tylko w stosunku do mężczyzn - prezesów, dyrektorów; mężów???), sugeruję postąpić w sposób poniższy: bierzemy płótna białego kawałek i wyszywamy cytat z Wesela, który w polskim tłumaczeniu brzmi następująco (uwagę nam na ten fragment zwróciła nasza przyjaciółka serdeczna, z którą cierpieliśmy to warszawskie przedstawienie przed rokiem):

Niechaj się ścielą

niewinną bielą

płatki różane,

gdzie stąpa nasz Pan

Czyż nie cudowne???

 

Pelleas i Melisanda, czyli o zagadce przemijania...

Autor: Michał

Peleas i Melizanda
Peleas i Melizanda
Peleas i Melizanda
Peleas i Melizanda

Do wyjątków należą sytuacje, że po operowym spektaklu, wychodzimy z Beatką w zupełnie odmiennych nastrojach. Jedno z nas w euforii, drugie zaś, z pewną podejrzliwością popatrujące na tego drugiego, opuszcza teatr z poczuciem ulgi. Wydarzyło się tak po operze Claude Debussego "Pelleas i Melisanda", obejrzanej przez nas 15 marca tego roku (2012) w Opera de Bastille w Paryżu. Jest to przyczyna, dla której sam notuję wspomnienia z tamtego wieczoru, a pretekstem, aby uczynić to dziś, jest retransmisja tamtego przedstawienia na stronach internetowych Opery Paryskiej. Ale należy się śpieszyć, bo magii tego spektaklu można doświadczać tylko do 16 czerwca.

Znam entuzjastów opery, którzy o dziele Debussego wypowiadają się z niechęcią. Odstręcza trudna, pozbawiona śpiewaczych fajerwerków muzyka, gęsta narracja i nieodgadnione, bo wieloznaczne sensy, którymi opera jest przepełniona. Wielu uważa, że natrętny symbolizm dzieła wpływa na jego styl, który jak to barwnie opisał Piotr Kamiński w „Tysiąc i jednej Operze”, „(…) tańczy na cienkiej linie między wzniosłością a niezamierzoną parodią”.

Dla mnie, "Pelleas i Melisanda", przynajmniej w tej paryskiej, genialnej interpretacji Roberta Wilsona, jest poruszającą opowieścią o tajemnicy bytu, melancholijną ilustracją ludzkiego losu, historią nieuchronnej klęski, jaką niesie ze sobą życie. Jest to uniwersalne dzieło o przemijaniu, w którym wszystko, czego doświadczymy, okaże się zagadką. O bohaterach dramatu, w niezrównany sposób „opisanych” muzyką Debussego, tak naprawdę nie wiemy nic. Nie znajdziemy tu opisu krainy w której żyją, nikt nie wyjaśni nam motywów ich postępowania, nie dowiemy się również jaka przeszłość im „ciąży”. Tak naprawdę, nie możemy być nawet pewni, czy wszystko, w czym możemy jako widzowie brać udział, nie jest czasem grą chorej wyobraźni, zagubionego w lesie i wycieńczonego tułaczką Gollauda. Kim jest i skąd przybyła do nas Melizanda? Nie wiemy. Czy zdradziła swojego męża? Nie wiemy. Czy pokochała Peleasa? Być może… Dlaczego umarła? Boimy się zapytać.

Czy nie jest niesamowitym paradoksem, że ten, który wie najwięcej, zdaje się wszystko rozumieć i wybaczyć mądrością starego człowieka, jest niewidomym królem Arkelem…?

Naturalnie można starać się dzieło Debussego odbierać na zupełnie innym, aintelektualnym poziomie. Wystarczy dać się unieść muzyce i hipnotyzującej w swojej estetyce, oszczędnej w formie i doskonałej w „poezji ruchu”, wizualizacji. Kapitalna harmonia barwy, gestu, mimiki, oryginalnego stroju, zatrzymanego w pół kroku ruchu, wszystko to zespolone z muzyką i „oprawione przestrzenią”, oczarowuje pięknem najwyższej próby. Dzięki Robertowi Wilsonowi, jego reżyserii i scenografii możemy „chłonąć” muzykę i śpiew, w sposób tak naturalny i oczywisty dla nas, jak to, …że żyjemy. Choć sens tego ostatniego, jak uczy nas historia "Peleasa i Melizandy", i tak pozostanie dla nas na zawsze zagadką…



"Rigoletto" w Operze Bastille w Paryżu.

Autorzy: Beata i Michał

Piotr BeczałaRigoletto jest jedną z naszych ukochanych oper, toteż kiedy okazało się, że w drodze na narty możemy nadłożyć „trochę” drogi i zobaczyć jego wykonanie w Paryżu z Piotrem Beczałą, Nino Machaidze i Zeljko Lucicem, nie wahaliśmy się długo. Jeszcze w lipcu ubiegłego roku (2011) – w pierwszym dniu rezerwacji internetowej na ten spektakl, „czatowaliśmy” od rana przy komputerze by zdobyć bilety. Potem zostało nam już tylko czekać kolejnych 7 miesięcy na możliwość obejrzenia i wysłuchania genialnej opery :)

Kiedy dotarliśmy w styczniu do Paryża jeszcze raz z niepokojem sprawdziliśmy czy nic się nie zmieniło w obsadzie (niestety, z różnych przyczyn, wcześniej zdarzyło nam się nie usłyszeć Śpiewaka, dla którego głównie przyjechaliśmy). Na szczęście nazwiska głównej trójki Wykonawców cały czas widniały na stronie internetowej Opery, pozostało nam już tylko wyczekiwanie wieczora.

Rigoletto w Operze Bastille został wystawiony w sposób tradycyjny, bez udziwnień. Zarówno scenografia, jak i stroje „trzymały” się epoki, nie mieliśmy tu do czynienia z modnym ostatnio „modernizowaniem”. Generalnie nie jesteśmy przeciwni eksperymentom inscenizacyjnym, ale pod pewnym warunkiem, niespełnianym często przez ambitnych, zabiegających o oryginalność reżyserów. Otóż, naszym zdaniem, modernizacja opery ma tylko wtedy sens, gdy jej „unowocześnienie’, czy też adaptacja do współczesności czemuś służy, gdy reżyser próbuje nam zwrócić uwagę na wyjątkowy aspekt psychologiczny opowiadanej historii, wskazać na trwałość ponadczasowych wartości, lub też ujawnić skrywane intencje kompozytora lub/i librecisty (to ostatnie udało się naszym zdaniem w ubiegłym roku w Warszawie w przypadku najnowszej produkcji Turandot Pucciniego). W Paryskiej inscenizacji Rigoletto, zarówno reżyser, jak i scenograf trzymali się raczej klasycznej interpretacji, w której wizualizacja współgra z bardzo dobrą przy okazji „robotą” reżyserską. Bez fajerwerków, ale spójnie opowiedziana historia zapewniała świetny odbiór opery.

Jednak to, co sprawiło, że po operze żal było wychodzić z Sali, to wykonanie Zeljko Lucica jako Rigoletto, oraz duetu Nino Machaidze (Gilda) i Piotra Beczały (Książę Mantui). Zeljko Lucic, jest dla nas obok Leo Nucciego (niezapomnianym Rigoletto ze spektaklu w Weronie przed kilkoma laty) jednym z najwybitniejszych obecnie wykonawców tej roli, jakich mieliśmy możliwość obejrzeć na żywo. Nie sposób tu nie wspomnieć również o Andrzeju Dobberze, którego mieliśmy ogromną przyjemność podziwiać w tej roli w Operze Narodowej w Warszawie, bodaj jesienią 2010 roku. Rigoletto Zeljko Lucica był bardzo wiarygodny, głosowo świetny, a wykonanie arii „Cortigiani, vil razza dannata” poruszające. Piotr Beczała jako książę – fantastyczny. Mieliśmy już okazję podziwiać Piotra Beczałę w Balu maskowym Giuseppe Verdiego w Zurychu, ale tu, w Rigoletto, „podniósł” on dla nas znacząco rangę roli Księcia, która akurat nam zawsze, (może niesłusznie), wydawała się w tej operze trochę rolą „drugoplanową”. Ale to właśnie w trakcie tego spektaklu, po raz pierwszy chyba, dzięki jego świetnemu wykonaniu i bardzo dobremu aktorstwu, zwróciliśmy uwagę na arię Księcia „Parmi veder Le lagrime”. To ciekawe, że można wiele razy słuchać danej opery, a potem, czyjaś interpretacja zwraca nam nagle uwagę na to, czego wcześniej nie zauważaliśmy. Nino Machaidze jako Gilda bardzo autentyczna i wzruszająca.. W jej roli zagrało wszystko: młodzieńczy urok, uroda, naturalność, dobra interpretacja i oczywiście wykonanie wokalne. Bardzo udane duety z Piotrem Beczałą i Zeljko Lucicem. Naprawdę, oglądanie i słuchanie całej Trójki było dla nas wydarzeniem wyjątkowym. Warto było jechać tyle kilometrów żeby móc to zobaczyć i usłyszeć. W pozostałych rolach wyróżnili się, naszym zdaniem, Paul Gay, w roli Hrabiego Monterone i Dimitry Ivashchenko jako Sparafucile. Oba wykonania zrobiły na nas duże wrażenie. Jeśli do tego wszystkiego dodamy bardzo dobre wykonanie muzyczne przez Orkiestrę prowadzoną przez Daniele Callegari, to czegóż chcieć więcej. Trzeba to po prostu zobaczyć.

 

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)