opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

"Cavalleria Rusticana i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu

Piotr Nędzyński photo (c) Marek Grotowski opublikowane dzięki uprzejmości Opery Wrocławskiej
Piotr Nędzyński
Autor: Piotr Nędzyński
znawca opery i muzyki klasycznej, twórca programu telewizyjnego "Wokół Wielkiej Sceny"
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć...

Najnowsza premiera na scenie poznańskiego Teatru Wielkiego (premiera 31.01.2015) wywołała ożywione dyskusję. W pewnym – bardzo elitarnym co prawda, a więc nietypowym gronie, w którym spotykamy się regularnie co trzy tygodnie na kolacji od ponad trzydziestu lat, aby porozmawiać po niemiecku, pani profesor germanistyki zadała mi zasadne pytanie: po co publiczność chodzi do opery? Otóż nie ma jednej odpowiedzi. Trzeba by zresztą przeprowadzić badania socjologiczne, a ja tego nie zrobię. Mogę zatem jedynie powiedzieć, po co ja chodzę do opery. Otóż z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby posłuchać ulubionych śpiewaków - najchętniej w nowych partiach - albo nowych, nieznanych mi jeszcze śpiewaków. Po drugie, aby zobaczyć nową inscenizację. No ale ja jestem zawodowym krytykiem. Podstawowy repertuar, dokładnie tak jak Piotr Kamiński, któremu przy okazji dziękuję za miłe słowa w arcyciekawym wywiadzie na „opera.info.pl”, poznałem jeszcze w szkole podstawowej, ewentualnie w liceum, chodząc regularnie, parę razy w miesiącu do Opery Poznańskiej, słuchając radia, a potem także płyt. Z Piotrem Kamińskim poza długą znajomością, sięgającą czasów liceum, łączy mnie bardzo wiele, jeśli chodzi o poglądy na operę (znowu odsyłam do wspomnianego wywiadu), a przede wszystkim to, że obaj większość repertuaru, śpiewaków, dyrygentów poznaliśmy z nagrań gramofonowych i obaj zgromadziliśmy w ciągu długiego życia (Piotr jest o rok młodszy) w swoich płytotekach prawie wszystko, co nagrano. Jeśli chodzi o przedmiotowe opery Mascagniego i Leoncavalla, każdą mam w ponad trzydziestu nagraniach studyjnych bądż dokonanych „na żywo”, a jeśli znajdzie się coś nowego w archiwach operowych świata i ktoś to wyda, to z pewnością kupię.

"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć...

Podobną do mojej odpowiedź na pytanie, po co chodzą do opery, daliby z pewnością krytycy, których corocznie od 1985 roku spotykam na Festiwalu w Salzburgu, gdzie należę do grona kilku najdłużej tam obecnych. Coś mi się zresztą zdaje, że jestem rekordzistą, niestety. W tym czasie widziałem tam co najmniej po pięć inscenizacji najważniejszych oper Mozarta, żeby wspomnieć tylko tego kompozytora. Każda oddawała jakoś, mniej czy bardziej udanie, zmieniające się mody. W każdym razie na pytanie, które padło we wspomnianej na wstępie dyskusji, czy nie można pokazać CAVALLERII tak jak chciał librecista, czyli na Sycylii, a PAJACÓW w Kalabrii, i to w XIX wieku, odpowiedź brzmi: można, tylko, że byłoby to cofnięcie się co najmniej do lat 80-tych ubiegłego wieku. Tylko pierwszy DON GIOVANNI, którego widziałem w Salzburgu jeszcze w erze von Karajana (zmarł w roku 1989) i pod jego dyrekcją, rozgrywał się w Sewilli, to znaczy w dekoracjach pokazujących Sewillę i w kostiumach z epoki. A jeden odbył się cały, od początku do końca, w lesie na obrotowej scenie. W dodatku ten był chyba najbardziej interesujący. Widziałem go dwa razy. Drugi raz z Aleksandrą Kurzak w partii Donny Anny.

W latach 90-tych XX wieku nadeszła moda na ascetyczne, jednobarwne dekoracje złożone z klocków o różnych kształtach geometrycznych i absolutnie współczesne kostiumy, czyli w istocie brak kostiumów w zwyczajowo przyjętym sensie tego słowa, bo na scenie oglądaliśmy mniej więcej tak samo ubranych ludzi, jak na widowni. Pamiętam Festiwal  (nie chce mi się sprawdzać roku) w erze legendarnego zresztą Gerarda Mortiera, na którym byli TROJANIE Berlioza, dwie opery Mozarta, jedna Richarda Straussa, chyba coś Glucka i coś Monteverdiego, każda oczywiście inscenizowana przez kogoś innego. Panowie w prawie każdym z tych przedstawień występowali w garniturach, panie miały suknie bardziej zróżnicowane, powiedzmy: oddające charakter postaci. Natomiast dekoracje różniły się tylko kolorem i kształtem użytych klocków tak, że odnosiłem wrażenie, że każdą z tych oper można by rozegrać w scenerii z poprzedniego albo następnego dnia i poza twórcami, nikt by się nie zorientował. Publiczności z pewnością byłoby to obojętne. Tego jednak nawet dla mnie było już za dużo i poczułem się zirytowany. Ale monotonią pomysłów, a nie odejściem od konkretnie zaznaczonego w libretcie miejsca i czasu akcji.

"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć...

W dzisiejszym teatrze operowym autor inscenizacji jest bogiem. Doszło już nawet do tego, że mówi się na przykład TRAVIATA Trelińskiego (niektórzy dodają jeszcze, że z Herbuś). Budzi to mój protest, bo dla mnie jednak najważniejsza jest muzyka, a w niej śpiewacy. Ale fakt pozostaje faktem i ma też swoje dobre strony, bo każda premiera dodatkowo zaciekawia. Ja powiem tylko, że inscenizator może bardzo wiele wymyślić, byle pozostał wierny podstawowej materii dzieła, czyli muzyce i stworzył widowisko wewnętrznie spójne, zachowujące zasady logiki. Oczywiście najlepiej, jeśli w łączności z muzyką działa na emocje słuchaczy i ma im coś istotnego do powiedzenia. Co prawda zdarzyło mi się w Salzburgu widzieć, i to dwa razy, UPROWADZENIE Z SERAJU w inscenizacji debiutującego wówczas, a dzisiaj słynnego norweskiego reżysera Stefana Herheima, które w ogóle było nie na temat. Konstancja i Belmonte wchodzili na proscenium podczas uwertury nago i rozgrywali niemą scenę, Osmina nie było w ogóle, jego rolę grała chyba automatyczna pralka, a głównym tematem był strach młodych bohaterów przed małżeństwem. Większość publiczności protestowała głośno, krytycy się podzielili, reżyser zrobił superkarierę. Na jednym z przedstawień w 2003 roku Jonas Kaufmann, który śpiewał Belmonta, zawołał do krzykaczy na widowni, że każdy może sobie iść do domu, jeśli woli nie oglądać. A ja się naprawdę śmiałem i chociaż wykraczało to poza moje rozumienie roli inscenizatora w operze, wszystko razem bardzo mi się podobało.

Ten przydługi wstęp był konieczny, aby zrozumieć mój odbiór i ocenę poznańskich przedstawień. Otóż zważywszy wszystkie moje doświadczenia z teatrem operowym uważam ten wieczór za niezwykle interesujący, co nie znaczy, że nie mam zastrzeżeń.

Zacznę od tego, co łączy dwie bardzo odmienne estetycznie inscenizacje, czyli orkiestry i dyrygenta. Otóż, pomijając drobną wpadkę harfistki w Sicilianie na początku CAVALLERII, być może zresztą zawinioną przez tenora, orkiestra grała świetnie. Nieprawda, że zbyt głośno. Proporcje brzmienia w odniesieniu do śpiewaków w moim odczuciu były prawidłowe. Ale nie mogę się powstrzymać od uwagi, że w CAVALLERII miałem wrażenie, być może mylne, iż zarówno scena jak i kanał orkiestry były nagłośnione. Nie odczuwałem już tego w PAJACACH, czyli po przerwie. Być może dokonano korekty. Nie wiem. Jest tajemnicą poliszynela, chociaż nikt się do tego oficjalnie nie przyznaje, że w największych salach świata dyskretnie nagłaśnia się śpiewaków. Dyskretnie!!! Teatr Wielki w Poznaniu przed ostatnią przebudową sali za poprzedniej dyrekcji miał rewelacyjną akustykę i z pewnością nagłośnienia nie używano. A sygnały o tym, że coś jest nie tak z akustyką mam już od pewnego czasu ze strony emerytowanych śpiewaków, niegdyś gwiazd tego teatru i znajomych melomanów.

"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć...

Dyrygent. W tradycji włoskiej pełni rolę do pewnego stopnia służebną wobec śpiewaków. Jeśli jest wielkim mistrzem, jak Tullio Serafin w nagraniach obu oper z Marią Callas i Giuseppe di Stefano, Gianandrea Gavazzeni w CAVALLERII, a  Giuseppe Patane w PAJACACH z Pavarottim, Giuseppe Sinopoli w CAVALLERII z Domingiem i Baltsą, Riccardo Chailly w PAJACACH z Curą i Frittoli, efekt jest porywający. Z tą włoską tradycją zerwał Riccardo Muti, który jest tyranem, a zarazem wielkim mistrzem. Jego nagrania CAVALLERII (Caballe, Carreras) i PAJACÓW (pierwsze: Scotto Carreras, drugie: Dessi, Pavarotti) czynią z niego gwiazdę, niestety moim zdaniem nieco kosztem śpiewaków, zresztą będących tutaj, poza Caballe, w nienajlepszej formie. Ideałem są nagrania obu oper pod dyrekcją Herberta von Karajana. Co do tego istnieje communis opinio doctorum. W CAVALLERII są absolutnie rewelacyjni Cossotto i Bergonzi, w PAJACACH bardzo dobra Carlyle i fantastyczny Bergonzi. Karajan traktuje orkiestrę przez pryzmat Wagnerowski wydobywając niuanse, których nikt by się nie spodziewał, a zarazem oddycha wraz ze śpiewakami, bo wie, że istotą włoskiej opery jest śpiewność. Rezultat jest wstrząsający, odkrywczy nawet, gdy słucha się tego po raz setny, a ja żyję z tymi nagraniami od lat blisko pięćdziesięciu (powstały w 1965 roku i zanim kupiłem winylowe wówczas płyty, potem kompaktowe, słuchałem tego w radiu). Gabriel Chmura za młodych lat był asystentem mistrza i coś od niego przejął. Też traktuje obie partytury tak, jakby wyszły spod pióra Wagnera, chociaż nie jestem pewien, czy oddycha wraz ze śpiewakami. Jeśli nie, to powinien się z nimi porozumieć. Ja w każdym razie nie miałem wrażenia dyskomfortu. U Karajana CAVALLERIA trwa 81 minut, PAGLIACCI -78 minut i są to najwolniejsze tempa na płytach. Niektórzy Włosi dyrygowali w nagraniach bardzo szybko (około 65 minut). Pośrodku są: James Levine (Scotto, Domingo) w CAVALLERII (71 minut) i Riccardo Chailly (Frittoli, Cura) w PAJACACH (73 minuty). Gabriel Chmura prowadził oba dzieła dość wolno, ale tylko nieco powyżej średniej. Nie patrzyłem na zegarek, ale w każdym razie odczuwałem, że było to tempo giusto. Na ogromne uznanie zasługuje otwarcie tradycyjnego teatralnego „vide”, czyli skrótu, w duecie Neddy i Silvia. W pełnej jego wersji możemy bowiem lepiej zrozumieć motywy Neddy, która naprawdę  pokochała Silvia, a nie tylko chce uciec od Cania. Także, zgodnie z intencjami kompozytora, ostatnie słowa w PAJACACH: „La commedia e finita” wypowiada Tonio, a nie Canio.

Śpiewacy. W obu operach partię tenorową wykonał George Oniani, pochodzący bodajże z Gruzji, a występujący głównie na scenach niemieckich. Ma solidnie brzmiący głos o niebrzydkiej barwie, ale śpiewał dość monotonnie pod względem dynamicznym, głównie forte i mezzoforte. Wyrażnie gorzej czuł się jako Turiddu, może był nie rozśpiewany. Nie zaryzykował wysokiego „si naturale”, zgodnie z tradycją wieńczącego pieśń toastową. Ale nie musiał, bo nie ma go w partyturze. Pokazał je natomiast w PAJACACH („A venti tre ore”). Jako Canio był generalnie dużo lepszy, także pod względem wyrazowym. Zarówno w arii „Recitar…Vesti la giubba” jak w scenie finałowej „No, pagliaccio non son” naprawdę wzruszał.

"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć....

Helena Zubanovich jako Santuzza wokalnie i aktorsko zdominowała CAVALLERIĘ. Głosem o bogatej barwie, lśniącym i wibrującym emocjami sięgała do bardzo dawnej tradycji włoskich mezzosopranów. Niestety także w niedobrych aspektach, na przykład zdecydowanie przesadnie eksponując piersiowe niskie dźwięki. Czekałem na dwie kluczowe frazy: zakończenie modlitwy z chórem, „Inneggiamo, il Signor non e morto” oraz najtrudniejszy fragment duetu z Alfiem, „Turiddu mi tolse, mi tolse l’onore”. W obu przypadkach partytura przewiduje dwie opcje. W modlitwie w wyższej wersji fraza znajduje kulminację w wysokim „si naturale”, w duecie prowadzi do „si b-moll”. Znam tylko takie wykonania, w każdym razie nie przypominam sobie innych. Artystka wybrała drugą opcję, wykonując obie frazy o tercję niżej.

Bardzo dobry był Jaromir Trafankowski jako Alfio. Monika Mych-Nowicka w partii Loli i Sylwia Złotkowska w partii Łucji to luksusowa obsada.

W PAJACACH urzekła mnie pięknem dźwięku i kulturą wokalną Roma Jakubowska-Handke.

Ale rewelacją całego wieczoru okazał się zaledwie dwudziestoletni student Andrzej Filończyk w partii Tonia. Głosy o tak olśniewającej, bogatej barwie zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat. Zdumiewała wręcz swoboda w bardzo indywidualnym, a technicznie nieskazitelnym, prowadzeniu fraz. Brawa dla młodego śpiewaka i jego profesora.

Rozczarował mnie niestety Michał Partyka w partii Silvia. Jego baryton brzmiał sucho, a frazowanie było ledwie poprawne. Także Karol Bochański jako Beppe bardzo daleki był od wokalnego ideału (vide Tito Schipa, Piero de Palma).

Chór, kierowany przez Mariusza Otto, jak zawsze pokazał swoją nieodmiennie wysoką klasę.

"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu zdjęcie (c) Marta Stawska
"Cavalleria Rusticana  i Pagliacci" w Teatrze Wielkim w Poznaniu
zdjęcie (c) Marta Stawska; kliknij, aby powiększyć...

Wracamy do inscenizacji. W obu przypadkach mamy do czynienia z debiutantami w operze. Tyle, że Leszek Mądzik (CAVALLERIA RUSTICANA) ma lat siedemdziesiąt, a Krzysztof Cicheński (PAGLIACCI) gdzieś niespełna trzydzieści. Leszek Mądzik jest także autorem scenografii, reżyserem światła i zaprojektował kostiumy chóru. W scenerii, którą stworzył można by pokazać prawie wszystko, na pewno z wyjątkiem WESOŁEJ WDÓWKI i ZEMSTY NIETOPERZA. Ale, w przeciwieństwie do opisywanych wyżej klockowych dekoracji na Festiwalu w Salzburgu, obraz, który stworzył jest plastycznie urzekająco piękny, sugestywny i w moim odczuciu zgodny z charakterem zarówno muzyki jak dramatu rozgrywającego się na scenie. W muzyce mamy tylko cztery pogodne fragmenty: Sicilianę, następujący po niej chór „pomarańczowy”, arię Alfia i pieśń toastową. Reszta jest mroczna, nasycona namiętnościami, tragiczna i grożna. Z ciemności tym wyraźniej wyłaniają się przepysznie piękne, barwne stroje solistów autorstwa Zofii de Ines. Zastrzeżenia mam do kostiumów chóru, szczególnie pań, które nie wiedzieć czemu ubrane są jak prawosławne mniszki na pogrzebie. Chór potraktowany został zresztą dziwacznie. Jeśli się porusza, to w szyku i przypomina raczej automaty, niż żywych ludzi. Może miał z założenia stanowić rodzaj żywego (jednak!) elementu scenografii. Śpiewacy-aktorzy grają natomiast wyraziście, dosłownie werystycznie, czasem tylko zastygając w zaprojektowanych pozach. Ale skoro tak, to jedna scena jest zupełnie bezsensowna. Turiddu i Lola całują się publicznie i z wielką namiętnością na oczach całej społeczności, a przecież niewierny kochanek dopiero co przestrzegał Santuzzę, aby nie wydawała jego tajemnicy, bo jeśli to zrobi, czeka go śmierć z ręki Alfia. Ten spektakl ma wady, ale na pewno pozostanie w mojej pamięci.

Zachowam w pamięci także zupełnie odmienne w charakterze przedstawienie PAJACÓW w inscenizacji i reżyserii Krzysztofa Cicheńskiego (dekoracje-Magda Flisowska, kostiumy-Julia Kosek, reżyseria świateł-Marek Rydian). Tutaj jesteśmy w hali pełnej rekwizytów, w której aktorzy przygotowują się do przedstawienia. Na środku jest spora platforma, otoczona niską balustradą skonstruowaną ze złowrogich, skierowanych ostrzem w górę, noży. Na tej platformie rozegra się commedia dell’arte II aktu, zakończona czysto ludzką tragedią, którą nieświadomi jeszcze tego widzowie komentują: patrzcie, jak oni świetnie grają, jakby to było naprawdę. To jest naprawdę. Spektakl odwołuje się do różnych konwencji teatralnych, archetypów, malarstwa. Ale w podstawowej warstwie jest naturalistyczny i słusznie. PAGLIACCI, tak jak i CAVALLERIA RUSTICANA, to przecież narodziny weryzmu w operze. Chór w tym spektaklu jest bardzo ruchliwy i bierze żywy udział w akcji. Jego śpiewacy tworzą postacie zindywidualizowane mimo jednolicie czarnych kostiumów. Znakomicie spisali się aktorsko wszyscy soliści. Czuć było wprawną rękę reżysera w każdym detalu. Brawa dla Krzysztofa Cicheńskiego. Przyjść do opery wprost z teatru alternatywnego i odnieśc sukces to nie lada wyczyn.

Czy potrzebne jest jakieś podsumowanie? Tak, chciałbym to jeszcze raz obejrzeć.
Piotr Nędzyński

 

  • Z przyjemnoscią ale i z zazdroscią czytam tak swietne merytorycznie i wnikliwe recenzje Pana Piotra.
    Korzystam z okazji i prostuję oraz uscislam to, co napisałem na zakończenie swojego komentarza z Wesołej Wdówki, a co ma związek z tą recenzją. Pan Piotr napisał, że obejrzałby jeszcze raz ten intresujący spektakl. Otóż Henryk Swolkień w książce Spotkanie z operą, poradził młodym słuchaczom, żeby sobie zadali dwa pytania po obejrzeniu opery: czy zrobiła na mnie wrażenie i czy chciałbym ją obejrzeć jeszcze raz. Ja te pytania odnoszę do konkretnych spektakli (znanych nam oper). 1. Czy mi się podobał (spektakl), 2. Czy obejrzałbym go jeszcze raz. Te pytania zawsze sobie stawiam, ale ostatnio odpowiadam tylko negatywnie (z wyjątkami oczywiście – większości z MET, bo tylko je oglądam). I takie pytania powinnismy sobie zadawać po każdym spektaklu – czy to w operze, czy w kinie, czy w internecie. Bardzo trafna jest opinia o uniwersalności scenografii w obecnych „inscenizacjach”. Jedna, a widzowie i tak się nie „połapią”. Gdyby zamieniono przypadkowo dwie inscenizacje, to też „widzowie” odebraliby je z „cmokaniem” i brawami. Pan Piotr mnie ubiegł, bo teraz to już nie jest takie odkrywcze. Chodzi mi po głowie od dłuższego czasu propozycja teleturnieju na wzór – „Jaka to melodia”. „Jaka to opera”, ale „puszczamy” operę … bez muzyki i odgadujemy ją na podstawie scenografii. Straszny Dwór czy Halkę w „normalnej” – to łatwo, ale np. wczorajszą Łucję z Monachium, to tylko jej „twórcy” by ją rozpoznali.
    I też pytanie zasadnicze – po co chodzimy do opery ? Moja kolejność: muzyka, spiewacy, inscenizacja. ( Nie jestem tak „obsłuchany”). I następne pytanie: czy poszedłbym na nią jeszcze raz ? (w domysle – chodzi o inscenizację). Dyskusje o uwspólczesnionych inscenizacjach są konieczne, ale powinny się kończyć: pozostańmy przy swoich zdaniach (wiemy z kim mamy do czynienia), a rację (swoją) mają widzowie, którzy „walą”, bo … nie mają wyboru.
    Jeżeli chodzi o nagrania, to Pan Piotr skupia się na dyrygentach, wspominając o śpiewakach. Mario Santini nie jest może bardzo znany i nie wiem czy dobrze dyryguje, natomiast jego nagranie Rycerskosci i Pajaców z Corellim jest mi najbliższe. Podobnie wszystkie nagrania na żywo Corellego, z MET na czele pod Bernsteinem z 1970 r. Moim skromnym zdaniem – Corelli w tych rolach nie ma konkurencji. Pan Piotr był chyba podobnego zdania w swoich audycjach radiowych, ale może je zmienił, bo o nim nie wspomina, tyle lat upłynęło …
    Napisałem - z zazdroscią … Na 10 spektakli (nie tylko oper) premierowych w TWONie, z „żelaza” jest tylko Wilhem Tel i to w koprodukcji, trendy oczywiście. Nawiasem dodam z przykroscią, że zniknęła internetowa informacyjna strona z TWONu z dokonaniami kulturalnymi (operowych nie było) i odznaczeniami naczelnego mgr inż. Dyrektora (kilkadziesiąt pozycji).

    Przepraszam, że za długo i jak zawsze kłaniam się.

    Komentarz ostatni edytowany około 3 lat temu przez Dodek
    0
  • Dziękuję za miłe słowa. Dyrygent, o którym Pan pisze, to z pewnością Gabriele Santini.. Bardzo go cenię i lubię jego nagrania. On właśnie reprezentował dobrą starą szkołę włoską dyrygentów operowych. Ale z Corellim (i Victorią de los Angeles) nagrał w studiu tylko CAVALLERIĘ w 1962 roku dla EMI. PAJACAMI, nagranymi nieco wcześniej, w 1960 roku dla tej samej firmy, z Corellim i Lucine Amara, dyryguje Lovro von Matacic. W wydaniu kompaktowym te nagrania są razem, stąd pewnie Pana pomyłka. Corellego nadal uwielbiam i uważam, że obie jego kreacje w tych nagraniach: Turiddu i Canio to są absolutne szczyty zarówno jeśli chodzi o piękno głosu jak mistrzostwo interpretacji. Mam też nagrania obu oper z Corellim dokonane podczas przedstawień.
    Bardzo serdecznie pozdrawiam.

    0
  • Dziękuje bardzo za korektę, za dużo tych "Mariów" w mojej głowie. Bardzo się cieszę za potwierdzenie opinii o wspaniałym Franco Corellim. Poczułem się wzmocniony psychicznie. Bardzo lubię jego nagrania na żywo, w których dawał z siebie wszystko, a nawet ... więcej niż w studyjnych.
    Serdecznie Pana pozdrawiam.
    PS. Zachowało się u mnie jedno nagranie Pana audycji z lat osiemdziesiątych. Piękne audycje nadawane o złej porze (obiadowej).

    0
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)