opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Transmisje z MET

„Bal maskowy” z MET, czyli spektakl z deficytem uczuć

Autorzy: Beata i Michał

Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Zdjęcia Kena Howarda; kliknij, aby powiekszyć...

W sobotę mogliśmy obejrzeć kolejny spektakl w ramach cyklu transmisji Live z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Był to „Bal maskowy” Giuseppe Verdiego. Ostatni raz, na żywo, widzieliśmy tą operę w Zurychu, w której partię Króla Gustawa III świetnie zaśpiewał Piotr Beczała. Pomimo, że w tamtej produkcji było wiele dziwnych rozwiązań scenicznych (gigantycznych rozmiarów ręka pojawiająca się z góry, imitująca chyba siłę wyższą, która kieruje zachowaniami poszczególnych postaci, wielkich rozmiarów krzesło królewskie, na którym Piotr Beczała siedział „dyndając” w powietrzy nogami jak dziecko, czy też dziwny stwór wyglądający jak smok, synonim „złego”, w scenie z Ulryką), to jednego nie możemy jej odmówić, że była ona intrygująca a poszczególne sceny były wizualnie bardzo ciekawie „skomponowane”. Tamta inscenizacja, choć nietypowa i zaskakująca, miała swój urok, i co najważniejsze, trudno było się na niej nudzić; można było najwyżej nie zrozumieć wszystkim pomysłów reżyserskich. Za to obsada zaśpiewała wówczas znakomicie.

Ale, ale … przecież to nie o tej produkcji chcemy opowiedzieć. Sobotnie przedstawienie, będące produkcją Davida Aldena, również było dla nas pełne zagadek, symboli, ale niestety trochę … powiało nudą. Nie rozumieliśmy, dlaczego Oskar ma skrzydła, co ma symbolizować olbrzymich rozmiarów obraz Merry-Josepha Blondela na suficie, przedstawiający upadek Ikara, (symbol upadku Giustawa ?), dlaczego akcję opery przeniesiono do lat 30-stych, z kostiumami z tamtego okresu (dobrym przykładem jest tu suknia Ulryki), dlaczego od czasu do czasu pojawiają się na scenie zimne, modernistyczne elementy, jak an przykład metalowe biurka w pierwszej scenie pierwszego aktu. W pomyśle na scenografię uderzał pewien brak spójności. Jak dodamy do tego sposób prowadzenia postaci, pokazania ich wzajemnych relacji, to z przykrością to stwierdzamy, do końca drugiego aktu, jak dla nas, wszystko rozgrywało się praktycznie… bez emocji.

Akt pierwszy, został wystawiony trochę w wodewilowym tonie, począwszy od, budzącego zdziwienie, tańca Gustawa i Oskara w trakcie uwertury, poprzez trochę musicalowe wejście zamaskowanych towarzyszy króla w scenie z Ulryką, (kiedy zobaczyliśmy tą scenę to przez myśl nam przemknęła scena z „Deszczowej piosenki”), aż do ostatniej sceny pierwszego aktu, gdy Gustaw wyśmiewa swoich towarzyszy, że bezgranicznie wierzą w przepowiednie Ulryki, wszystko z nieco „efekciarskim” zacięciem, ale bez dramatyzmu, z „wyblakłymi” emocjami.

Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Zdjęcia Kena Howarda; kliknij, aby powiększyć...

W akcie drugim, trudno jest się wzruszyć słuchając duetu Gustawa z Amelią, kiedy przez większą jego część śpiewają oni oddaleni od siebie, zwróceni nie ku sobie, tylko do publiczności, i to w scenerii bardziej przypominającej puste, zimne pomieszczenie niż pogrążone w mroku nocy, przerażające miejsce, gdzie rosną magiczne zioła, mające wyzwolić Amelię z „zakazanej” miłości. A przecież duet "Teco Io Sto... Oh, Qual Soave Brivido" w przedstawieniu w Zurychu był muzycznym i wokalnym majstersztykiem, zaśpiewanym bardzo przejmująco, z dużym ładunkiem emocjonalnym, w ponurej, złowrogiej, wręcz przerażającej scenerii. Tutaj patrzyliśmy na to, co się rozgrywa na scenie, trochę obojętnie, a zastosowana symbolika zupełnie do nas nie trafiła. Tak naprawdę, to nie dziwimy się, że śpiewacy podkreślali w przerwie, że reżyser spektaklu rozumie ich potrzeby i robi wszystko, żeby ułatwić im pracę. Lecz czy musi to oznaczać stosowanie staroświeckiej, osławionej metody „park and bark”, kiedy to wykonawcy głównych ról, po prostu stoją w „bezpiecznej” do siebie odległości i patrząc na widownię …wyznają sobie miłość. Mamy wrażenie, że do takiego sposobu miłosnego „dialogowania” zdecydowanie bardziej nadaje się aplikacja Skype w Internecie, a nie deski teatru operowego :)

Tak naprawdę z emocjonalnego snu zbudziliśmy się dopiero w akcie trzecim. Tu zabieg scenograficzny, polegający na stworzeniu niewielkiego, nawet nieco klaustrofobicznego pomieszczenia, bardzo nam się spodobał. Pozwoliło to stworzyć atmosferę intymności i bliskości w trakcie poruszającego dialogu Amelii z mężem. Od tego momentu poczuliśmy, że śpiewacy są „w historii”, a nie stoją obok. Poruszająco zaśpiewane "Morro, ma prima in grazia" przez Sondrę Radvanovsky, wspaniałe wykonanie arii "Eri Tu Che Macchiavi Quell'Anima" przez Dmitriego Hvorostovsky’ego. Chyba była to najlepsza scena tego wieczoru i wokalnie, i muzycznie, i wizualnie, i pod względem emocji. Potem niestety znów wróciliśmy do dużych przestrzeni, wręcz monumentalnych wnętrz i pewnej „sterylności”, jeśli chodzi o atmosferę na scenie. Już do końca wzruszenia do nas nie wróciły.

Co do samego poziomu wokalnego tego spektaklu, to był on znacznie lepszy niż jego wizualizacja, choć brak odpowiedniego, współkreowanego zwykle przez scenograficzne „zabiegi” klimatu, atmosfery, osłabił nieco dobre wykonanie wielu partii. Marcelo Álvarez bardzo dobrze zaśpiewał partie Gustawa, mimo, iż w niektórych momentach jego głos był nieco „wytężony”, to jednak całość została zaśpiewana przekonująco, tam gdzie trzeba z odpowiednią mocą i energią, a w scenach lirycznych z wyczuciem. Nie pomogła mu co prawda zaproponowana, jak rozumiemy, przez reżysera wizja króla Gustawa, taka trochę w stylu niedojrzałego chłopca, ale to nie jest już akurat jego wina. Jest to zwłaszcza widoczne w trakcie rozmowy z Ulryką (bagatelizowanie przepowiedni), czy też, gdy decyduje się pójść na bal, by nikt nie pomyślał, ze jest tchórzem. Nie widzimy w tych scenach odważnego monarchy, gardzącego śmiercią, przekonanego, że to on sam decyduje o swoim losie, tylko nieco niedojrzałego mężczyznę, który z pewną dezynwolturą i egzaltacją odnosi się do otoczenia. Ale cóż, widocznie tak jego postać, widział reżyser, bo znamy Marcelo Álvareza z innych wykonań, gdzie świetnie potrafił wcielić się w role dramatyczne.

Sondra Radvanovsky bardzo dobrze aktorsko zagrała Amelii. Może bywała momentami nadmiernie „rozedrgana”, ale zaangażowanie dramatyczne było zawsze obecne w jej śpiewie, geście i zachowaniu na scenie. Ma mocny głos, którym potrafi dobrze „opisać” i przekazać emocje, ale … nic na to nie poradzimy, jej styl śpiewania - głos non stop „drżący jak liście na wietrze”, wpadający co rusz w nadmierne (aby nie powiedzieć stałe) wibrowanie, nie zachwyca, a momentami wręcz irytuje. I to jest pewien nasz osobisty kłopot, bo obiektywnie nic Pani Sondrze Radovansky nie można zarzucić jeśli rozważać technikę jej śpiewu, ale niemalże stałe wibrowanie obecne w jej wykonaniach (słyszeliśmy inne i było dokładnie tak samo), nie czyni nas entuzjastami jej talentu.

Strephanie Blythe jako Ulryka bardzo nam się wokalnie podobała. Piękny, mocny, głęboki mezzosopran, dobrze zagrana rola, a nie jest to przecież prosta partia. Byliśmy pod dużym wrażeniem jej niepospolitych możliwości i pewnej łatwości z jaką głosem operuje, nawet w najbardziej „ryzykowanych” dla śpiewaczki momentach. No i oczywiście Dmitri Hvorostovsky jako Renato. Klasa sama dla siebie, pełny, głęboki barytonowy głos, świetnie prowadzony, czysto i z wielką mocą. Trochę szkoda, że w pierwszych dwóch aktach, śpiewak pozostał, jak dla nas, emocjonalnie trochę obok granej postaci, ale za to w trzecim akcie wreszcie mogliśmy zobaczyć „tego” Dmitria Hvorostovsky’ego i mieliśmy zarówno wspaniały śpiew, jak i wiarygodną postać sceniczną. Super!

Bardzo przyjemne wykonanie partii Oskara przez Kathleen Kim oraz dobre role towarzyszące Samuela i Toma.

Orkiestra pod batutą Fabio Luisiego zagrała bardzo poprawnie, choć trudno nam powiedzieć czy zawsze w pełni oddała dramatyzm i emocje poszczególnych arii i duetów, bo gdy na scenie jest trochę „chłodu” to trudno tak do końca zachwycić się muzyką.

Podsumowując, gdybyśmy mieli ocenić wykonanie wokalne i muzyczne sobotniego spektaklu to było po prostu dobrze, ale od strony inscenizacji, była to produkcja, o której pewnie szybko zapomnimy. A wielka szkoda, bo potencjał obsady był na pewno większy …

Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET Bal Maskowy photo Ken Howard (c) MET opublikowane przez opera.info.pl dzięki uprzejmości MET
Zdjęcia Kena Howarda; kliknij, aby powiększyć...
  • Nie oglądałem tego spektaklu w kinie,a słuchałem jedynie przez radio i tylko do spraw muzycznych chciałbym się odnieść.W wielkiej mierze zgadzam się z Państwa opiniami na ten temat. Marcelo Alvareza pamiętam jeszcze jako tenora lirico leggiero.Wspaniale śpiewał partię Elwina w "Lunatyczce" w czasie pamiętnej wizyty weneckiego Teatro La Fenice w Warszawie,w lutym 1996r.Potem zabrał się za partie bohaterskie typu Manrico,a nawet Radames.Sam byłem świadkiem "zamieszek" w madryckim Teatro Real w trakcie spektaklu "Andrea Chenier", gdy przez pomyłkę technika wydało się,że Pan Marcelo śpiewał z nagłośnieniem na mikroporcie,a i tak zachrypł dokumentnie.Głos to bardzo,bardzo ładny,choć akurat w "Balu" pokazał trzy różne rodzaje emisji,głuchy dolny odcinek skali i "wyskakujące" z linii wokalnej góry.Jego parnerka Pani Sondra to podobny przypadek,przy ładnym i bogatym głosie,"wibro" nie do zniesienia. Mój ulubiony Dymitr Hvorostowski barytonem verdiowskim raczej nie jest,ale wrodzone piękno barwy i niemałe przecież możliwości sprawiają,że słucha się go z przyjemnością. Ulryka nie zachwycała właśnie barwą głosu,ale była bardzo skuteczna wokalnie,podobnie jak wykonawczyni partii Oskara. Maestro Luisi-uffff.....,reklamowany jako nowy genialny następca Jamesa Levina. Moim zdaniem to ogromna przesada,orkiestra odegrała poprawnie swoją partię, a dyrygent "odtaktował" spektakl,nie znajdując niczego godnego podkreślenia w pięknych włoskich frazach tej opery. Chór Metropolitan składa się zapewne z weteranów Wojny Secesyjnej,czego ja akurat nie mogę nigdy pojąć. W sumie rozczarowanie i poważnie się zastanawiam, czy słuchać w nadchodzącą sobotę "Aidy" pod tą samą batutą[słoweńskie Radio Ars].Tym,którzy chcą posłuchać lub zobaczyć pawdziwy "Bal maskowy" radzę zainteresować się nagraniami Claudio Abbado[wersje audio dla DG,lub video z Londynu-wszystko z Domingiem],ewentualnie studyjnym nagraniem Mutiego dla EMI. Pozdrawiam serdecznie! Wojtek

    2
  • Panie Wojtku jesteśmy Panu bardzo wdzięczni za podzielenie się tą właśnie opinią, bowiem jako amatorzy staramy się unikać pisania negatywnych recenzji, a jeśli już piszemy, to zawsze z "duszą na ramieniu", że możemy się nieźle "wygłupić", albo co gorsza skrzywdzić kogoś naszymi sądami. Pańskie spostrzeżenia współgrają tymczasem znakomicie z naszymi, co przyniosło nam ulgę, bo przynajmniej mamy poczucie, że nie jesteśmy w negatywnym odbiorze najnowszej produkcji MET osamotnieni.

    "Bal maskowy" sprawił nam wielki zawód, bo na ogół spektakle z Nowego Jorku prezentują co najmniej bardzo dobry poziom (choćby transmitowana tydzień wcześniej "Łaskawość Tytusa", której wersja z MET "udowodniła", że genialny kompozytor plus znakomite głosy oraz świetny reżyser, potrafią nawet z marnego libretta "wycisnąć" spektakl znakomity:) - postaramy się jeszcze nadrobić tę zaległość i o tym wykonaniu "Łaskawości..." coś napisać), i jeśli nawet kontrowersyjne (bo albo zbyt konserwatywne lub zbyt nowatorskie, choć to drugie znacznie rzadziej) to z reguły są wydarzeniami w świecie sztuki operowej.

    A tak na marginesie Pańskiego spostrzeżenia o tym , że "(...)Dymitr Hvorostovski barytonem verdiowskim raczej nie jest", to tenże w przerwie "Balu maskowego" był łaskaw udzielić wywiadu, z którego wynikało, że do śpiewania tych właśnie ról jest znakomicie przygotowany i - jak można było z kontekstu wnioskować - jego głos świetnie do nich pasuje. Nie umiemy tego przesądzić, ale czegoś innego jesteśmy absolutnie pewni. Przy całym szacunku dla kunsztu wokalnego Pani Sondry, jej permanentne "wibrato" jest dla nas trudne do zaakceptowania ;)

    Serdecznie pozdrawiamy

    1
  • Słyszałam tylko trzeci akt opery ,najbliższą emocji wydała mi się Sandra Radvanowski,ale faktycznie- wrażenie na pewno nie na miarę Balu. W sumie moje gapiostwo oszczędziło mi wiele nerwów!
    Moje ulubione wykonanie to MET 1980 niesamowicie dramatyczna Katia Ricciarelli , Luciano Pavarotti , o którym NYTimes napisał "Mr Pavarotti at his sensational best" Dyr Giuseppe Patane'.
    Jako Renato najlepszy wg mnie był Sherrill Milnes, we wcześniejszych jeszcze nagraniach.

    1
  • Jak zwykle bardzo ciekawy opis i piękne zdjęcia. Cała przyjemność czytać i oglądać.
    Nie słyszałem tej opisywanej wersji ale za to napiszę o mojej ulubionej wersji Balu Maskowego. To nagranie z MET z 1991 roku z LUCIANO PAVAROTTI, LEO NUCCI, APRILE MILLO. Jest na DVD wydane przez Deutsche Grammophon pod dyrekcją JAMESA LEVINA.
    Ale zgadzam się z Panem Wojtkiem, że wszystkie nagrania tej opery z PLACIDO DOMINGO trzeba również koniecznie obejrzeć.
    Tego nagrania z MET z 1980 roku z Pavarottim nie znam-trzeba będzie poszukać-Pavarotti jest naprawdę świetny.

    0
  • Szanowni Państwo Beato i Michale! Państwa komentarze są bardzo trafne,a nawet jeśli ktoś czasem z jakimś się nie zgodzi,to przecież cały dowcip na tym polega. Oceniamy dziedzinę sztuki,w której różnorodność wrażeń jest jedną z jej najpiękniejszych cech i wcale nie musimy zawsze wszystkiego chwalić. Piszemy tu nie obrażając nikogo i daleko nam na szczęście do komentarzy z tzw.portali społecznościowych. Co do Hvorostovskiego,którego ja osobiście uwielbiam słuchać-ma prawo sam się chwalić. Barytonem verdiowskim typu Piero Cappuccilli czy Renato Bruson na 100% nie jest. Nie jest nim również np.Leo Nucci,a przecież blask głosu i wspaniała technika pozwala mu śpiewać brawurowo te role po przekroczeniu siedemdziesiątki! Inna rzecz mnie jednak martwi-słyszalna ogromna różnica pomiędzy dawnymi a obecnymi wykonaniami. Dotyczy to nie tyle jakości głosów,ale stylu i frazowania, w przypadku "Balu"-tzw. accento verdiano. Proszę np.posłuchać pierwszą frazę arii "Forse la soglia attinse" w wykonaniu Alvareza, a potem Giuseppe di Stefano.Różnicę słychać od razu.W nowojorskim "Balu" słuchaliśmy,jak wykonawcy ról drugoplanowych ciągnęli w nieskończoność krótkie dwuwyrazowe odzywki,zamiast po prostu "wyrzucić je" z siebie i zejść ze sceny. A czyja to wina?-dyrygentów,którzy nie pracują już dzisiaj ze śpiewakami nad ich partią. Opowiadali zarówno Pavarotti,jak i nasz wspaniały Bernard Ładysz o swoich wizytach w mieszkaniu starego Tulio Serafina,który przerabiał z nimi ich rolę od początku do końca przy fortepianie.Dziś każdy śpiewa jak mu się podoba,a dyrygent troszczy się tylko o to,aby orkiestra brzmiała ładnie,stąd taki efekt jak w sobotę.Ale to tak na marginesie! Wykonania,które polecają Pani Maddalena i Pan Wiesiek są rzeczywiście warte uwagi,Pavarotti był wielkim wykonawcą partii Riccarda[Gustawa]. Za to w najbliższą sobotę nasza radiowa Dwójka retransmituje "Armidę" Antonina Dvoraka z Brna, jest to rzadko grana ciekawostka-dzieło,którym ten słowiański kompozytor chciał wkroczyć w świat europejskiej opery "uniwersalnej",podobnie jak Moniuszko "Parią". Może warto tego posłuchać zamiast kolejnej "Aidy"? Serdecznie wszystkich pozdrawiam! Wojtek

    4
  • Panie Wojtku dziękujemy za bardzo interesującą odpowiedź :)

    Co do poziomu prowadzonych na opera.info.pl rozmów, głęboko wierzymy, że miłośnicy tej najpiękniejszej ze sztuk są ludźmi z natury łagodnymi (noszą na sobie "mniej kolców" lub nie mają ich wcale:)), bo jak powiadał klasyk, "muzyka łagodzi obyczaje". A przecież opera to muzyka najpiękniejsza...;) Zresztą, możemy Pana zapewnić, że z Państwa pomocą będziemy bardzo dbać, żeby "u nas", było zupełnie inaczej niż na wspomnianych przez Pana, innych portalach społecznościowych.

    Wspomniał Pan o "(...)ogromnej różnicy między dawnymi i obecnymi wykonaniami" i braku nadzoru dyrygentów nad pracą śpiewaków. Panie Wojtku, bardzo źle doświadczeni w tym zakresie, widząc wiele nieudanych pod tym względem spektakli, postanowiliśmy problemowi przyjrzeć się z bliska. Z naszych rozmów prowadzonych z muzykami i śpiewakami w bardzo różnych teatrach (również zagranicznych) wynika, że sytuacja jest dużo poważniejsza niż widzowie i słuchacze mogliby przypuszczać. Otóż, coraz częściej dochodzi do sytuacji, że śpiewacy muszą wykonywać swoje partie praktycznie "z biegu", bo miewają przed pierwszym przedstawieniem zaledwie jedną próbę z orkiestrą, albo, co już woła o pomstę do nieba, pierwsze w sezonie przedstawienie jest jednocześnie próbą generalną! Może powtórzymy, bo my też nie mogliśmy w to po prostu uwierzyć - śpiewacy często po raz pierwszy wykonują swoją partię z orkiestrą, dopiero w obecności publiczności, która zapłaciła bardzo dużo pieniędzy za bilety a jest często narażona na słuchanie niedoskonałych wykonań. Z oczywistych powodów nie możemy podać źródła, ale jeden z bardzo wybitnych śpiewaków (zagranicznych) poradził nam kiedyś prywatnie, że w związku z narastaniem opisywanego tu zjawiska, powinniśmy unikać przychodzenia na dwa lub nawet trzy pierwsze wykonania. Zgroza!

    Toteż Panie Wojtku, w czasach powszechnej komercjalizacji wszystkiego i dość poważnie odczuwanego przez teatry operowe kryzysu, który jak zgadujemy zmusza dyrekcje do cięcia wszelkich możliwych pozycji budżetowych, prawdopodobnie nie możemy liczyć na to, że jeszcze kiedyś artyści operowi będą mieli szansę na powrót do czasów, kiedy głęboka relacja mistrz - uczeń, ich wspólna ciężka praca, przenosiła "geniusz wykonawczy" tych pierwszych na tych drugich :( Ale może się mylimy, może jeszcze wrócą piękne zwyczaje ... Czego sobie, Panu i wszystkim miłośnikom opery serdecznie życzymy :)

    1
  • Dziękuję za ciekawy opis. W większości zgadzam się z opiniami Państwa jak i pana Wojtka.
    Jedynie w wykonaniu Dmitriego Hvorostovsky’ego wydała mi się nieco dziwna pierwsza aria
    - słyszałem tam jakby buczenie. Może chodzi tu o dłuższe frazowanie,
    o którym piszę pan Wojtek - później nie miałem już takiego wrażenia. Za to w przeciwieństwie do państwa
    podobała mi się bardzo Sondra Radvanovsky. "Wibrato", które często u sopranistek jest denerwujące,
    tutaj zupełnie mi nie przeszkadzało (w pewnym momencie przestałem je nawet słyszeć).

    Może to jest tak, że przy wysokim poziomie wykonawców, w naszym odbiorze odgrywają rolę raczej osobiste
    preferencje, lub też poprzednie wykonania, które mamy w pamięci i stawiamy sobie za wzór.

    1
  • Leszek napisał:


    Myślimy, że jest w tym co Pan mówi wiele racji, bo zwykle tak jest, że suma operowych doświadczeń, silnie kształtuje upodobania estetyczne. Być może w przypadku Pani Sondry Radvanovsky nie mieliśmy okazji wystarczająco często jej słuchać, bo być może - rzecz to zabawna - w naszym przypadku również zadziałało do pewnego stopnia zjawisko opisane przez Pana tak (...)w pewnym momencie przestałem je (wibrato - przyp. nasze) nawet słyszeć". Otóż zauważyliśmy, że Pani Sondra była dla nas znacznie "lepsza" pod koniec, niż na początku opery. Teraz jak się nad tym zastanawiamy, to moglibyśmy "dać słowo", że w najlepszym w tym spektaklu akcie trzecim, śpiewaczka zdecydowanie mniej "wibrowała", co jest, jak się nad tym chwilę zastanowić, raczej mało prawdopodobne. Może rzeczywiście, mimowolnie, w przebiegu opery "oswoiliśmy" się z jej "przywarą". Jeśli tak rzeczywiście się stało (bo przyczyna mogła być zupełnie inna, na przykład od kwestii technicznych naszą uwagę odciągnęła bardzo zajmująca dramaturgia), to by mogło oznaczać, że jeszcze mamy szansę na "przyjaźń" z Panią Sondrą :)

    Serdecznie pozdrawiamy

    0
  • Wysłuchałem tej opery w radiu i mam odmienne odczucia. Słuchając opery w całosci kieruje się przede wszystkim muzyką. Wykonanie jest dla mnie drugoplanowe. Bal maskowy uważam za najbardziej melodyjną operę Verdiego i należy ona oprócz Rigoletta i Trubadura do moich ulubionych jego dzieł. Dlatego wysłuchałem jej z prawdziwą przyjemnoscią. Transmisja na żywo z MET to dodatkowa przyjemnosć i gwarancja najwyższego poziomu wykonania. Ja nie mam słuchu muzycznego i nie widzę mankamentów wykonawczych jak moi fachowi poprzednicy, którzy dostrzegają błędy i braki u wykonawców. Oceniam całosciowo wykonanie i cieszę się z możlwosci kolejnego wysłuchania. Moi znakomici poprzednicy musieli się bardzo męczyć wychwytując aż tyle błędów w wykonaniu i to może odebrało im możliwosć delektowania się wspaniałą muzyką. Chciałbym się jednak do nich odniesć (do błędów), bo mam akurat odmienne zdanie. Być może Hvorostovski nie jest barytonem verdiowskim (a jakim jest ? czajkowskim), ale jakie to ma znaczenie, jeżeli ostatnio w MET spiewa wyłącznie w operach Verdiego i wszyscy go chwalą. Taka mała dygresja - a czy Sandra i Marcelo to spiewacy verdiowscy ? Vibrato Sandry - przyznaję, że go nie wychwyciłem, bo większosć sopranów (może wszystkie) ma je, tylko z różnym natężeniem i jestem do niego przyzwyczajony i mi nie przeszkadza, jeżeli spiewaczka dysponuje piękną barwą głosu jak np. Rene Fleming (tez wyczuwa się, ale niewielkie), a Sandra spiewła pieknie. Czy Marcelo pokazał trzy rodzaje emisji, tego nie wiem. Pan Woytek nie wymienił trzeciej. Chór spiewał wg mnie na poziomie MET i nie wiem dlaczego składał sie z weteranów wojny secesyjnej (chyba nie żyją) a nie wietnamskiej. Taka mala złosliwosć - przepraszam. Rubata drugoplanowych wykonawców też nie wychwyciłem, ale chyba - jeżeli były - miały niewielki wpływ na całosć wykonania. Jeżeli chodzi o dyrygenta i orkiestrę, to też grali jak przystało na MET. Reasumując - Bal maskowy sprawił mi dużą wyjątkową przyjemnosć. Jeszcze raz podkreslam, jestem dyletantem muzycznym (na szczęscie) i kieruję sie tylko pięknem muzyki Balu maskowego.
    Jeżeli chodzi o wykonania Balu na płytach, to też najwyżej cenię Pavarottiego z Katią Riccarelli z MET 1980 r. dostępna całosć na You Tube. (trzeba wystukać Pavarotti Un balo .., cos dziwnego się tam dzieje).
    Słuchając fragmentów Balu na płytach CD wsłuchuję się dokładnie w szczegóły wykonań różnych wykonawców ubiegłego wieku i najwyżej cenię Marię Callas, Franco Corellego i Jussi Bjorlinga.

    3
  • Cieszę się,że to wykonanie sprawiło Panu Dodkowi przyjemność,i nawet w pewien sposób tego zazdroszczę. Ja tez chciałbym aby nazwa[marka] produktu w każdej dziedzinie życia była automatycznie gwarancją jego jakości,bylibyśmy wszyscy dużo szczęśliwsi. Tak niestety w dzisiejszym świecie nie jest,choć często "wszyscy coś chwalą". To coś takiego jak w skokach narciarskich,większość kibiców widzi tylko ile metrów zaliczył dany skoczek. Na nieszczęście są jeszcze zblazowani sędziowie,którzy czepiają się i obniżają punkty za tzw.styl. Jak śpiewa w "Balu maskowym" tzw.baryton verdiowski można się przekonać dość łatwo,wystukując na You Tube np.: Ettore Bastianini Un Ballo. Co do chóru Met,użyłem tu pewnej przenośni. Niestety,nie jestem jedyną osobą,której on się nie podoba,kiedyś dyskutowali na ten temat nawet redaktorzy z działu operowego naszej radiowej Dwójki. Trudno zresztą wymagać poziomu i odpowiedniej selekcji od ludzi,którym zapewnia się pracę jedynie na kilka miesięcy w roku. Ubolewał nad tym w swoich pamiętnikach "5000 wieczorów w operze" wielki dyrektor Metropolitan Rudolf Bing widząc swoich chórzystów sprzedających krawaty na ulicy. W Europie mamy na szczęście inny system,dlatego chór La Scali to prawdopodobnie jeden z "cudów świata". Wspaniały chór ma Opera Wiedeńska, a nawet niewielki,choć doskonały teatr w Zurichu. Reasumując, ja też Panie Dodku byłem o wiele szcżęśliwszy,gdy jako 10 letni chłopiec zafascynowałem się operą. Wszystko mi się wtedy bardzo podobało. Żal mi czasem, że dzisiaj tak już nie jest,choć przecież i ja staram się szukać samych pozytywów. Pozdrawiam Wo[y]tek

    Komentarz ostatni edytowany około 4 lat temu przez Woytek
    0
  • Panie Woytku.
    Zrobił mi Pan dużą przyjemnosć odnosząc się do mojego niezbyt wyważonego komentarza. Muszę na przyszłosć uważać i dostosować się do własciwego poziomu. Pełna zgoda co do chóru MET,(przepraszam). Solistów można zatrudniać do konkretnych oper, bo łatwiej ocenić ich możliwosci, ale nad chórem trzeba pracować latami, żeby osiągnąć najwyższy poziom. Muszę zajrzeć do Binga i przypomnieć sobie co pisze o chórzystach. Co do przypisywania spiewakom miana "verdiowskich", ,"wagnerowskich","słowiańskich", to też pełna zgoda; można byc spiewakiem uniwersalnym, a na przypisywanie - trzeba sobie zasłużyć nie tylko głosem. Ja na szczęscie nie widzę różnicy i najbardziej cenię barwę i charakterystykę glosu. Co do oceniania spektakli; rozumiem recenzentów, którzy muszą opisywać wszystkie mankamenty z różnych powodów m. in. na błędach się uczymy. Ważne jest jednak dla przeciętnego słuchacza (dla mnie) własciwa proporcja między niedostatkami i pozytywami, ocena ogólna i wrażenie. Np.: mimo wielu mankamentów, warto docenić wysiłek realizatorów i koniecznie wybrać się na tę operę. Chociaż akurat dla mnie, recenzje czytam, a oceniam sam. Zresztą chyba robi to większosć miłosników opery. Pozdrawiam Dodek.

    0
  • Dziękuję Panie Dodku za bardzo mądry komentarz. Oczywiście,że najważniejsza jest suma wrażeń i czasem warto wybrać się na spektakl choćby po to,aby zrobić sobie przyjemność i pewnego rodzaju święto. Nie jest przecież moją intencją zniechęcanie kogokolwiek,a tym bardziej samego siebie. Chór to niezwykle ważny element operowego spektaklu,a śpiewacy oczywiście nie muszą należeć do jakiejś kategorii aby dobrze zaśpiewać swe role. Przykładem znany Panu na pewno znakomity baryton liryczny Thomas Hampson-"nieverdiowski" na 200%,a przecież wspaniale śpiewający np.partię Germonta w"Traviacie". Barwa głosu to rzeczywiście najważniejszy wyróżnik u śpiewaka.Cieszę się,że kocha Pan operę i czerpie z niej tyle pozytywnych wrażeń. Pozdrawiam Wojtek

    0
  • Szanowny Panie Wojtku i Szanowny Panie Dodku,

    Bardzo Panom dziękujemy za mądrą i piękną dyskusję, którą tu prowadzicie. Wasza Panowie wymiana zdań, zachwyca nie tylko kompetencją, ale i elegancją, i mówiąc żartobliwie, mielibyśmy ochotę "oprawić ją w ramkę" i zawiesić na opera.info.pl jako wspaniały dowód na to, że ludzie kochający opery mogą się czasami "pięknie różnić", ale i tak w wymianie zdań pozostaną na bardzo wysokim poziomie, którego tak bardzo nam brakuje w innych miejscach rodzimego internetu.

    Serdecznie Panów pozdrawiamy:)

    1
  • Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam recenzję 'Balu Maskowego' z Metropolitan Opera oraz wszystkie komentarze - tak różne. Moje odczucia były i są bardzo pozytywne. Właściwie, to przedstawienie zapoczątkowało moją prawdziwą fascynację operą, którą wcześniej tylko lubiłam, więc jest dla mnie szczególne. Piękna muzyka i wspaniałe wykonanie - nie jestem ekspertem operowym więc nie przeszkadzały mi niedoskonałości, które być może wyłapało ucho znawcy opery. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Marcelo Álvarez, którego wcześniej nie znałam, i który faktycznie chyba nie był wtedy w najlepszej formie wokalnej (poza tym, rzeczywiście M.Álvarez czuje się swobodniej śpiewając we Włoszech, Paryżu, Niemczech, niż w Metropolitan Opera, która ma swoich faworytów). Mimo to słuchałam i oglądałam jak urzeczona - to artysta, który gra całym sobą i na scenie daje z siebie wszystko. Udało mi się potem dotrzeć do wielu innych nagrań tego tenora, włączając wspaniałe wykonania w 'Balu Maskowym' w Londynie 2005 (Karita Mattila, Thomas Hampson) i Madrycie 2008 (Violeta Urmana, Marco Vratogna) - zaśpiewane wręcz 'brawurowo'. Pozostali wykonawcy "Balu" też bardzo mi się podobali (i nawet ta krytykowana przez wielu scenografia). Sondra Radvanovsky, pomimo swojego 'vibrato' bardzo dobrze brzmi w duetach z D.Hvorostovskym, jak i M.Álvarezem. To trio było wspaniałe również w 'Trubadurze' z MET, 2011 i Verony w 2010. Tak więc moje wrażenia z 'Balu' w Met Opera są trochę odmienne od kilku wymienionych powyżej, i nic na to nie poradzę :)
    Pozdrawiam,
    Meg

    Komentarz ostatni edytowany około 4 lat temu przez Meg
    0
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)