opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Salzburg

Letni Festiwal w Salzburgu, czyli „nowości” i „samograje”

Autorzy: Beata i Michał

Masks in front of the Festival Hall photo (c) Luigi Caputo   e-mail: luigi(at)caputo.at published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij, dowolne zdjęcie aby powiększyć... / Click photos to magnify...

Tegoroczny letni Festiwal w Salzburgu zaoferował swojej publiczności dość różnorodny repertuar operowy. Oprócz pewniaków, takich jak „Don Giovanni” czy „Trubadur”, widzowie mogli wysłuchać napisanej specjalnie na zamówienie Festiwalu w Salzburgu opery „Charlotte Salomon” Marca-André Dalbavie, czy też rzadko wystawianej opery „Fierrabras” Franza Schuberta. Nie zabrakło również nowej produkcji „Kawalera srebrnej róży” Richarda Straussa, wystawionej w celu uświetnienia 150 rocznicy urodzin kompozytora.

Nasz pobyt w Salzburgu rozpoczęliśmy od opery „Charlotte Salomon” Marca-André Delbavie. Pomysł uczynienia bohaterką opery postaci Charlotte Salomon, młodej kobiety niemiecko-żydowskiego pochodzenia, zamordowanej w 1943 roku w obozie w Auschwitz, która zasłynęła stworzeniem cyklu kilkuset obrazów pod nazwą: „Leben? oder Theater?: Ein Singspiel”, podsunął kompozytorowi reżyser Moshe Leiser. Swój cykl obrazów Salomon nazwała “Singspiel”, gdyż obrazy zawierają również tekst, a nawet opis muzyki, która towarzyszy wspomnieniom artystki.Charlotte Salomon 2014 • Anaïk Morel (Paulinka Bimbam), Marianne Crebassa (Charlotte Kann), Frédéric Antoun (Amadeus Daberlohn) photo (c) Salzburger Festspiele / Ruth Walz published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele   Początkowo, autorem libretta tej opery miał być Richard Millet, ale podobno zarówno kompozytor, jak i reżyser Luc Bondy, stwierdzili, że przygotowane przez niego libretto za mało pokazuje Charlotte Salomon jako artystkę, nie mówi wystarczająco o cyklu obrazów, z którego zasłynęła. Dlatego też, do przygotowania nowego tekstu libretta zaangażowano Barbarę Honigmann, pisarkę i malarkę, która znała wcześniej historię Charlotte Salomon i która potrafiła bardzo plastycznie połączyć tekst z wymową obrazów Salomon. Na bazie przygotowanej przez nią opowieści, na scenie przedstawiono historię życia Salomon, która została zilustrowana nie tylko za pomocą tekstu, śpiewu i muzyki, ale również projekcjami obrazów Salomon. Wyświetlane często jako tło sceny, w niesamowicie plastyczny sposób odzwierciedlały to, co odgrywane było na scenie. Taki „zabieg” tylko wzmocnił poczucie realności historii, o której opowiada opera. W wywiadzie opublikowanym w materiałach festiwalowych, kompozytor opowiedział, że podobnie

Charlotte Salomon 2014 • Johanna Wokalek (Charlotte Salomon), Marianne Crebassa (Charlotte Kann), Vincent Le Texier (Herr Knarre) photo (c) Salzburger Festspiele / Ruth Walz published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele jak wyglądał proces tworzenia cyklu obrazów przez Charlotte Salomon, które były wciąż uzupełniane, przestawiane w kolejności, zmieniane, tak i praca nad operą wiązała się z szeregiem zmian. Dotyczyły one zarówno tekstu libretta, jak i partytury, i były dokonywane jeszcze w trakcie prób na scenie, a wszystko po to, by w jak najprawdziwszy sposób oddać emocje.  

Oglądając, rozgrywany bez przerw, spektakl poznajemy historię życia Charlotte Salomon opowiadaną przez nią samą, jako narratora, z wykorzystaniem fikcyjnej postaci Charlotte Kahn. Na scenie rzeczywistość miesza się z fikcją, tak jak w obrazach Salomon „Życie? czy Teatr?” Losy jej i jej rodziny są mocno wpisane w historię faszyzmu oraz holocaust drugiej wojny światowej. Na scenie reżyser Luc Bondy stworzył na jednym planie wiele oddzielonych od siebie białymi ścianami lub półściankami pokoi. Pozwoliło to na rozgrywanie w tym samym czasie akcji w wielu miejscach.

Dzięki takiemu rozwiązaniu mogliśmy towarzyszyć wszystkim postaciom non-stop,  bowiem gdy główna akcja opery jest rozgrywana w konkretnym pomieszczeniu, widzimy jednocześnie, co robią w tym czasie pozostali członkowie rodziny Charlotte Kahn. Charlotte Salomon 2014 • Anaïk Morel (Paulinka Bimbam) photo (c) Salzburger Festspiele / Ruth Walz published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele Ciekawym rozwiązaniem było zastosowanie w operze postaci dwóch Charlott – Charlotte Salomon, jako narratorki, opowiadającej po niemiecku historię życia Charlotte Kahn (opartą na historii jej rodziny), zagranej świetnie przez aktorkę Johannę Wokalek oraz Charlotty Kahn, alter ego artystki, której partię w języku francuskim śpiewa młoda mezzo-sopranistka Marianne Crebassa. Reżysersko bardzo ciekawie połączono postacie obu kobiet. Te same stroje, gesty, reakcje. Marianne Crebassa odtwarzająca główną rolę po raz kolejny udowodniła nam, że jest świetnie rozwijającą się śpiewaczką. Bardzo pewnie prowadzony głos, o ładnej, ciepłej, a jednocześnie bardzo dziewczęcej barwie, świetne wyczucie sceny. Brawo! W zeszłym roku to właśnie Marianne Crebassa otrzymała jedne z największych braw, po swoim występie w Salzburgu w operze „Lucio Silla” Mozarta, a dwa lata temu po raz pierwszy zwróciła naszą uwagę w „Tamerlano” Händla, gdzie wystąpiła obok Plàcido Domingo, Bejuna Mehty czy Julii Lezhnevej. Również Anaïk Morel, występująca w roli macochy Charlotte (Paulinki Bimbam) była wokalnie bardzo dobra. Zresztą, wszyscy śpiewacy w przekonujący sposób przedstawili swoje postacie. Od strony wokalnej to był bardzo dobry spektakl. A co do samej muzyki …..? Momentami była wręcz fascynująca, świetnie kreująca nastrój chwili, czasami nieco atonalna, jakby stworzona bardziej dla samej siebie niż dla opowiedzenia nam danej historii. Jednak całość: muzyka, obrazy w tle autorstwa Charlotte Salomon, śpiew oraz bardzo ciekawy pomysł reżyserski sprawiły, że patrzyliśmy na to widowisko jak zahipnotyzowani, niejednokrotnie poruszeni harmonią wszystkich elementów. Dzięki tym chwilom to było niesamowite doświadczenie, nawet, jeśli sama muzyka nie została w nas na dłużej.

Czytaj więcej: Letni Festiwal w Salzburgu, czyli „nowości” i „samograje”

Słodko gorzko, czyli Festiwal Zielonoświątkowy w Salzburgu

Autorzy: Beata i Michał

„Rossinissimo” Festiwal Zielonoświątkowy w Salzburgu 2014 graphics (c) © Jens Rassmus published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Wszystkie zdjęcia, kliknij aby powiększyć... All photos click to magnify...

Nasza relacja z zakończonego w poniedziałek 9 czerwca Festiwalu Zielonoświątkowego w Salzburgu będzie miała słodko gorzki charakter. Widzieliśmy tu dwie bardzo ciekawie wystawione opery i wysłuchaliśmy czterech koncertów, przeżywając chwile prawdziwych uniesień, ale doświadczając też poważnych rozczarowań, tym bardziej przykrych, że dotyczących występów głównej gwiazdy Festiwalu - Cecili Bartoli, o której kreacji w ubiegłorocznej inscenizacji „Normy” mieliśmy okazję napisać wiele ciepłych słów, i której broniliśmy przed sceptykami. Wtedy w partii Normy, śpiewanej przez włoską mezzosopranistkę w trakcie Salzburg Festiwal 2014, znaleźliśmy prawdę opowiadanej historii i ogromny ładunek emocji przekazany w sposób odbiegający od tego, do którego przywykliśmy słuchając nagrań legendarnej Marii Callas.

Tym razem, z niezrozumiałych dla nas przyczyn, mogliśmy podziwiać jedynie wybitne jak zwykle kreacje aktorskie Cecilii Bartoli, nie doświadczając już podobnej radości ze słuchania jej śpiewu i będąc, w przeciwieństwie do wielu entuzjastycznie reagujących osób na sali, rozczarowanymi jej dyspozycją głosową już od naszej pierwszej festiwalowej przygody, jaką była opera Gioacchino Rossiniego „Kopciuszek”.

  La Cenerentola 2014  Cecilia Bartoli (Angelina), Enzo Capuano (Don Magnifico) photo (c) Salzburger Festspiele / Silvia Lelli published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele Nasz zawód „karmiony” był bardzo żywą jeszcze pamięcią fantastycznego wykonania tej opery w transmitowanym niedawno przez MET spektaklu, w którym znakomicie śpiewał cały zespół z Joyce Didonato i Juanem Diego Florezem na czele. Po tym co usłyszeliśmy  pierwszego wieczoru w Salzburgu, chcieliśmy bardzo wierzyć, że był to jednorazowy wypadek przy pracy i że wszystko wróci do przysłowiowej normy, ale wkrótce miało okazać się, że podczas tego Festiwalu trudno nam będzie dostrzec urodę w śpiewanych przez Cecilię Bartoli utworach Rossiniego, którego twórczości tegoroczny Festiwal był poświęcony. Nasze odczucia były tym dotkliwsze, że między „Kopciuszkiem” i „Otellem” Rossiniego, mogliśmy pójść na koncert Joyce Didonato właśnie, która podczas jej fenomenalnego koncerty w Salzburskim Mozarteum po raz kolejny udowodniła, jak wspaniale, z lekkością i wdziękiem ten repertuar może być wykonywany.

Bardzo żałowaliśmy, że amerykańska mezzosopranistka nie znalazła się na liście artystów występujących na specjalnej Uroczystej Gali, która miała miejsce dzień przed jej koncertem, i której szlachetnym celem było dofinansowanie chorych dzieci. Ale nieobecność DiDonato niewiele pomogła samej Bartoli. W trakcie Gali różnica w sposobie wykonywania najsławniejszych „kawałków” Rossiniego była wystarczająco widoczna, ilekroć na scenie, przed, po lub obok włoskiej artystki pojawiali się Juan Diego Florez, Alessandro Corbelli, Javier Camarena czy Carlos Chausson. Ich śpiewanie to była radość, słońce, niesamowita elastyczność wokalna i czysta przyjemność dla ucha. Na ich tle Cecilia Bartoli śpiewała z wyraźnym „wysileniem”, dość ciemnym głosem, z niezbyt ładnym wibrato.

Große Rossini-Gala 2014 Cecilia Bartoli, Ruggero Raimondi, José Carreras, Carlos  Chausson, Alessandro Corbelli   photo (c) Salzburger Festspiele / Silvia Lelli published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleZamiast dynamicznego, pełnego „świetlistych” brzmień i dającego okazję do koloraturowych popisów Rossiniego, otrzymywaliśmy coś, co było tylko namiastką mistrzowskich wykonań. I tak było za każdym razem, czy to w operze, czy na Koncercie Galowym, kiedy występowała. Nieco zduszone, pozbawione swobody śpiewanie oraz górne rejestry bez naturalnej dla bel canto urody, to wszystko sprawiało wrażenie, jakby w tych dniach Cecilia Bartoli nie była w najlepszej formie.

Jednak byłoby przekłamaniem w naszej relacji gdybyśmy twierdzili, że „praca sceniczna” włoskiej śpiewaczki nikomu się w tych dniach nie podobała. Musimy uczciwie odnotować, że większość obecnej w salzburskich teatrach publiczności, wyglądała na szczerze zachwyconą występami artystki. W krytycznym stosunku do propozycji interpretacyjnych Cecilii Bartoli, nie byliśmy jednak wcale osamotnieni, bowiem obok dużej liczby jej zwolenników nagradzających owacją każdy jej występ, w teatrze z łatwością można było dostrzec miłośników opery siedzących bez ruchu i podobnie do nas,  demonstracyjnie powstrzymujących się od oklasków. Wprawdzie nie byliśmy więc sami, ani nieliczni, ale późniejsza lektura kilku recenzji, potwierdziła nasze przypuszczenia, że Cecilia Bartoli należy do tej grupy śpiewaczek i śpiewaków, którzy cieszą się absolutnie bezwarunkową miłością swoich fanów, i to jest być może nasz problem, że nie wszystko jesteśmy w stanie usłyszeć i docenić. Mamy więc ogromną nadzieję, że sierpniowe powtórzenie „Kopciuszka” na Festiwalu w Salzburgu dowiedzie świetnej formy wokalnej Cecilii Bartoli, bo sama inscenizacja salzburska tej opery w reżyserii Damiano Michieletto jest jak najbardziej warta zobaczenia. Sam Damiano Michieletto dał się już poznać ze swojego nadzwyczajnego kunsztu i wyczucia scenicznego, przygotowując pamiętną „Cyganerię”  wystawioną w Salzburgu latem 2012 roku z Anną Netrebko i Piotrem Beczałą w rolach głównych. On też był autorem świetnej i bardzo mądrej ubiegłorocznej inscenizacji „Falstaffa”, w której wielką kreację stworzył i fantastycznie zaśpiewał Ambrogio Maestrii.

Czytaj więcej: Słodko gorzko, czyli Festiwal Zielonoświątkowy w Salzburgu

"Don Carlo" w Salzburgu, czyli o dawaniu świadectwa

Autorzy: Beata i Michał

Don Carlo Salzburger Festspiele 2013 photo (c) Monika Rittershaus (at)web.de published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleSzanowni Państwo ! Bardzo prosimy o wyrozumiałość, ale tym razem nasza relacja z opery „Don Carlo” Giuseppe Verdiego, wystawionej podczas tegorocznego Festiwalu w Salzburgu, relacją w ścisłym tego słowa znaczeniu nie będzie. Doszliśmy bowiem do wniosku, że transmisja z tego spektaklu, która od 16 sierpnia tego roku jest cały czas dostępna na stronach serwisu internetowego telewizji Medici.tv, spowodowała że byłoby nonsensem opisywać coś co wszyscy miłośnicy opery w Polsce już dawno zobaczyli. Co więcej, jak można wywnioskować z opublikowanych tu i ówdzie recenzji, wiele osób wyrobiło sobie już na tej podstawie pogląd co do jakości inscenizacji arcydzieła Verdiego dokonanej przez Petera Steina i zagranej przez Wiedeńskich Filharmoników pod batutą Antonio Pappano.

Don Carlo Salzburger Festspiele 2013 photo (c) Monika Rittershaus (at)web.de published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleSpektakl, który został zarejestrowany i udostępniony publiczności na całym świecie, jak to  bywa przy transmisjach internetowych, budził mieszane uczucia. Gdy oglądaliśmy go u siebie w domu, na kilka dni przed ponownym wyjazdem do Salzburga, również mieliśmy mieszane uczucia, zarówno co do inscenizacji, jak i poziomu wykonania poszczególnych partii. Wydawało nam się „to i owo”, byliśmy zdumieni „tym lub tamtym”, a zachwyceni jeszcze czymś innym. Jednak uczucie pewnego rozczarowania dominowało nad wszystkim i tęsknie wspominaliśmy nasze wcześniejsze doświadczenia z inscenizacji „Don Carlo” widzianych w Wiener Staatsoper i Royal Opera House. Tym bardziej odczuwaliśmy niedosyt, że obsada, jak to w Salzburgu w takich okolicznościach, była gwiazdorska a bilety praktycznie nie do zdobycia, mimo zaporowych na nie cen.

Don Carlo Salzburger Festspiele 2013 photo (c) Monika Rittershaus (at)web.de published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleGdy klika dni później, opuszczaliśmy późną nocą salę Grosses Festspielhaus, byliśmy w siódmym niebie. Prawie. I tego właśnie chcieliśmy dać tu świadectwo, że był to spektakl znakomity, w którym wszyscy – z jednym smutnym wyjątkiem – zaśpiewali dużo lepiej i piękniej, niż podczas wspomnianej transmisji. Orkiestra grała doskonale, nikt z widzów nie krzyczał nic o wstydzie, ani nie buczał, ani w żaden sposób nie okazywał niełaski. Wręcz przeciwnie. Nie przypominamy sobie, abyśmy kiedykolwiek wcześniej doświadczyli w Salzburgu, tak gwałtownej i mocnej owacji. „Nasz Don Carlo”, został zaśpiewany tak dobrze, że nawet przestały nas irytować pewne niedociągnięcia i absurdy inscenizacyjne, choć sama inscenizacja o wiele lepiej zresztą prezentowało się na scenie, niż w przekazie telewizyjnym. Warto o tym wspomnieć, bo kilka bardzo udanych pomysłów reżyserskich i scenograficznych, zostało po prostu zaprzepaszczonych przez realizatorów obrazu.Don Carlo Salzburger Festspiele 2013 photo (c) Monika Rittershaus (at)web.de published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele Co do zaś śpiewaka, którego zarówno wykonanie wokalne, jak i przyjęta interpretacja aktorska, były jak owa łyżka dziegciu w beczce miodu, to –  z ogromną przykrością o tym wspominamy – Matti Salminen nie sprostał w naszym odczuciu roli króla Fillipa. Słuchając tego wybitnego śpiewaka, nie mogliśmy pojąć co się stało z artystą, który jeszcze w stycznie tego roku zachwycił nas Operze w Zurychu gdzie w „Holendrze tułaczu” śpiewał fantastycznie partię Dalanda i gdzie wręcz prawie „ukradł show” Brynowi Terfelowi, występującemu w głównej roli. W ten salzburski wieczór, podobnie jak w transmitowanym spektaklu, Salminen był cieniem samego siebie. Słaby, niepewny, drżący i wyblakły głos starego człowieka, miał niewiele wspólnego z wielkimi kreacjami wokalnymi Rene Pape w Wiedniu, czy Ferruccio Furlanetto w Londynie. Co gorsza artysta dostosował swoje aktorstwo do poziomu wokalnego i zamiast zagadkowej i budzącej respekt, jeśli nie grozę postaci, otrzymaliśmy na scenie zupełnie nieprzekonującego w swojej władczości starego człowieka, którego siłę autorytetu, jemu poddani, mogliby właściwie zbyć wzruszeniem ramion.  Drodzy Państwo oglądanie i słuchanie Matti Salminena w ten wieczór bolało bardzo. Wychodzimy jednak z założenia, że był to może ów klasyczny „wypadek przy pracy”, spowodowany na przykład chorobą lub nieprzytomnymi upałami, które w tym czasie „niszczyły” wszystkich. Don Carlo Salzburger Festspiele 2013 photo (c) Monika Rittershaus (at)web.de published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleI chyba znaleźliśmy dobry, jeśli nie dowód, to wskazówkę, że wielki artysta wraca już do swojego zwyczajnego, czyli wysokiego poziomu. Otóż, otrzymaliśmy kilka dni temu list od znajomego, który oglądał z nami „Don Carlo” w Salzburgu. Napisał nam, że niedawno, już we wrześniu tego roku miał możliwość wysłuchania w Helsinkach Requiem Verdiego w wykonaniu Fińskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Hannu Lintu. Śpiewał tam też Matti Salminen, o którym nasz znajomy napisał „(…) Salminen był w lepszej kondycji niż w Salzburgu, miał czystszy glos, był świetny interpretacyjnie, ale jednak już trochę mu brakuje mocy.” Pozostaje nam ufać, że może i moc jeszcze wróci, czego wielkiemu artyście z całego serca życzymy.

(Przy okazji możemy Państwu polecić wspomniane wykonanie Reguiem, które jest bardzo dobre  –  można je zobaczyć i usłyszeć pod tym adresem http://areena.yle.fi/tv/1993680 ; w każdym razie można to było zrobić w momencie publikacji tego tekstu).

*Aby powiększyć zdjęcie, kliknij je...

Retransmisja opery "Don Carlo" nadawana przez telewizję internetową medici.tv

dostępna w dniu publikacji tekstu "Don Carlo" w Salzburgu, czyli o dawaniu świadectwa" (26 września 2013) Nie mamy informacji, do kiedy medici.tv będzie udostępniała ten spektakl.

Czytaj więcej: "Don Carlo" w Salzburgu, czyli o dawaniu świadectwa

„Cosi fan tutte” w Salzburgu, czyli o zaskakującym zakończeniu

Autorzy: Beata i Michał

Così fan tutte 2013: Marie-Claude Chappuis (Dorabella), Malin Hartelius (Fiordiligi), Gerald Finley (Don Alfonso), Martina Janková (Despina), Luca Pisaroni (Guglielmo) photo (c) Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleTegoroczne „Cosi fan tutte” było pierwszą z trzech oper Mozarta, które w ramach tak zwanego cyklu Mozart / Da Ponte zostaną wystawione na Festiwalu w Salzburgu w trzech następujących po sobie latach. W przyszłym roku zobaczymy w ramach tego cyklu operę „Don Giovanni”, a w roku 2015 „Wesele Figara”. O „Cosi” zrobiło się głośno wiele miesięcy temu, kiedy z dyrygowania całym cyklem wycofał się Franz Welser - Möst, podając podobno za przyczynę harmonogram prób oraz zbyt małe przerwy pomiędzy występami, niezapewniające wystarczającego czasu na zregenerowanie sił przez śpiewaków. Dość szybko znaleziono zastępstwo i za stronę muzyczną przedsięwzięcia został odpowiedzialny Christoph Eschenbach.

Salzburskie „Cosi” to nowa produkcja w reżyserii Svena Erica Bechtolfa, będącego od 2011 roku szefem teatralnej części Festiwalu w Salzburgu. Zaproponowana przez reżysera inscenizacja „Cosi fan tutte” jest raczej klasyczna, a co więcej statyczna, bo na scenie nie dzieje się niestety zbyt wiele. Cała akcja rozgrywa się w tym samym miejscu - pomieszczeniu przypominającym oranżerię (ewentualnie ogród zimowy) z tropikalną roślinnością, w którym z aktu na akt zmieniają się jedynie poszczególne rekwizyty.salzburg 3cosi fan tutte W akcie pierwszym na scenie, pośród palm, głównym punktem skupiającym uwagę jest mała sadzawka (basen), w którym w trakcie uwertury kapią się nagie Fiordiligi i Dorabella, a później, gdy Guglielmo i Ferrando opuszczają swoje wybranki, obie siostry puszczają na wodę miniatury statków. W akcie drugim zamiast sadzawki pojawia się duży stół, a palmy zostają wyniesione na zewnątrz oranżerii, imitując ogród, w którym „chowają się” poszczególne postacie, podglądając co rusz, co dzieje się na scenie. Estetycznie wszystko wyglądało sympatycznie, ale prawdę powiedziawszy po Festiwalu w Salzburgu spodziewaliśmy się nieco ciekawszej inscenizacji, zwłaszcza, że ta przygotowana przez Clausa Gutha w 2009 roku, mimo, że może dla niektórych widzów kontrowersyjna, na pewno była ciekawsza i bardziej ekscytująca, z interesująco zastosowaną symboliką i niecodzienną scenografią. To, co natomiast było zaskakujące w spektaklu, który zobaczyliśmy w tym roku w Salzburgu, to samo zakończenie opery. Otóż w finale okazuje się, że Fiordiligi zakochała się w Ferrando i to z nim chce związać swój los, oburzony tym Guglielmo ani myśli związać się z Dorabellą, a Don Alfonso świętując swój sukces wychyla toast trucizną, którą wcześniej dla siebie przygotował zrozpaczony Guglielmo, i … umiera. I cóż zamiast happy endu mamy martwego Don Alfonso, „zostawionych na lodzie” Dorabellę i Guglielmo, no i szczęśliwie zakochanych Fiordiligi i Ferrando. Hmmm … można i tak, tylko po co?

Così fan tutte 2013: Martina Jankova (Despina), Luca Pisaroni (Guglielmo), Gerald Finley (Don Alfonso), Martin Mitterrutzner (Ferrando) photo (c) Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleOrkiestra Vienner Philharmoniker pod batutą Christopha Eschenbacha zabrzmiała tego dnia poprawnie. Słuchało się jej przyjemnie, ale zabrakło trochę finezji i lekkości, do której przyzwyczaił nas na przykład Marc Minkowski. Był to dla nas taki nieco zbyt „wygładzony” Mozart. Nie porywał.

A śpiewacy? Na pewno na wyróżnienie zasłużyli Gerald Finley jako Don Alfonso oraz Luca Pisaroni jako Guglielmo. Aktorsko i wokalnie obaj panowie bez zarzutu wykonali swoje role. Gerald Finley stworzył postać może nie do końca groźnego Don Alfonso, za to intryganta, konsekwentnie realizującego swój cel. Ładny głos o ciepłej barwie i dużej melodyjności. Pięknie przez niego zaśpiewane „Soave sia il vento”, choć w naszej pamięci pozostaje cały czas wersja tego utworu wykonana w trakcie Gali Mozarta w Paryżu w październiku 2012 roku pod batutą Marca Minkowskiego z Julią Lehznevą, Marianne Crebassa i Florianem Sempleyem. W tamtym wykonaniu panie dużo piękniej zaśpiewały niż te w Salzburgu, za to Gerald Finley wypadł rewelacyjnie. Lucę Pisaroniego pamiętamy z roli Guglielmo z Festiwalu w Glyndebourne. Przyjemnie patrzeć jak śpiewak wciela się na scenie w swoją postać, jak na moment się nią staje, i słuchać jego głębokiego, nieco ciemnego głosu. Słuchając jak śpiewa, ile w jego głosie jest przekazanych emocji, kolorytu, Così fan tutte 2013: Malin Hartelius (Fiordiligi), Martin Mitterrutzner (Ferrando), Gerald Finley (Don Alfonso) photo (c) Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspielejak intonacyjnie różnicuje poszczególne słowa, oddając ich treść i klimat sceny, wierzymy mu bez zastrzeżeń! Oczywiście pewnie jest mu łatwiej, bo jest przecież rodowitym Włochem :) To nasz ulubiony Leporello i Guglielmo! Martin Mitterrutzner jako Ferrando zaprezentował się poprawnie, może nie jest to wielki głos o pięknej barwie, ale jego wykonanie było przyzwoite.

Z pań na wyróżnienie zasłużyła Martina Janková jako Despina. Jej Despina nie była demoniczna i wyrachowana, za to zabawna, nieco ironiczna. Całkiem ładny głos, dobrze brzmiący w całej skali. Przy tym duże umiejętności sceniczne i wyczucie sceny. Co do reszty pań, to Malin Hartelius jako Fiordiligi nieco nas rozczarowała, głównie ze względu na niezbyt ładne śpiewanie w wysokich rejestrach. Jej popisowa aria zupełnie nas nie poruszyła, a tylko przywiodła na myśl Miah Persson czy też Julię Lehznevą z pięknym krystalicznym głosem, elegancją i delikatnością w śpiewaniu. Marie-Claude Chappius jako Dorabella wyraźnie czuła się lepiej w dolnych rejestrach, czasem wydawało się że śpiewa niektóre fragmenty aż za nisko. Co ciekawe, większość śpiewaków dużo lepiej wypadała śpiewając razem, niż w swoich popisowych ariach. Tak było praktycznie przez cały spektakl.

Così fan tutte 2013: Gerald Finley (Don Alfonso) photo (c) Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger FestspieleMusimy przyznać, że tego dnia nikomu ze śpiewaków nie można było zarzucić braku zaangażowania od strony aktorskiej. Wszyscy starali się zagrać bardzo przekonująco swoje postacie, choć czasem pomysły reżysera były nieco zaskakujące, bo jak uzasadnić na przykład, że w klasycznej scenerii i bardzo stylowych kostiumach, Guglielmo i Ferrando podrygują  jak przy współczesnej muzyce techno w nocnym klubie? Czemu miało to służyć, czy miał to być prosty chwyt by nas rozbawić? Takich momentów było niestety więcej. A szkoda, bo jak się już powiedziało „a” i robi się klasyczny spektakl, to nie trzeba mówić „b”, i wprowadzać, do niczego niepasujące elementy, nawet jak się nie ma innych pomysłów by „ożywić” zbyt statyczną inscenizację.

W trakcie opery wydawało się nam również, że śpiewakom trochę zabrakło przysłowiowej pary, świeżości, radości ze śpiewania. Czy sprawił to fakt, że półtora dnia wcześniej (w piątek wieczorem) było przedstawienie „Cosi” i nie zdążyli odpocząć do niedzieli do godziny 13-stej czy też winna była statyczna inscenizacja i nie do końca porywająca muzyka? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Dla nas był to spektakl, który wysłuchaliśmy z przyjemnością, ale na pewno nie było to przedstawienie z tych, które na długo pozostanie w pamięci.

*Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć... / Click photo to magnify...

 

Czytaj więcej: „Cosi fan tutte” w Salzburgu, czyli o zaskakującym...

"Norma", czyli Cecilia Bartoli w Salzburgu.

Autorzy: Beata i Michał

Norma 2013: Cecilia Bartoli, John Osborn photo (c) Hans jorg Michel published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

O salzburskiej inscenizacji „Normy” pisać nam nie jest łatwo, bo po pierwsze czas biegnie nieubłaganie, a po drugie sam spektakl był jak meteor, który rozbłysnął cudownie podczas tegorocznego Salzburger Festspiele i zakończył tam swój żywot. Takie zjawiska należy opisywać natychmiast, „na gorąco”, gdy krew jeszcze wre, a serce dudni na wspomnienie dopiero co przeżytych emocji. Tymczasem po powrocie z naszej drugiej w tym roku wyprawy do Salzburga, miast spisywać szybko co pamiętamy i dzielić się z bliźnimi wiedzą, ulegliśmy obowiązkom, co to dopadają nas wszystkich zwykle po wakacjach i skutecznie zamazują słodkie wspomnienia letniego czasu. W  przypadku słynnej opery Vincenzo Belliniego jest o czym pisać, bo przecież jest to dzieło należące do kanonu tych najwybitniejszych, których każdorazowa próba „przywołania” na teatralne deski, jest automatycznie wydarzeniem skupiającym na sobie uwagę krytyki i publiczności. Dzieło mityczne wręcz, z olśniewająco piękną muzyką i porywającymi partiami wokalnymi, które do tego wszystkiego są piekielnie trudne do wykonania dla tytułowej Normy.

Norma 2013: Rebeca Olvera, Cecilia Bartoli photo (c) Hans jorg Michel published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Z pewnością trudno znaleźć operomaniaka, który by nie wiedział, co miała powiedzieć kiedyś Lilli Lehmann o wyzwaniu jakim jest dla śpiewaczki ta rola. Stwierdziła ponoć, że łączny wysiłek związany ze śpiewaniem w „Walkirii”, „Zygfrydzie” i „Zmierzchu bogów”, blednie w porównaniu do trudów śpiewania jednej tylko Normy w operze Belliniego.  I jest coś na rzeczy w tym porównaniu, skoro samo arcydzieło nie jest wystawiane zbyt często, wielkie wykonania wspominane są przez kolejne pokolenia, a spory o to czy najwybitniejszą Normą dwudziestego wieku była Callas, Sutherland albo Caballe potrafią nie na  żarty poróżnić antagonistów. Nic więc dziwnego, że sama zapowiedź wystawienia szczytowego osiągnięcia operowego epoki belcanto, najpierw podczas majowego „Whitsun Festival” w Salzburgu, a potem Salzburskiego Festiwalu w sierpnia tego roku, wywołała ogromne zainteresowanie, wzmacniane faktem, że z legendarną rolą postanowiła się zmierzyć tym razem wybitna włoska śpiewaczka Cecilia Bartoli. Zdobycie biletów na przedstawienie graniczyło z cudem, tym bardziej, że wszystkich ciekawiło niezmiernie jak poradzi sobie z bardzo trudną partią sopranową artystka kojarzona głównie z rolami pisanymi dla mezzosopranów, ale która jednocześnie od lat przyzwyczaiła miłośników opery do bardzo wysokiego poziomu swoich wykonań wokalnych. Słowem długo oczekiwana sensacja.

Norma 2013: John Osborn Reinaldo Macias, photo (c) Hans Jorg Michel published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify... 

Było jeszcze coś, co burzyło krew ortodoksyjnych odbiorów sztuki operowej. Otóż, bardzo szybko przedostało się do wiadomości opinii publicznej, że legendarna opowieść o dramacie druidzkiej kapłanki została radykalnie zmodernizowana i przeniesiona ze starożytnej, podbitej przez Rzymian Galii, do Francji  czasów II Wojny Światowej. Dla reżyserów spektaklu, Moshe Leisera and Patrice Caurier, skojarzenie było nadzwyczaj proste. Oto na miejscu rzymskich ciemiężycieli niech pojawią się hitlerowscy okupanci, a Druidów niech zastąpią przedstawiciele francuskiego ruchu oporu, a sama akcja niech zostanie osadzona na terenie szkoły, w której Norma, jak łatwo się domyśleć jest dyrektorką, ale która to placówka jest rodzajem głęboko zakonspirowanej kwatery głównej francuskich partyzantów rwących się do walki z okrutnymi oprawcami. Koncept prosty i dla wielu odbiorców momentami absurdalny, choćby z uwagi na nieuchronne i liczne z konieczności nonsensy dramaturgiczne pojawiające się zawsze gdy tekst niezmodyfikowanego libretta konfrontowany jest z obrazami z innej jakby bajki, został jednak nadzwyczajnie reżysersko zrealizowany i jako taki, również ku naszemu zaskoczeniu, obronił się z powodzeniem, dając głównym postaciom dramatu wyjątkową sposobność wykazania się kunsztem aktorskim.

Norma 2013: Cecilia Bartoli photo (c) Hans jorg Michel published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Musimy przyznać, że rozumiemy wszystkich, którzy przywiązani do tradycji, wyszli z teatru nieusatysfakcjonowani, albo nawet oburzeni, bo nie jest łatwo zaakceptować ten rodzaj modernizacji w operze. Rozumiemy doskonale zarzut fundamentalny, jaki łatwo w takich sytuacjach postawić inscenizatorom, że wyrwanie dramatu z jego oryginalnego kontekstu w trosce o ułatwienie jego zrozumienia współczesnym widzom, w gruncie rzeczy tych widzów obraża, bo odmawia im inteligencji umożliwiającej samodzielne dostrzeżenie ponadczasowych walorów dzieła. Niezadowoleni z modernizacji „Normy” w Salzburgu, a wiemy skądinąd że takowi też się szybko pojawili, zdają się argumentować, że „przecież zmiana kostiumów i scenografii, przy zachowanych muzyce i libretcie, nie wnosi nic nowego do samego dramatu, a tylko naraża widzów na irytujące niekonsekwencje”. Jest to naturalny, mocny i zasadny argument, którym na różne sposoby sami posługujemy się często, aby wyrazić dezaprobatę dla jakieś kolejnej, nieudanej modernizacji operowej, bowiem co do zasady, oczekujemy że modernizacja będzie „napędzana” jakimś sensownym pomysłem, albo mówiąc inaczej, że stworzy ona warunki do lepszego unaocznienia tego, co w opowiadanej historii jest najważniejsze. Naszym zdaniem, to właśnie udało się w omawianej inscenizacji osiągnąć, choć na początku sukces tego przedsięwzięcia nie wydawał się nam czymś oczywistym. Po pierwszym akcie pozostawaliśmy nadal sceptyczni. Wprawdzie od początku zachwycała nas wysmakowana scenografia, autorstwa Christiana Fenouillat, bardzo subtelnie i skutecznie „przenosząca” nas do okupowanej Francji lat czterdziestych minionego wieku, ale nie do końca rozumieliśmy, co ten zabieg miałby nam w ogólnym rozrachunku dać. Jednak wszystko zmieniło się w akcie drugim, w którym rozgrywają się kluczowe dla całego dramatu sceny.  Szanowni Państwo, to co zobaczyliśmy w jego trakcie to był popis śpiewu i aktorstwa Cecili Bartoli, partnerującego jej w roli Pollione amerykański tenora Johna Osborna oraz  meksykańskiej sopranistki Rebeki Olvery. Możemy tu mówić właściwie o wybitnej scenicznej kreacji śpiewaków, szczególnie Cecili Bartoli, którzy grali tak doskonale, jakby rzecz cała nie w teatrze operowym, ale w dramatycznym miała miejsce. I było to zasługą nie tylko ich osobistych talentów artystycznych, ale również wspaniałej pracy reżyserów, którzy właśnie dzięki uwspółcześnionemu kontekstowi, mogli z powodzeniem zastosować środki dramatycznego wyrazu właściwe naszej epoce. Mocno psychologicznie zarysowane postacie, operujące bardzo nowoczesnym, wręcz filmowym językiem gestu, bardzo ekspresyjne w mimice i niezwykle dynamiczne we wzajemnych relacjach, są dla obserwatorów przejmujące i wiarygodne. Dlatego tak ważne jest, że przy zastosowaniu bardzo współczesnej formy aktorskiego wyrazu, ten klasyczny dramat dzieje się w doskonale znanej współczesnym widzom przestrzeni, bo staje się natychmiast „ich dramatem”. Tak głęboka identyfikacja nie byłoby prawdopodobnie możliwa, gdyby bohaterowie tej historii występowali w druidzkich szatach. Oczywiście ta ostatnia konstatacja jest tylko hipotezą, bo  akurat nie wiadomo jak zareagowalibyśmy na opowieść o miłości, zdradzie i poświęceniu, która zostałaby tak nowocześnie aktorsko zbudowana przy jednoczesnym zachowaniu scenicznych realiów właściwych starożytnej Galii. Ważne jednak pozostaje, że modernizacyjny koncept, na pierwszy rzut oka bardzo ryzykowny, przyniósł rewelacyjne efekty końcowe.

Norma 2013: Cecilia Bartoli, John Osborn photo (c) Hans Jorg Michel published by opera.info.pl by courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify... 

Ale byłoby błędem zakładać, że sukces salzburskiej inscenizacji „Normy” należy przypisać głównie sposobowi, w jaki historia Normy została opowiedziana. Jak w każdym bowiem dziele operowym, najważniejsze było to jak grała orkiestra i jaki poziom wokalny w całym spektaklu zaprezentowali śpiewacy. Odpowiadamy – orkiestra La Scintilla dyrygowana przez Giovanniego Antoniniego zagrała doskonale, na podobnie wysokim poziomie śpiewał chór Radia Szwajcarskiego, a śpiewacy dali popis swoich możliwości. Zaczniemy od największej dla nas pozytywnej niespodzianki, czyli występu amerykańskiego tenora Johna Osborna, którego mieliśmy okazję zobaczyć w ubiegłym roku w Weronie gdzie wraz z Aleksandrą Kurzak śpiewał w „Romeo i Julii” Charlesa Gounoda, i gdzie wypadł blado i nieprzekonująco, stanowiąc tylko tło dla polskiej sopranistki. Byliśmy więc wchodząc na salę Haus für Mozart pełni najgorszych obaw. Niepotrzebnie, bo Osborn jako Poliione śpiewał pewnie, pięknie i przez cały spektakl znakomicie partnerował Cecilii Bartoli oraz śpiewającej partię Adalgisy, meksykańskiej sopranistce Rebece Olvery. Jego głos był czysty w najwyższych rejestrach i uwodzicielsko piękny w partiach lirycznych. Podobnie świetnie zaprezentowała się młoda śpiewaczka z Meksyku, śpiewająca pięknym i lekkim sopranem, która mimo młodego wieku zaprezentowała kunszt aktorski najwyższej próby i niezwykle czysto wykonała powierzoną jej partię. Warto zapamiętać to nazwisko, bo na pewno o tej ładnej dziewczynie jeszcze wiele dobrego niebawem usłyszymy.  Naturalnie nie wolno nam zapomnieć o pochwałach dla Michele Pertusiego, który w roli Oroveso wypadł świetnie. I pewnie moglibyśmy „zaczernić” wiele jeszcze stronic opisami świetnych występów poszczególnych śpiewaków drugoplanowych, tyle tylko, że w ostatecznym rozrachunku, dla tej akurat opery, kluczowe znaczenie zawsze ma to,  jak zaprezentowała się śpiewaczka kreująca Normę.

Cecilia Bartoli jest wielką śpiewaczką, a jej interpretacja Normy, była tego spektakularnym dowodem. Od lat powtarza się, że osiągnęła ona apogeum możliwości wokalnych, że śpiewa doskonale a w interpretacji ról jest niezrównana. Dla wielu miłośników opery, Bartoli już dawno stanęła na artystycznym Olimpie. Tymczasem, każdy kolejny sezon przynosi wydarzenia pokazujące rzecz zgoła niemożliwą. Otóż Cecilia Bartoli swoimi wyborami artystycznymi zdaje się udowadniać, że szczyt swoich możliwości ma jeszcze daleko przed sobą. Bo jak inaczej ocenić fakt, że mezzosopranistka śpiewa tak doskonale jedną z najtrudniejszych partii w historii opery, rolę napisaną dla sopranu. Oczywiście, puryści zapewne dostrzegli w śpiewie Bartoli pewne modyfikacje, które umożliwiły jej wykonanie tej partii, ale wszyscy zgodnie przyznają, że jej techniczna wirtuozeria i fantastyczna interpretacja aktorska, pozwoliły na stworzenie wyjątkowej kreacji.

Postscriptum (18 września 2013):

Zdecydowaliśmy się na rozwinięcie relacji z „Normy” wystawionej na Festiwalu w Salzburgu z dwóch powodów.

Polecamy jeszcze jeden  bardzo interesujący film

https://www.youtube.com/watch?v=-OQSuOvFFV4

Po pierwsze, bo pod relacją pojawiło się dużo komentarzy, czy aby na pewno „Norma” z Cecilią Bartoli była dużym wydarzeniem. Przyznamy się, że jadąc do Salzburga zastanawialiśmy się, jak to będzie. Kupiliśmy wcześniej płytę „Normy” z Cecilią Bartoli i oczywiście jej wysłuchaliśmy. Nas również „nie rzuciła” ona na przysłowiowe kolana. W wykonaniu Normy przez Cecilię Bartoli, nieco zabrakło w nagraniu tego niesamowitego światła i „oddechu”, do którego przyzwyczaiła nas Maria Callas i inne słynne sopranistki. Całość zabrzmiała nieco mniej dramatycznie, delikatniej, bardziej ludzko niż nieziemsko. Jednak obejrzenie przez nas „Normy” na żywo w Salzburgu zmieniło radykalnie nasze pierwotne nastawienie. Tak, jak pisaliśmy  powyżej, było to świetnie wyreżyserowane przedstawienie, a pierwsza odsłona drugiego aktu zagrana na tle czarnej ściany z jednym krzesłem w tle, była majstersztykiem. Cała trójka: Bartoli, Osborn i Olvera zagrała w niej jak zawodowi aktorzy dramatyczni, a ich śpiew po prostu poruszał, tyle w nim było emocji.

Cecilia Bartoli w jednym z wywiadów powiedziała (można to obejrzeć na pierwszym z pokazywanych tu za Youtube filmików), że chciała przedstawić inną wersję Normy, bardziej postać kobiety zakochanej niż kobiety lodowatej, kobiety zdradzonej, cierpiącej, a mimo to mającej nadzieję, kobiety, która ma ludzkie słabości. Pomimo pewnych modyfikacji w śpiewie Cecilii Bartoli w stosunku do wykonań, do których nas przyzwyczaiły wielkie sopranistki, o czym pisaliśmy wcześniej w relacji,  był to spektakl, który nie pozostawił nas obojętnymi. Nie nam oceniać poziom techniczny jej wykonania, bo nie mamy jako amatorzy do tego niezbędnej wiedzy i doświadczenia. Ale możemy powiedzieć z przekonaniem, że Cecilia Bartoli stworzyła niesamowicie poruszającą kreację na scenie, bardzo wiarygodną aktorsko i wokalnie. Zapewne, gdybyśmy dziś odtworzyli salzburskie wykonanie „Casta diva” Cecili Bartoli, a następnie wykonanie Marii Callas, to trudno by było nam z przekonaniem argumentować, że Cecilia Bartoli przejdzie do historii jako wielka wykonawczyni Normy. Ale myślimy też, że nie taki był cel jej przedsięwzięcia. Zresztą Cecilia Bartoli nie była pierwszą mezzosopranistką, która z partią Normy się zmierzyła (Maria Malibran).

Drugim celem tego postscriptum jest przeproszenie za błąd, który wkradł się do pierwszej wersji relacji, na który zwróciła nam uwagę Pani Profesor Ewa Łętowska, za co bardzo Pani Profesor dziękujemy. Otóż napisaliśmy, że Lilli Lehmann śpiewała partię Brünnhilde w „Pierścieniu Nibelunga” w Bayreuth w 1876 rok. Oczywiście data powinna być inna, bo rzeczywiście słynna śpiewaczka wykonywała tą partię we wszystkich trzech częściach „Pierścienia”, tyle, że w roku 1896.
 
Serdecznie Wszystkich pozdrawiamy

Czytaj więcej: "Norma", czyli Cecilia Bartoli w Salzburgu.

"Lucio Silla" w Salzburgu, czyli o leczeniu "Mozartem"

Autorzy: Beata i Michał

Lucio Silla 2013 Marianne Crebassa (Cecilio), Olga Peretyatko (Giunia) photo (c) Matthias Baus e-mail: esser.baus (at) t-online.de published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie (c) Matthiasa Bausa aby powiększyć...
Click to magnify...

Nie od dziś wiadomo, że operowy Mozart jest dobry na wszystko. Odpędza smutki, wyciąga „z dołka”, uskrzydla dusze, przywraca harmonię, prostuje myśli, uszlachetnia i pociesza, uczy i wychowuje, słowem, jak ów „klinek na splinek” (*), bo łagodzi objawy egzystencjalnego kaca. Nawet jak rozpustnika na wieczne potępienie i zasłużone męczarnie wysyła, to też z wyrozumiałością i współczuciem to czyni, a już na pewno w okolicznościach artystycznych tak efektownych, że zamiast przerażeni do domu uciekać, tęsknimy za nieszczęśnikiem i jego światem.

Jest więc Mozart panaceum uniwersalnym, lekiem który chyba tylko na odciski nie pomoże, ale i to wcale takie pewne nie jest. Tak działa oryginał, wystawiony z pietyzmem dla muzyki i inscenizacji, w sposób sprawdzony i poświadczony dwustuletnią tradycją. Tak też działa wiele jego współczesnych „generyków”, o ile mądry reżyser się za to bierze, który ma pomysł, umiejętności, godziwy budżet i dość szacunku dla widza bądź słuchacza, aby mu taką zmodernizowaną „terapię Mozartem” zaproponować. Nie lękamy się więc sięgnąć po DVD z „Don Giovannim” w wersji zaproponowanej przez Petera Brooka w Aix-en-Provence, pójść w Salzburgu na transmisję „Cosi fan tutte” w interpretacji Clausa Gutha, albo wybrać się na to samo do Warszawskiej Opery Kameralnej, gdzie Marek Weiss ze smakiem i bardzo udatnie odwrócił tradycyjne sensy przypisywane słynnemu librettu.

Lucio Sillaa 2013 Rolando Villazón (Lucio Silla), Olga Peretyatko (Giunia), Marianne Crebassa (Cecilio), Inga Kalna (Lucio Cinna) photo (c) Matthias Baus e-mail: esser.baus (c) t-online.de published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie (c) Matthiasa Bausa aby powiększyć...
Click to magnify...

Ale biada naiwnym, którzy sądziliby, że wszyscy tak uczciwie do swojego fachu podchodzą, bo trzeba pamiętać, że tak jak marka Louis Vuitton w świecie mody, tak Mozart w świecie opery bywa częstą ofiarą ordynarnego fałszerstwa. Oszustwo to jest odrażające, bo zdaje się służyć nie dobru sztuki, lub pomyślności widza, a jedynie leczeniu niejasnych schorzeń samych twórców. Miejcie się więc miłośnicy boskiego Mozarta na baczności, bo miast lekarstwa, trucizna Wam, za Wasze zresztą pieniądze, może zostać czasem podana. I traktujcie naszą przestrogę serio, bo to co już w stuporze będąc opisaliśmy jako absurd doskonały, jest zaledwie dziecinną igraszką przy produkcjach, które zły los kazał nam potem oglądać.

Kiedyś może, gdy już ochłoniemy, a upływ czasu stępi traumatyczny wymiar takich wspomnień, ku przestrodze, opiszemy szczegółowo najnowsze wystawienie „Don Giovanniego” w Zurichu, rozpoczynającego się od sceny, w której Don Giovanni, będąc rzecz jasna gorylem, próbuje zgwałcić Donnę Annę, lecz ta spryciara, bananem zręcznie wywijając, gra na czas i liczy słusznie na odsiecz. Potem jest już tylko gorzej, bo Don Giovanni, a to mormonem będąc, a to czarnoksiężnikiem, śpiewać musi pośpiesznie, bo ma wiele zadań na scenie do wykonania. Nie chcemy zdradzać Państwu szczegółów, ale też, żeby potem nie było że nie ostrzegaliśmy, powiemy tylko, że w pewnym momencie nasz bohater rozkrawa na przykład brzuch jakieś nieszczęsnej kobiecie, a krew sika na wszystko obficie, niczym w kinowym horrorze klasy C. Z plotek kuluarowych dowiedzieliśmy się potem, że i tak mieliśmy wiele szczęścia, bo „twórcy” rozważali podobno zaostrzenie scen w operze. Nie ośmielimy się jednak publicznie opisać tego co usłyszeliśmy, niemniej zapewniamy Państwa, że bezecne czyny legendarnego Kaliguli, wyglądałyby przy tym na wprawki czeladnicze.

Ten przydługi, pesymizmem nieco podlany wstęp, jest jednak jak werbel, który tym razem nie o grozie nadciągającej katastrofy obwieszcza, ale radosną wieść zapowiada. Bo oto, Drodzy Czytelnicy było nam dane zobaczyć i wysłuchać niedawno Mozarta, o którym można bez przesady powiedzieć, że obcowanie z nim jest źródłem słodyczy. To była opera „Lucio Silla”, jedno z wydarzeń tegorocznego Festiwalu w Salzburgu. Dzieło młodego jeszcze Wolfganga Amadeusza, jeszcze w tradycji ówczesnej mocno osadzone i reguł tamtej przestrzegające, ale już muzycznie porywające. Wystawione tradycyjnie, we wnętrzach i strojach z epoki, ale z takim smakiem i wyczuciem „podane”, że nijak nie ma się poczucia odwiedzania muzeum.

Czytaj więcej: "Lucio Silla" w Salzburgu, czyli o leczeniu "Mozartem"

Uchem (i okiem) laika entuzjasty - czyli Wagner i Verdi w jednym stali domu... - historia terapii nieudanej i refleksji nad starością pouczającej

Autor: Mariusz J.

Falstaff 2013: Elisabeth Kulman (Mrs. Quickly), Ambrogio Maestri (Sir John Falstaff) photo (c) Silvia Lelli E-Mail: silvia at lelliemasotti.com published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie (c) Silvi Lelli aby powiększyć... / Click to magnify...

Lato w pełni. A latem festiwale są różne, w tym najważniejszy - Salzburger Festspiele.

A w nim plany były by Falstaffa zobaczyć po raz pierwszy i, również po raz pierwszy, Lucio Silla. Tak się jednak złożyło, że w Salzburgu znaleźliśmy się z małżonką moją dzień przed Falstaffem, a w dzień ten w sali festiwalowej śpiewano Śpiewaków norymberskich, których, z dwugodzinnym poślizgiem, retransmitowano potem na telebimie wielkim na Kapitelplatz. Postanowiliśmy zatem - za poduszczeniem niektórych z Państwa idąc - podjąć próbę wejścia w relację z Wagnerem. Jak już tu jakiś czas temu wspominałem, nasze z panem Wagnerem stosunku były zimne bardzo i zdarzyła się świetna okazja, by tego - cytuję - kalectwa, się być może wyzbyć.

Falstaff 2013: Eleonora Buratto (Nannetta), Massimo Cavalletti (Ford), Ambrogio Maestri (Sir John Falstaff), Fiorenza Cedolins (Mrs. Alice Ford), Elisabeth Kulman (Mrs.Quickly), Stephanie Houtzeel (Mrs. Meg Page), Ensemble photo (c) Silvia Lelli E-Mail: silvia at lelliemasotti.com published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele ourtesy of the Salzburger Festspiele
 Kliknij zdjęcie (c) Silvi Lelli aby powiększyć... / Click to magnify...

Czy mogłyby być po temu okoliczności przyrody bardziej sprzyjające? Wieczór na pięknym zabytkowym placu. Po lewej katedra salzburska, po prawej fontanna cud urody. W oddali, na wzgórzu, Salzburger Hochschloss. Słońce powoli zachodzi, w dłoni kieliszek pięknie schłodzonego Grüner Wetliner. Nikt mi nie powie, że byłem źle przygotowany!!!

No i zaczęli grać i śpiewać. :(

Szczegóły opowiedzą Państwu zapewne nasi nieocenieni My, którzy oglądali to na żywo. Ja mogę tylko powiedzieć, że małżonka moja, kobieta gołębiego serca, po pół godzinie zaczęła zdradzać objawy agresji, do całego świata w ogólności a do mnie, że ją na to namówiłem, w szczególności. Nie jestem w stanie zrozumieć, co pięknego dojrzeć można w dwudziestominutowych melorecytacjach (z naciskiem na recytacje, bo z melodią jakąkolwiek, to tam jest słabo dość). Harmonii nie dojrzałem. Gdy w pewnym momencie na scenie zdają sie śpiewać jednocześnie trzy osoby, to pomyślałem, czy ten Wagner w życiu słyszał jakiś tercet? Mozarta? Rossiniego? Jakikolwiek?!? Wytrwaliśmy ponad trzy godziny z ponad czterech i pół. Krótko przed północą uciekliśmy. Dramat!!! Konkluzja - Wagner dla historii muzyki jest tym, czym neandertalczyk dla historii ludzkości - ślepą uliczką.

Die Meistersinger von Nürnberg 2013: Roberto Saccà (Walther von Stolzing), Anna Gabler (Eva), Michael Volle (Hans Sachs), Monika Bohinec (Magdalena), Peter Sonn (David) photo (c) Salzburger Festspiele / Forster published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie (c) Silvi Lelli aby powiększyć... / Click to magnify...

Terapia wagnerofobii okazała się więc absolutnie nieskuteczna, pozwolę sobie nawet stwierdzić, zbędna. Niech już ja, w swej ignorancji, pozostanę przy operze (przynajmniej w dobrym towarzystwie Mariusza Kwietnia).

Pozostał zatem Falstaff maestro Verdiego. I tu pojawił sie kolejny problem. Jako opery entuzjasta niedouczony, uświadomiony zostałem przez naszych My kochanych, podczas gorącej dyskusji w noc po doświadczeniach wagnerowskich, że w Falstaffie, ostatniej operze Verdiego, spodziewać się powinienem do Wagnera odniesień. Że ona trochę w wagnerowskim stylu, z wagnerowskimi środkami wyrazu skomponowana. Tak ostrzeżeni, do Falstaffa następnego dnia przystąpiliśmy.

I trzy z niego płyną, moim - laika - zdaniem, refleksje.

Falstaff 2013 photo (c) Silvia Lelli E-Mail: silvia at lelliemasotti.com published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
 Kliknij zdjęcie (c) Silvi Lelli aby powiększyć... / Click to magnify...

Pierwsza dotyczy, rzecz jasna, relacji Verdi - Wagner. Pierwszy akt, rzeczywiście skomponowany przecież jest z użyciem wagnerowskich środków wyrazu. Śpiewacy raczej recytują niż śpiewają. Arii nie uświadczysz. Duety, tercety - wymuszone i bez wyrazu. Oczywiście efekt nie jest tak nieudany, jak dnia poprzedniego - to jednak jest Verdi, nie Wagner. W końcu, gdy ktoś każe malarzowi malować ręką lewą, to malarz lepszy namaluje lepiej niż gorszy. Tylko po co się tak ograniczać? Aż tu nagle, tak gdzieś od połowy aktu drugiego, muzyka zdaje się zmieniać. Dostaje harmonii, śpiewacy oddychają głębiej, są jakieś frazy, w trzecim akcie Nanetta śpiewa wreszcie coś, co jest po prostu operową arią. I tu, nagle - iluminacja!!! Verdi wcale Wagnera nie naśladuje. Nie stara się pokazać, że on też potrafi. On tu z niego kpi po prostu. Najpierw pokazuje, że to żadna sztuka coś takiego skomponować - akt I. A potem, z gracją łąbędzia, przechodzi płynnie do muzyki prawdziwej - pięknej i niewymuszonej. 

Falstaff 2013: Stephanie Houtzeel (Mrs. Meg Page), Ambrogio Maestri (Sir John Falstaff), Fiorenza Cedolins (Mrs. Alice Ford) photo (c) Silvia Lelli E-Mail: silvia at lelliemasotti.com published by opera.info.pl thanks to courtesy of the Salzburger Festspiele
Kliknij zdjęcie (c) Silvi Lelli aby powiększyć... / Click to magnify...

Druga refleksja dotyczy samego Falstaffa. Inscenizacja jest, moim zdaniem, niezwykle przemyślana i pięknie utrafiona. Rzecz dzieje się w domu starców a cała akcja, to mieszanka snów, wspomnień i marzeń starego Falstaffa. Marzy oczywiście o kobietach przy swoim boku, ale i o uznaniu, szacunku, sukcesie. Jakoś to bliskie bardzo memu sercu pięćdziesięciolatka :). A potem mu się to wszystko wali i rozpada. Ale w końcu, gdy pogodzić sie już z tym, że młodość już nie nasza, to i radość swoją znaleźć można i satysfakcję. Wszystko to pięknie inscenizacja (Paolo Fantin) i reżyseria (Damiano Michieletto) pokazują, a Ambrogio Maestri i pozostali udatnie śpiewają. Zubin Mehta i Wiener Philharmoniker bezkonkurencyjni.

Trzecie spostrzeżenie, to odczytanie przez twórców przedstawienia czegoś, co interpretują jako przekaz Verdiego na koniec jego twórczości. Gdy, w pierwszej scenie trzeciego aktu, Falstaff, zgnębiony doświadczeniami aktu drugiego, śpiewa o końcu życia:

"Non c'e piu virtu, tutto declina. Va, vecchio John ... cammina finche tu muoia. Allor scomparira la vera virilita dal mondo..."

Maestri trzyma, zdjęty ze ściany, portret Vediego (ten najbardziej znany, z cylindrem i białym szalem). Jakby to Verdi do nas śpiewał, nie gruby szlachcic spod Windsoru. Czyżby rzeczywiście Verdi sądził, że po nim, nie będzie w muzyce już nic? 

A jest?

 

Czytaj więcej: Uchem (i okiem) laika entuzjasty - czyli Wagner i Verdi w...

„Cosi fan tutte” – ostatni wieczór w Salzburgu

Autorzy: Beata i Michał

Ostatniego dnia naszego pobytu w Salzburgu, od rana “czatowaliśmy” przed kasami biletowymi na zwroty na operę “Carmen” Bizeta z Magdaleną Kozeną i Jonasem Kaufmannem w rolach głównych. Bilety na tą operę były wyprzedane praktycznie od samego początku, bo po pierwsze to pewnie jedna z najczęściej granych oper, po drugie ze świetną obsadą, a po trzecie podczas całego Festiwalu były zaplanowane tylko cztery jej wystawienia. Dlatego też, przez wszystkie miesiące od marca do sierpnia ani razu w internecie nie trafiliśmy na choćby jeden, jedyny bilet zwrotny. Tak też było i we wtorek, czyli w dniu premiery. Kiedy z samego rana, 45 minut przed otwarciem kas biletowych staliśmy pierwsi w kolejce, mieliśmy jeszcze nadzieję, że uda nam się zdobyć jakieś wejściówki. Niestety, te nadzieje okazały się płonne i wyszliśmy z niczym.

Na szczęście mieliśmy „plan B” na ten wieczór. Już 2 dni wcześniej wraz ze Znajomymi zarezerwowaliśmy stolik na placu gdzie są wyświetlane wieczorami spektakle operowe z tegorocznego lub z wcześniejszych Festiwali w Salzburgu. Tego dnia miała być wyświetlana opera „Cosi fan tutte” Mozarta z 2009 roku. Nie widzieliśmy wcześniej tego spektaklu, więc stwierdziliśmy, że będzie to świetny pomysł by na jego poznaniu spędzić ostatni wieczór w Salzburgu.

Topi Lehtipuu (Ferrando), Florian Boesch (Guglielmo), oben: Isabel Leonard (Dorabella), Miah Persson (Fiordiligi), rechts: Bo Skovhus (Don Alfonso), Patricia Petibon (Despina)Nasze ulubione przedstawienie „Cosi fan tutte” Mozarta to spektakl z Festiwalu w Glyndebourne z między innymi Miah Persson, Lucą Pisaronim i Topi Lehtipuu. O spektaklu w Salzburgu słyszeliśmy niewiele, chyba tylko to, że jest to wersja bardzo nowoczesna. Ciekawi byliśmy jak w tym modernistycznym otoczeniu odnajdą się Śpiewacy. Musimy przyznać, że początek oglądania opery nie był dla nas łatwy. Pewnie dlatego, że początek opery jest trochę w stylu „pop”, w formule imprezy w nowoczesnym, minimalistycznym, trochę loftowym wnętrzu. Wszędzie na scenie panowała biel, szkło i metal. Nawet sama muzyka Mozarta zabrzmiała trochę „popowo” – a może tylko tak nam się wydawało, bo cała inscenizacja, wraz z tańczącymi Śpiewaczkami, przypominała mniej operę, a bardziej spektakl teatralny. Zastanawialiśmy się przez chwilę czy to wciąż jest Mozart, ale … już po chwili okazało się, że to definitywnie jest… Mozart, a sama inscenizacja jest intrygująca i przykuwająca uwagę (przy okazji pojawił się nieusuwalny dylemat Bo Skovhus (Don Alfonso), Topi Lehtipuu (Ferrando), Isabel Leonard (Dorabella)właściwy takim okolicznościom, gdy przed widzem stoi pyszna kolacja, a na ekranie dzieje się coś bardzo interesującego i nie wiadomo jak tu sobie radzić; co wybrać – operę i zimy posiłek, czy też ciepły posiłek i …luki w operowej narracji?:)

Zanim opowiemy o poszczególnych postaciach, warto poświęcić kilka chwil na samą inscenizację, wyreżyserowaną przez Clausa Gutha. Cała akcja „Cosi fan tutte” odbywa się w nowoczesnych wnętrzach, w - jak gdyby - dwupoziomowej willi. Za oknem mamy drzewa, które z czasem dosłownie „wchodzą” do wnętrza. Jest to bardzo czytelny symbol, bowiem tak długo jak bohaterki dzielnie opierają się zakusom amantów, dając wyraz swojemu przywiązaniu do kulturowych konwencji, tak długo drzewa i gleba znajdują się poza oknami willi. Gdy zaś instynkty pierwotne biorą górę, gleba wraz z drzewami i krzewami, symbol natury, wdziera się do wnętrza willi brudząc wszystko, włącznie z bohaterami opowieści. Całość utrzymana trochę w laboratoryjnym klimacie, bieli, szkła, metalu, Florian Boesch (Guglielmo), Miah Persson (Fiordiligi)prostych geometrycznych mebli ustawionych w dwupoziomowej przestrzeni. To wszystko sprawia, że niezależnie gdzie toczy się opowieść – czy na parterze czy na górze, czy poza domem (między drzewami), możemy ją bez problemu obserwować. Zresztą akcja często rozgrywa się równolegle na dwóch różnych poziomach, trochę jak w kinie :)

Postacie są naszkicowane również nieco odmiennie od klasycznych inscenizacji tej opery. Don Alonso pełni tu rolę „szarlatana”/„złego”, który potrafi „zamrozić” w pół gestu poszczególne postacie (mamy wówczas trochę niespotykane w operze wrażenie „stop klatki”, kiedy to wokół zamrożonych postaci, czas i zdarzenia płyną dalej). Taki chwyt jest stosowany, kiedy toczą się rozmowy pomiędzy Don Alonso a Ferrando i Guglielmo, a postacie Fiordiligi i Dorabelli są w stop klatce. Don Alonso, stworzony przez Bo Skovhus, jest demoniczny i trochę odpychający. Jego gesty, mimika, ruch sceniczny to wszystko sprawia, że jeśli się go nie obawiamy, to na pewno nie pałamy do niego sympatią. Widzimy, że manipuluje on „wrednie” poszczególnymi postaciami, wyzwalając w nich te gorsze, często głęboko „ukryte” cechy. Paradoksalnie, jeśli z tak dużą niechęcie odnieśliśmy się do granej przez Bo Skovhusa postaci, to chyba jest to najlepszy dowód, że od strony aktorskiej świetnie wywiązał się on ze swojego zadania. Co do wokalnej strony jego wykonania to czasami mieliśmy poczucie, że gra aktorska przeważyła trochę nad jakością śpiewanych przez niego, przynajmniej niektórych partii.

Bo Skovhus (Don Alfonso), Isabel Leonard (Dorabella), Topi Lehtipuu (Ferrando)Patricia Petibon w roli Despiny jest bardzo zabawna, choć momentami trochę przerysowana. Gra tutaj rolę wyzwolonej, nieco roztargnionej gosposi, znudzonej swoimi obowiązkami i marzącej o lepszym życiu. Jej udział w całej intrydze zostaje „kupiony” przez Don Alonso za biżuterię i piękne ubrania. Nie ma tu miejsca na sentymenty czy wątpliwości. Sama Patricia Petibon wykazała się niesamowitym talentem komicznym, zarówno w roli Doktora czy Notariusza. Miała mnóstwo komicznych scen, które mimo pewnego „przeszarżowania” pasowały dobrze do tej inscenizacji. Wokalnie bardzo poprawnie, choć Despina nie ma tak spektakularnych arii jak Fiordiligi czy Dorabella.

Topi Lehtipuu (Ferrando), Florian Boesch (Guglielmo)Nas oczywiście, podobnie jak w inscenizacji z Glyndebourne, zachwyciła Miah Persson w roli Fiordiligi. Nie bardzo wyobrażamy sobie już kogoś innego na jej miejscu, tak ją lubimy. Miah Persson ma ten rodzaj sopranu, który jest bardzo miły dla ucha, ciepły, nieco melancholijny, czyste złoto. Brak w nim metaliczności czy zbyt agresywnych dźwięków. Wykonywane przez nią arie mają w sobie dużo elegancji i delikatności. Ale w tej inscenizacji również Isabel Leonard w roli Dorabelli „kupiła” nas od samego początku. Piękny mezzospran, przyjemnie się jej słuchało i baaaardzo przyjemnie na nią patrzyło. Obie Śpiewaczki zrobiły na nas duże wrażenie. Pewnie byśmy zaryzykowali stwierdzenie, że to najlepsze Fiordiligi i Dorabella jakie widzieliśmy. Od strony wokalnej to właśnie te dwie Śpiewaczki byśmy wyróżnili z całej obsady opery. Zasłużyły naszym zdaniem na największe brawa.

W rolach męskich, jako Ferrando wystąpił znany z wersji z Glyndebourne Topi Lehtipuu, a jako Guglielmo Florian Boesch. Nam bardziej przypadło do gustu wykonanie Topi Lehtipuu, ale może dlatego, że zaśpiewał on podobnie jak w naszej ulubionej wersji i nie bardzo było do kogo go porównać. Natomiast słuchając Floriana Boescha mieliśmy cały czas przed oczami Lucę Pisaroniego. No i cóż, Luca Pisaroni i głosowo, i od strony wizerunku scenicznego „niestety” pobił Floriana Boescha na głowę. Nie oznacza to, że było to wokalnie słabe wykonanie, ale zabrakło charyzmy, czegoś, co by zaciekawiło w granej przez niego postaci.

Gdybyśmy mieli podsumować tą inscenizację „Cosi fan tutte” to możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że od strony wokalnej jest to spektakl na wysokim poziomie, zwłaszcza ze świetnymi kreacjami wokalnymi Miah Persson i Isabel Leonard, choć i pozostali wykonawcy śpiewali na bardzo przyzwoitym poziomie. Od strony muzycznej bardzo dobra gra Orkiestry Wiener Philharmoniker pod batutą Adama Fischera. A sama inscenizacja? Jeśli ktoś jest konserwatywny i preferuje klasyczne wystawianie oper, to pewnie nie jest to wersja dla niego. Dodatkowo, trzeba przetrwać początek opery żeby nie zniechęcić się, bo tak jak napisaliśmy, początek to Mozart trochę „popowy”. Ale jeśli ktoś jest otwarty na nowe interpretacje, to ta inscenizacja jest dość spójna, niepozbawiona logiki i ciekawa. Dlatego też, mimo, iż nie zmieniamy zdania, że naszą ulubioną inscenizacją „Cosi fan tutte” jest ta z Glyndebourne, to operę z Salzburga obejrzeliśmy z dużą przyjemnością. A Isabel Leonard będziemy się na pewno starali usłyszeć kiedyś na żywo, bo to bardzo interesujący głos i wielce urodziwa osoba…

A i jeszcze jedno; jest dostępne dvd z tą operą...

 

Jeśli chcesz powiększyć zdjęcie, po prostu kliknij je...

Czytaj więcej: „Cosi fan tutte” – ostatni wieczór w Salzburgu

Salzburskie impresje...

Autorzy: Beata i Michał

Wspomnienia to również zdjęcia i filmy z podróży. Mamy nadzieję, że zarówno te statyczne, jak i te ruchome obrazki, będą się Państwu podobały i że choć do pewnego stopnia przybliżą atmosferę sierpniowego Salzburga 2012.

 

Placido Domingo rozdaje autografy po "Tamerlano"
Anna Netrebko z fanami po "La Boheme"
Instalacja artystyczna w teatrze w Salzburgu
Panorama Salzburga
Siemens Festival Nights
Teatr Operowy w Salzburg

Jeśli chcesz powiększyć zdjęcie, po prostu kliknij je...

Czytaj więcej: Salzburskie impresje...

„La Boheme” z Salzburga – tym razem na żywo...

Autorzy: Beata i Michał

La bohème 2012: Carlo Colombara (Colline), Piotr Beczala (Rodolfo), Nino Machaidze (Musetta), Alessio Arduini (Schaunard), Massimo Cavalletti (Marcello)

Zanim było nam dane obejrzeć na żywo w Salzburgu „La Boheme” Pucciniego, zobaczyliśmy tą operę w kinowej transmisji. Teraz z perspektywy czasu myślimy, że to był błąd, bo siedząc w Festspielhaus brakowało nam elementu zaskoczenia, tej ekscytacji która zazwyczaj towarzyszy nam, gdy po raz pierwszy oglądamy daną inscenizację opery i zastanawiamy się jak tym razem reżyser „opowie” znaną nam dobrze historię. Tu wiedzieliśmy niestety wszystko. Co więcej, stwierdziliśmy, że oglądając operę w kinie, nie tylko byliśmy bliżej tego, co działo się na scenie (świetnie widzieliśmy każdy gest, ruch, wyraz twarzy Śpiewaków), ale również niejednokrotnie dużo lepiej słyszeliśmy wykonanie poszczególnych arii.

La bohème 2012: Piotr Beczala (Rodolfo), Anna Netrebko (Mimi)W salzburskim przedstawieniu, co musimy z przykrością wyznać, orkiestra Vienna Philharmonic pod batutą Daniele Gatti bardzo często grała dla nas stanowczo za głośno, raz po raz skutecznie zagłuszając wielkie głosy Anny Netrebko czy Piotra Beczały. Innymi słowy, mieliśmy momentami wrażenie, że orkiestra jakby rezygnowała z delikatności i finezji muzyki Pucciniego, niejednokrotnie dominując, a nie towarzysząc Śpiewakom. Współczuliśmy trochę i Annie Netrebko (Mimi) i Piotrowi Beczale (Rodolfo), i Nino Machaidze (Musetta), bo myślimy, że z niewiadonych przyczyn, akurat ten dyrygent nie pomagał w ich pracy. A szkoda, bo swoje arie i Anna Netrebko i Piotr Beczała wykonywali świetnie.

La Boheme 2012 - akt 2Co do samego pomysłu reżyserskiego Damiano Michieletto, oraz scenografii opracowanej przez Paolo Fantin, to mamy też nieco mieszane odczucia, choć uważamy, że akurat ta modernizacja opery Pucciniego była udana i jako taka jest na pewno ciekawym pomysłem na pokazanie bardziej współczesnego oblicza cyganerii paryskiej.

Ciekawym rozwiązaniem inscenizacyjnym był trochę kinowy sposób przedstawiania poszczególnych scen. Całość została skomponowana jako krótkie obrazy z życia naszych bohaterów, pojawiające się sekwencyjnie w szybko zmieniającym się otoczeniu, klimacie, czy nawet barwie używanego światła (świetnie zresztą dostosowanym do nastroju tego, co przed naszymi oczami rozgrywało się na scenie). To wszystko w połączeniu z naprawdę bardzo dobrą grą aktorską, bardzo udanie „wystylizowanych” Śpiewaków sprawiło, że operę oglądało się z ciekawością. Skłamalibyśmy jednak, gdybyśmy powiedzieli, że wszystko nam się podobało.

La Boheme 2012 Salzburg - akt 3Akt pierwszy, rozgrywający się w trochę pustych, a trochę surowych wnętrzach, jest wizualnie interesujący, choć nie do końca rozumieliśmy sens zastosowania olbrzymiego okna jako scenicznego tła w zestawieniu z mikro skalą pozostałych sprzętów i samych postaci. Dodatkowo, widoczny u góry pomost, bardziej wyglądał jak most wiszący nad rzeką, niż jak klatka schodowa, ale może te wszystkie elementy miały nam pokazać „małość” i znikomość ludzkiego życia w wielkim wszechświecie. A może, pomost i wielkie „zapocone” od deszczu okna miały za zadanie pokazać nam, że życie Cyganerii toczy się gdzieś na obrzeżach tego „lepszego”, bogatszego życia? Pewnie na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi.

Akt drugi został naszym zdaniem przerysowany. Fajny pomysł na przeniesienie akcji do dzisiejszego Paryża (poprzez naniesienie na mapę miniatur paryskich budynków), ale zarówno zbyt kolorowy tłum przechodniów, jak i nieco zbyt głośny śpiew chóru oraz fruwająca w powietrzu postać Supermana, to wszystko dla nas poszło bardziej w kierunku operetki niż opery Pucciniego. Czegoś było po prostu za dużo. Może zniechęcił nas zbyt nachalny, „łopatologiczny” dydaktyzm, ganiący współczesny konsumpcjonizm.

La bohème 2012: Nino Machaidze (Musetta)Za to akt trzeci był, naszym zdaniem, reżyserskim majstersztykiem. Opuszczona autostrada „biegnąca do nieba”, marcowy śnieg i błoto, stanowiły świetne tło dla opowiadanej historii, a końcowe arie Anny Netrebko i Piotra Beczały na tle pogrążonej w mroku gigantycznej tablicy z nazwami dzielnic i ulic, robiły duże wrażenie.

W akcie czwartym, w którym wracamy do domu Cyganerii, największe wrażanie zrobiła na nas scena z olbrzymią ręką, wyłaniającą się z „niebytu” przestrzeni pozaokiennej, która najpierw kreśli na zawilgoconej od deszczu szybie imię „Mimi” a potem, jednym ruchem ją ściera. Bardzo przejmujący obraz. Choć i tutaj naszym zdaniem napis „Mimi” mógłby pojawić się wcześniej, kiedy Mimi jeszcze żyje, a jego starcie, mogłoby nastąpić kiedy Mimi umiera (tu, wszystko stało się już po jej śmierci). Mimo to, był to zabieg z tych „chwytających za serce”, a jak się do tego doda jeszcze muzykę Pucciniego, to trudno wyjść z suchymi oczami.

La bohème 2012: Anna Netrebko (Mimi)Ale, ale … rozpisaliśmy się o samej inscenizacji, a przecież najważniejsze w operze jest wykonanie wokalne i muzyczne. Co do wykonania głównych partii, czyli: Mimi (w tej roli Anna Netrebko) i Rodolfo (śpiewany przez Piotra Beczałę), to trudno było od nich oderwać wzrok. Anna Netrebko ma piękny, welwetowy i głęboki głos. Najbardziej nam się podobała w trzecim i czwartym akcie, bo jej „wokalna charakterystyka” świetnie się sprawdza w dramatycznych ariach i scenach z ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Od strony aktorskiej jak zwykle perfekcyjna i bardzo wiarygodna. Występ Piotra Beczały był rówież bardzo udany. Pomimo wcześniejszej choroby było słychać, że Pan Piotr wraca do pełni sił. Piękne duety z Anną Netrebko. Również aktorsko Piotr Beczała wypadł znakomicie. Zresztą cała stylizacja postaci Rodolfo bardzo nam przypadła do gustu, zupełnie odmieniła wizerunek Pana Piotra i to w najlepszym tego słowa znaczeniu.

La bohème 2012: Piotr Beczala (Rodolfo), Massimo Cavalletti (Marcello), Alessio Arduini (Schaunard), Carlo Colombara (Colline)Pozostałe role męskie również interesujące. Bardzo dobrze zagrana postać Schaunarda, w którego rolę wcielił się Alessio Arduini. Interesujący głos, ciekawy wizerunek sceniczny, duża wiarygodność granej postaci. Podobał nam się również Massimo Cavaletti w roli Marcelo. Może nie był tak przekonujący na scenie jak Piotr Beczała, ale przez całą operę prezentował bardzo wysoki poziom wokalny. Najwięcej wątpliwości mieliśmy do Carlo Colombary, który występował w roli Colline, i przez całą operę był trochę „przezroczysty”, ale arią „pożegnania z płaszczem” kupił nas „bez reszty”.

Pozostało napisać jeszcze tylko o Nino Machaidze w roli Musetty i tutaj mamy mały problem, ponieważ mamy różne zdania na temat jej postaci. Zgadzamy się ze sobą w pełni, że Nino Machaidze stworzyła świetną sceniczną Masettę, chyba najlepiej zagraną, z tych, które do tej pory było nam dane zobaczyć. Ale co do wykonania wokalnego to jesteśmy podzieleni. Część męska naszej pary była zachwycona, części żeńskiej zaś, nie do końca podobał się sposób wykonania jej roli, nieco krzykliwy, zbyt mało melodyjny (i nie jest to zazdrość ze względu na świetny wygląd Nino Machaidze, bo w „Rigoletto” Verdiego obojgu nam bardzo się ona podobała jako Gilda). Ale nic to, w sumie dobrze jest się różnić, dzięki temu każdy z artystów ma swoich zagorzałych wielbicieli i tych „nie do końca przekonanych” malkontentów :)

A na zupełny koniec, dopisujemy to co Michał powiada, że jest dla niego najlepszą wskazówką, czy dana interpretacja „La Boheme” była na właściwym poziomie. Otóż jego zdaniem, jeśli mężczyzna płacze podczas spektaklu „niczym pensjonarka”, oznacza to, że opera Pucciniego została wystawiona „tak, jak trzeba…”.

W Salzburgu, Michał płakał….

La bohème 2012: Peter Kálmán (Alcindoro), Davide Fersini (Benoît), Alessio Arduini (Schaunard), Anna Netrebko (Mimi), Piotr Beczala (Rodolfo), Nino Machaidze (Musetta), Massimo Cavalletti (Marcello), Carlo Colombara (Colline)

 

Jeśli chcesz powiększyć zdjęcie, kliknij je...

Czytaj więcej: „La Boheme” z Salzburga – tym razem na żywo...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)