opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Teatry w Polsce

60 lat teatr wielki lodz

Teatr Wielki w Łodzi logo

Teatr Wielki w Łodzi

Rycerskość cygańska

Autor: Marcin Maria Bogusławski

Marcin Maria Bogusławski
Baron Cygański Teatr Wielki w Łodzi foto (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

"Baron cygański" w reżyserii Tomasza Koniny nie ma bawić. Albo inaczej — ma nie tylko bawić. Jest sztuką z tezą, którą — na swój użytek i w ramach swoich możliwości — sformułowałem za pomocą epigramatu Palladasa: "Całe życie jest sceną i zabawą – albo nauczysz się bawić jak dziecko, porzucając trud i powagę, albo znoś cierpienia i smutek" (tłumaczenie moje). Konina drąży jednak dalej. Ma świadomość, że scena życia zawsze zarządzana jest przez jakiegoś antreprenera. Kiedyś bywał nim Bóg lub bogowie, monarcha, mąż stanu. Bywała miłość. CK-ania nauczyła nas jednak, że dyrektorzy życia (tak jak — coraz częściej — dyrektorzy teatrów) mogą pojawiać się z przypadku, ot, choćby od świń. Jak Żupan. I wystawiać w swym cyrku i kabarecie role napisanie dla innych.

CK-anię przywołuję nie bez kozery. Konina przeniósł bowiem akcję "Barona cygańskiego", czytając go oczami Musilowskiego "Człowieka bez właściwości", Haskovego "Szwejka", a także dekadencji. W końcu echa muzyki Straussa odnajdujemy u Mahlera, a partytura tej operetki skrzy się i migoce od „mahlerowskich chwytów”, mieszających liryzm kantyleny z muzyką innej, niższej konduity.

Baron Cygański Teatr Wielki w Łodzi foto (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

Przyznam szczerze, że nie miałbym nic przeciwko takiej inscenizacji. Spektakl jest bowiem intrygujący plastycznie. Chyba po raz pierwszy za kadencji aktualnego dyrektora reżyser zdecydował się na wykorzystanie sceny obrotowej. Postaci poprowadzone są logicznie. Ostatni akt celnie oddaje atmosferę wiedeńskich kabaretów z zabawami w udawanie odmiennej płci czy specyficznie sarkastycznym podejściem do patriotyzmu. Muzyka Straussa podpowiada jednak, że warto nauczyć się bawić jak dziecko. Konina zaś funduje nam epilog — na tle dorzuconego gratis Straussowskiego walca ruszają w pląs bohaterowie, w tym gestapowcy wirujący z kuso ubranymi subretkami. Chocholim tańcem dowodzi Żupan trzaskając z bata, nie najlepszej zresztą jakości. Nie kupuję tego epilogu, który dodaje Baronowi niepotrzebnych kontekstów politycznych, zbędnej ciężkości. Nie mam też potrzeby przewiercania „drugiego dna” by zapaść się w ocean podtekstów i znaczeń. Sądząc po reakcjach siedzących w pobliżu widzów, nie ja jeden zgłaszam tu zastrzeżenia.

Baron Cygański Teatr Wielki w Łodzi foto (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

O ile teatralnie uważam "Barona" za ciekawą propozycję, o tyle za nieudaną uważam jego koncepcję muzyczną. W dyskusjach podnoszono kwestię wolnych temp, nie tu jednak – w moim odczuciu – leży problem (wystarczy przypomnieć sobie Willy’ego Boskovsky’ego by wiedzieć, że dawniej grano Straussa wolniej i bardziej masywnym dźwiękiem, a jednak pikantnie i „w stylu”). Bassem Akiki zadyrygował w sposób estetycznie spójny, tyle że zamiast Straussa miałem wrażenie, ze słucham Mascagniego. Wszystko było tu śmiertelnie na serio, werystycznie i symfonicznie. Z mała dozą kontrastu, przerysowania i kanciastości, zabawy tempem i kolorem. Po pierwszym akcie złapałem się na tym, że czekam, co też „Turridu”, „Santuzza” i „Mamma Lucia” sprokurują w akcie następnym. Wiedeńska lekkość i finezja, być może także groteska, którą dałoby się słusznie wydobyć z tej muzyki patrząc na nią przez pryzmat wiedeńskiej dekadencji, dla mnie nie zaistniały.

Baron Cygański Teatr Wielki w Łodzi foto (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

Wyjątkowo nierówna była także obsada.
Niestety, o roli Barinkaya wolę zapomnieć, a na spektaklu miałem ochotę, by stał się rolą niemą. Bez scenicznego znaczenia okazała się także partia Arseny, której odtwórczyni postawiła tylko na popis. Podobała mi się za to Saffi Moniki Cichockiej. Artystka pokazała, że rola zawsze zaczyna się w głowie. Stworzyła wdzięczną scenicznie postać. Świetnie też „zwężyła” głos i mocno ograniczyła wibrację, by odmalować postać młodej, emocjonalnej dziewczyny. Dobry był Żupan Przemysława Reznera. A Agnieszka Makówka świetnie wczuła się w postać Czipry, tworząc prawdziwą postać. Nieźle spisał się Marcin Ciechowicz jako Carnero, choć w ostatnim akcie forma nieco go zawiodła. Podobała mi się także Mirabella Olgi Maroszek. Konina wykorzystał możliwości jej kontraltu do zbudowania postaci niejednoznacznej seksualnie, mocno hermafrodytycznej, dominującej nad kobiecą naturą Ottokara, jej syna. Brakło mi tylko subtelności i dwuznacznego sex appealu w akcie trzecim, w którym kabaretowy popis Mirabelli poprowadzony był mocną, nieco zbyt wulgarną kreską.

Marcin M. Bogusławski

Johann Strauss
Baron cygański
Teatr Wielki w Łodzi

Premiera z Expressem, 24 marca 2015 roku

Latająca nuda

Autor: Marcin Maria Bogusławski

Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi zdjęcie (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości teatru
Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi
zdjęcie (c) J. Miklaszewska / kliknij aby powiększyć
Marcin Maria Bogusławski

"Przyszłość jest wyobrażalna wyłącznie w odniesieniu do przeszłości” – twierdził Richard Wagner (cytuję za kompendium pod redakcją Barry’ego Millingtona). Słowa te doskonale charakteryzują "Holendra tułacza". Operę romantyczną uznawaną za pierwszy wyraz dojrzałości artystycznej Wagnera, na której kształt pracowali jednak wcześniejsi kompozytorzy.
Można bowiem wskazywać na wpływy opery włoskiej, zwłaszcza w partii Eryka. Można mówić o włoskim liryzmie muzyki i rozwiązaniach formalnych. Niemniej nie należy przeceniać tego tropu.

Ważniejsze w moim odczuciu są tu bowiem wpływy, jakie na Wagnera wywarł Heinrich Marschner (ballada Senty jak żywo przypomina romans Emmy z "Wampira"), Carl Maria von Weber czy Ludwig van Beethoven. Tropy te prowadzą w dość prosty sposób do tak zwanej "opera à sauvetage", swoistego podgatunku operowego, który ukształtował się we XVIII w. Francji czasów rewolucji, a sam genolologicznie zależny jest od "opera comique" (nazbyt często i nie słusznie pojmowanej jako opera o śmiesznych rzeczach). Zależności te są o tyle ciekawe, że – jak pisze Jarosław Mianowski – idiom romantyczny w całej swej pełni eksplodował w Niemczech, niemniej nie pojawił się on jako opozycja względem niemieckiej sztuki klasycznej. Choćby "Fidelio", typowo oświeceniowa "opera à sauvetage", zawiera w sobie wiele elementów pre-romantycznych, podjętych i kontynuowanych przez późniejszych kompozytorów.

Istotne są również wpływy francuskiej "grand opera" (współcześni Wagnerowi wdzieli w "Holendrze" elementy przejęte od Giacomo Meyerbeera) i zapatrzenie we francuskie osiągnięcia w dziedzinie orkiestracji. Wagner zachwycał się nimi, podkreślając ich urzekającą i efektowaną kolorystyczną jaskrawość. Pomijając różne inne powody, „francuskość” Holendra nie może dziwić także dlatego że planowany był (w wersji jednoaktowej) z myślą o Operze Paryskiej.

Z drugiej strony "Holender" to opera w imponujący sposób przekształcająca zastaną tradycję. Piotr Kamiński pięknie pisze w tym kontekście o monologu Holendra, „w którym Wagner wykorzystuje tradycyjną formę włoskiej ‘sceny’ […] po mistrzowsku zacierając jej kontury, nade wszystko zapewniając sobie w tych ramach nieskrępowaną swobodę wyrazu. Niełatwo wśród wzburzonych, granatowych fal wypatrzeć misterne rossiniowskie puzderko, tak potężny wymiar mają tematy składające się na tę scenę […]. Tutaj również narodził się rodzaj głosu równie typowy dla wagnerowskiego świata jak wysoki baryton dla Verdiego: dramatyczny bas-baryton, czy ‘wysoki bas’, któremu Wagner powierzy później Wotana i Hansa Sachsa”.  Wspomniane zacieranie formalnych ram – zdaniem niektórych badaczy podjęte od Meyerbeera i Ludovika Halévy’ego – są potwierdzeniem tego, że Wagner poszukiwał takiej konstrukcji dramaturgicznej, która pozostawałaby w służbie emocji, skutecznie prezentując pasję dramatyczną dzieła.

Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi zdjęcie (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości teatru
Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi zdjęcie (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości teatru
Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi zdjęcie (c) J. Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości teatru
Holender tułacz Teatr Wielki w Łodzi
zdjęcie (c) J. Miklaszewska / kliknij aby powiększyć

W końcu "Holender" to przede wszystkim dzieło oryginalne, w którym w niezwykły sposób mieszają się światy, idiomy i iskry geniuszu. Wymaga tedy realizatorów o bogatej wyobraźni. Takich, którzy nie są specjalistami w wąskiej muzycznej dziedzinie. Kluczem do jej realizacji nie jest ani specjalizowanie się w muzyce włoskiej, ani francuskiej, ani jakiejkolwiek innej. Osobowość i pokora wobec partytury sprawdzają się w roli klucza zdecydowanie lepiej. Piszę o tym, by zaznaczyć, w ramach jakiej perspektywy patrzę na łódzki spektakl, choć słowa te nie dość, że mogą wydawać się trywialne, to jeszcze w oczywisty sposób winny opisywać podejście artystów do wykonywania wszelkich partytur. Jako że w Polsce niewiele gra się Wagnera i niewiele o Wagnerze pisze, czuję jednak potrzebę zdystansowania się od perspektywy przyjętej przez recenzentkę "Gazety Wyborczej" Izabellę Adamczewską. Napisała ona: „Dyrygent Eraldo Salmieri sprawnie niuansował nastroje, dbał o tempo i rozmach. "Holender" to najbardziej "włoska" opera Wagnera (co też ma znaczenie w przypadku dyrygenta specjalizującego się w tym repertuarze)”*. Pogląd Adamnczewskiej wydaje mi się kontrowersyjny. Jeśli miałbym szukać „najbardziej włoskiej” opery Wagnera, byłby nią "Zakaz miłości" z Rossiniowską koloraturą i kantyleną a la Bellini. Ale nawet w tym przypadku bardziej istotne są wpływy francuskie. Poza tym nie wiem, na czym polega specjalizacja w muzyce włoskiej po prostu – jednak czym innym jest obeznanie z "belcantem" Rossiniowskim, czym innym idiom Pucciniego czy Beria.

Bez względu na wpływy, inspiracje i specjalizacje opiszę niżej swoje wrażenia ze spektaklu. Trzeciego i ostatniego spośród tych, które prezentowane są w bieżącym sezonie.

Zacznę od bezapelacyjnego aplauzu. Zasłużyła na niego Wioletta Chodowicz kreująca rolę Senty. To głos nadzwyczajnej urody, przywodzącej mi na myśl prześwietlony słońcem bursztyn. Szlachetny, pełny, mieniący się barwami. I nadzwyczaj gęsty, co – w moim odczuciu – może być pewną pułapką. Chodowicz jest bowiem dla mnie sopranem lirycznym. Senta należy do innego fachu. Ale inteligencja Chodowicz, zrozumienie postaci i sama uroda głosu złożyły się na piękny występ.

Słowa aplauzu kieruję także pod adresem Dominika Sutowicza, który ujął mnie jako Sternik.

Spory problem mam z Jukką Rasilainenem, który konsekwentnie budował postać Holendra. To głos wyraźnie już wyeksploatowany, artysta śpiewał nieczysto. Choć tu i ówdzie dawała o sobie znać piękna barwa, jak dla mnie jednak, zbyt jasna.

Artystom tym należy się szacunek tym większy, że przyszło im zmagać się z nieciekawą inscenizacją. Muszę przyznać, że nie sądziłem, że "Holender" może znudzić. Ten wynudził mnie okropnie. Reżyseria jest statyczna, brak w niej wyraźnej narracji budującej napięcie. Wszystko jest do bólu dosłowne, nawet fale wylewają się na słuchaczy z ekranu z projekcjami. Same projekcje nie są zresztą najwyższych lotów – bawić mogą nagle przyspieszające chmury (choć pewnie szło o zgranie je z ruchem muzyki) czy sposób pokazania wyładowań atmosferycznych. Przy całym tym bolesnym „realizmie” portret Holendra z domu Dalanda prezentuje raczej X-mana, a nawałnica miotająca ludźmi w III akcie nie poruszy nawet jednego żagla. Mamy tu też Holendra-marzannę, kukłę podrzucaną sobie przez marynarzy. Wykreowanie w tej przestrzeni żywej postaci to sukces. I mówię to bez cienia złośliwości.

Mocno napracowały się zespoły. Zwłaszcza orkiestra. I było to słychać, acz sporo mankamentów dałoby się wytknąć. Zamiast tego kieruję jednak słowa sympatii i uznania. Muzycy zmierzyli się bowiem z koncepcją pozbawioną nerwu, podobnie do reżyserii – nudną. Przy okazji "Trubadura" zauważyłem, że Eraldo Salmieri najlepiej sprawdza się w muzyce głośnej, obficie korzystającej z instrumentów dętych, „wojennej” czy – w przypadku "Holendra" – burzowej. Brakło mi dziś umiejętności kontrastowania, budowania nastrojów lirycznych, kolorystycznej „jaskrawości”, która tak ujmowała Wagnera we francuskiej orkiestracji. Zrozumienia humoru Wagnera, wyrażonego w połamanym pulsie chóru marynarzy. Wszystko było serio i tak samo. Podobny brak kontrastu widać było w obsadzie wokalnej. Tęskniłem za Włodzimierzem Zalewskim jako Holendrem i Andrzejem Malinowskim jako Dalandem, których zróżnicowane głosy współgrały idealnie z powierzonymi im rolami. Tęskniłem także za Alicją Pawlak jako Mary – choć niewielka to rola, wymaga jednak głosu idealnie wyrównanego i dźwięcznego. Pawlak władała do tego instrumentem nadzwyczajnej urody i ciemnej barwy. Występowali oni w łódzkim "Holendrze" w latach 90tych ubiegłego wieku, mając za przestrzeń niezwykłej urody inscenizację Waldemara Zawodzińskiego.

Marcin M. Bogusławski

R. Wagner
Holender tułacz
Reż. Herbert Adler
Światła, dekoracje, kostiumy Dietmar Solt
Kierownictwo muzyczne Eraldo Salmieri
Teatr Wielki w Łodzi
Premiera z Expressem, 27 stycznia 2015 r.

*Cały tekst: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,17308228,_Holender_Tulacz___Szalona_milosc_w_klasycznych_dekoracjach.html#ixzz3Q0FRiThV

Czytaj więcej: Latająca nuda

Dzieło środka. O łódzkim Trubadurze

Autor: Marcin Maria Bogusławski

Trubadur w Teatrze Wielkim w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...
Marcin Maria Bogusławski

Verdi panuje samowładnie nie tylko w teatrze włoskim, ale i w Wielkiej Operze, gdzie Trovatore przebrany we francuskie stroje i przezwany Trouverem, zastępuje, jak może, zupełny brak sztuk nowych. Za żadne pieniądze nie można teraz w Paryżu usłyszeć innej muzyki jak Verdiego: Verdi z francuską, Verdi z włoską przyprawą, wszędzie i zawsze Verdi - donoszono w połowie XIX stulecia. "Trubadur" panował też wtedy niepodzielnie na scenie warszawskiego Teatru Wielkiego - liczba jego przedstawień pobiła nawet modnego "Roberta Diabła" Giacomo Mayerbeera. A i dziś trudno odmówić mu wzięcia.

Popularność "Trubadura" jest czymś zastanawiającym, jeśli zważy się, że prosta recepta na jego sukces (podana przez Enrica Caruso) mówi, że wystarczy główne role obsadzić czwórką najwybitniejszych śpiewaków świata. O to w teatrach było i będzie trudno, a "Trubadur" i tak święcił, i święcić będzie tryumfy. Dlaczego?

Odpowiadać można różnie. Na przykład wskazując niezwykła inwencję melodyczną czy błyskotliwą instrumentację.  Moja odpowiedź jest nieco bardziej zawiła. Mianowicie widzę w Trubadurze wzorcowe dzieło środka - żyje w nim tradycja minionych czasów, ale jest to tradycja przełamana. I właśnie ta mieszanina powoduje w efekcie atrakcyjność tego dzieła.

Tym, co nowe, to "olśniewająca i energiczna instrumentacja" (a propos Lombardczyków zauważył to w 1848r roku Adam Munchheimer), z której czyniono u nas Verdiemu zarzuty. Choćby Sikorski pisał: "chrzęst i szczęk blach i talerzów metalowych, krzyk podziurawionych kijów i drągów drewnianych, łomot psiej skóry wyprężonej, lament krajanych wnętrzności baranich [...], otchłań jakby z wulkanu wyrzucana zapamiętałością kilkudziesięciu cyklopów".

Trubadur w Tetatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie (c) J.Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiemy w Łodzi
Trubadur w Tetatrze Wielkim w Łodzi
zdjęcie (c) J.Miklaszewska, kliknij, aby powiększyć...

Verdiemu zarzucano także mordowanie głosów, które we wcześniejszych operach mogły delikatnie snuć melodie.  Niemniej dostrzegano także, iż Verdi kontynuuje tradycję - przełamanie stylistyczne wiązano dopiero z "Aidą". Faktycznie, w "Trubadurze" znajdujemy modelowy przykład typowo belcantowego schematu cantabile-cabaletta ("Ah, si..." i "Di quella pira" Manrika), partia Leonory - jak słusznie pisze Piotr Kamiński - spuścizna po wielkich sopranach Georga F. Haendla, Wolfganga A. Mozarta, Gioacchina Rossiniego i Gaetano Donizettiego (O tym, że w Leonorze żyje Haendel przekonała mnie też Simone Kermes, która - w kameralnej i "historycznie" poinformowanej obsadzie - pokazała, czym może być belcanto w tej partii. Hrabia Luna to nieprawdopodobne piękno kantyleny i zwinność pasaży w "Di geloso amor" (koloratury nie oszczędził też Verdi Ferrandowi, partii wymagającej śpiewaka, który jest "prawdziwym rossiniowskim wirtuozem"). Podobnie zanurzona w tradycji jest centralna dla mnie partia Azuceny - która "ma swe źródło w rossiniowskim contraltino", zuchwale korzystając ze skrajnych rejestrów. Potrzebny jest tu już jednak mezzosopran verdiowski - o dużej skali i odpowiednim wolumenie, doskonale jednak wyrównany i szlachetny w barwie.

***

W moim odczuciu "Trubadur" padł ofiarą rosnących sal teatralnych, rosnących orkiestr i ambicji głosów (wysoko)dramatycznych, jakby powiedzieli Niemcy. Najmocniej odbiło się to na partiach Leonory, Manrika i Ferranda. Leonorę śpiewały i Ghena Dimitrova, i Maria Slatinaru, i Gwyneth Jones. Z Ferrandem mierzył się John Tomlinson. Itd. itp.

Trubadur w Tetatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie (c) J.Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Trubadur w Tetatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie (c) J.Miklaszewska opublikowane dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Łodzi
Trubadur w Tetatrze Wielkim w Łodzi
zdjęcie (c) J.Miklaszewska, kliknij, aby powiększyć...

Pamiętając, że używane przez nas typologizacje (bo jednak nie klasyfikacje) głosów pochodzą z czasów późniejszych, przypomnę jednak, że według fachów Leonora jest dramatyczną koloraturą (tak jak Violetta w "Traviacie" i kolejna ofiara obsad - Abigail w "Nabucco"). Kloiber opisuje ten głos wskazując na łatwość śpiewania wysokich tonów, giętkość głosu i jego dużą nośność, ani słowem nie wspominając o wolumenie (!). W tym duchu w partii Leonory obsadzano Leylę Gencer, Renatę Scotto, Joan Sutherland, Christinę Deutekom, ale także Katię Ricciarelli i  Joannę Kozłowską, które koloraturami nie są.

Ten nurt, najbliższy - w moim przekonaniu partyturze Verdiego - przypisuje Leonorze głos gęsty i soczysty, nośny i dźwięczny, ale zdecydowanie lżejszy od sopranów (hoch)dramatisch. Precyzyjny w zdobieniach, zazwyczaj z pięknie lejącymi się piersiowymi dźwiękami.

Wzorem jest tu dla mnie Maria Callas, ale pozostawiam z boku, jako wydarzenie wyjątkowe i nieporównywalne. W końcu kto poza nią potrafił zmienić barwę głosu na jedną sylabę czy jedno słowo? (posłuchajcie, co robi ze słowem lui we frazie l'accento, e non lui).

Manrico to głos lirico-spinto*, inny niż tenore robusto, dla którego napisano na przykład "Otella". Potrzebne jest tu jasne, słoneczne, metaliczne brzmienie głosu, inne od ciemnych, barytonowych tembrów tenorów robusto. To także głos, który swobodnie prowadzi miękką, słodką kantylenę. Jeśli chodzi o Ferranda, przeczucie, jak może wyglądać ta rola niezmiennie daje mi Nazzareno de Angelis w nagraniu z początków XX wieku.

Tak czy owak, nie szukam w "Trubadurze" chrzęstu orkiestry, potęgi chóru i ekspresji "hochdramatische". Szukam legata, rozmigotanych barw, precyzyjnych zdobień nie dla popisu, ale dla oddania afektu. Co znalazłem w łódzkim przedstawieniu?

Czytaj więcej: Dzieło środka. O łódzkim Trubadurze

"60 lat opery w Łodzi" - recenzja

Autor: Marcin Maria Bogusławski

60 lat opery w Łodzi - wydawnictwo jubileuszowe
Kliknij, aby zobaczyć stronę tytułową w powiększeniu
Marcin Maria Bogusławski

Jestem niezmiernie rad, że w ramach obchodów sześćdziesięciolecia opery w Łodzi Teatr Wielki wypuścił na rynek wydawnictwo jubileuszowe. To znakomity pomysł, który należy docenić. Składają się na nie dwie płyty DVD uzupełnione o książeczkę, w której – obok zwyczajowych tekstów Marszałka Województwa Łódzkiego i dyrektora TW – znalazł się wspominkowy szkic Józefa Kańskiego.

Pierwsza płyta DVD zawiera film dokumentalny 60 lat opery w Łodzi, którego autorem jest Krzysztof Niemczycki. Znalazły się w nim rozmowy z solistami sceny obficie kraszone zdjęciami ze spektakli, fragmentami archiwalnych nagrań spektakli czy programów telewizyjnych. Nie kryję, że niesamowicie wzruszyłem się słuchając Andrzeja Saciuka, który pozostanie w mojej pamięci niezapomnianym Zachariaszem z Nabucco, Haliny Romanowskiej, Janiny Niesobskiej czy Teresy Wojtaszek-Kubiak, utrwalonej przez realizatorów w trakcie rozmowy na Skype (bądź za pomocą podobnego komunikatora). Wśród pozostałych interlokutorów pojawiają się jeszcze – między innymi – Jerzy Jadczak, Edyta Wasłowska, Zenon Kowalski, Dorota Wójcik, Joanna Woś i Monika Cichocka.

Łza w oku zakręciła mi się, gdy patrzyłem na fragmenty tańców połowieckich ze spektaklu z 1967 r., na Vissi d’arte z Toski wystawionej w 1988 r. z Teresą Kubiak w obsadzie czy Echnatona Philipa Glassa z niezapomnianą Moniką Cichocką jako Nefretete oraz Tomaszem Raczkiewiczem w partii tytułowej.

Druga płyta DVD przynosi prezentację 330 premier i… zrealizowaną przez Yoicik Group. Można znaleźć na niej wykaz premier Opery Łódzkiej, Teatru Wielkiego, Łódzkich Spotkań Baletowych, a także krótkie materiały  dotyczące wybitnych gości i współpracowników Teatru oraz kolejnych dyrektorów placówki. Szkic Kańskiego jest swobodnym zapisem jego wspomnień sięgających 1944 roku, gdy w jego rodzinnym majątku zjawił się prof. Władysław Raczkowski, współtwórca Opery Łódzkiej. Opowieść Kańskiego zdobią archiwalne fotografie, w których zamknięto piękno i emocje kilku łódzkich spektakli.

Czytaj więcej: "60 lat opery w Łodzi" - recenzja

"Straszny dwór" - premiera w Łodzi

Straszny Dwór premiera w Teatrze Wielkim w łodzi

Kliknij, aby powiększyć...

Stanisław Moniuszko - STRASZNY DWÓR
opera w czterech aktach
libretto – Jan Chęciński
prapremiera- Warszawa, 1865
premiera – 18 października 2014

60 lat temu "Straszny dwór" dał początek Operze Łódzkiej – pierwszej w historii miasta stałej scenie operowej. To jednak nie jedyny powód powrotu tego tytułu jako premiery jubileuszowej, podobnie jak i nie ten, że Straszny dwór winna mieć w swoim repertuarze każda polska scena operowa. Straszny dwór to prostu opera znakomita, dzieło, w którym powaga kontusza i żupana świetnie współgra z pełnymi finezyjnego dowcipu sytuacjami, a muzyka skrząca się polskimi rytmami, w wielu miejscach zbliża się do najlepszych wzorców stylu włoskiej opery komicznej. To niemal Zemsta Fredry w operowym wydaniu.

W libretcie opery perypetie związane z wyrwaniem dwóch braci – Stefana i Zbigniewa - z „bezżennego stanu” i oddanie ich w ręce sióstr – Hanny i Jadwigi, są pretekstem dla pokazania niepowtarzalnej atmosfery polskiego dworu szlacheckiego, dumnego i z zasadami, a jednocześnie tajemniczego i pełnego zaskakujących zdarzeń.

Kierownictwo muzyczne - PIOTR WAJRAK
Reżyseria - KRYSTYNA JANDA
Scenografia - MAGDALENA MACIEJEWSKA
Kostiumy - DOROTA ROQUEPLO
Choreografia - EMIL WESOŁOWSKI
Kierownictwo chóru - WALDEMAR SUTRYK
Wykonawcy: soliści, chór, chór dziecięcy orkiestra Teatru Wielkiego w Łodzi oraz uczniowie Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. F.Parnella w Łodzi
Dyrygent – PIOTR WAJRAK

(Źródło: informacje prasowe Teatru Wielkiego w Łoddzi)

"Opera pod gwiazdami" w Łodzi

Wielka Gala Operowa w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

"Opera pod gwiazdami" przed Teatrem Wielkim w Łodzi - 27 września 2014, godzina 19.00

WIELKA GALA SEZONU 2014/2015 – to pierwsze tego rodzaju wydarzenie w historii Teatru Wielkiego w Łodzi, ale też okazja jest niecodzienne – Jubileusz 60-lecia opery w Łodzi, nad którym patronat honorowy objął Prezydent RP Bronisław Komorowski.

W plenerowej scenerii placu Dąbrowskiego – na estradzie i z pomocą specjalnych wielkoformatowych ekranów – zaprezentowane zostaną fragmenty dzieł będących w repertuarze Teatru, znaczących realizacji z przeszłości oraz tych planowanych na sezon 2014/2015: "Eugeniusza Oniegina", "Traviaty", "Trubadura", "Opowieści Hoffmanna", "Adriany Lecouvreur", "Dialogów karmelitanek", "Strasznego dworu", "Barona cygańskiego" i "Kniazia Igora".

Wykonawcy - soliści Teatru Wielkiego w Łodzi, zaproszeni goście z polskich teatrów operowych oraz chór, balet i orkiestra pod dyrekcją Tadeusza Kozłowskiego.

(Źródło: informacja prasowa Teatru Wielkiego w Łodzi)

 

 

 

 

 

 

 

Cudze chwalicie

Autor: Marcin Maria Bogusławski

Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi
zdjęcia z prywatnych zbiorów i udostępnione do
publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
kliknij, aby powiększyć...
Marcin Maria Bogusławski
Dziękuję Iwonie i Andrzejowi Malinowskim za "Holendra”, a Panu Profesorowi Włodzimierzowi Zalewskiemu za zdjęcia oraz informację na temat wykonawczyni partii Mary.
Marcin Maria Bogusławski

Cudze chwalicie, swego nie znacie – te gorzkie słowa Stanisława Jachowicza wciąż wydają mi się aktualne.  Także na gruncie opery. Nie przestanie mnie zadziwiać, że nawet sukces na zagranicznych scenach nie musi przekładać się na uznanie dla polskiego artysty na polskim „teatralnym rynku”. Jakoś Tomasz Konieczny nie jest u nas zbyt częstym gościem, a łatwo nie ma nawet Piotr Beczała („Wiele już razy – pisał Lesław Czapliński – mogłem się przekonać , iż wysokie tony nie należą do jego najmocniejszych stron i bywają zazwyczaj wysilone, bądź odbarwione. W górze skali jego głos ma tendencję do zawężania się i zamykania. Stąd zapewne w La Scali, której publiczność bywa okrutna w swych reakcjach, wolał zrezygnować i nie ryzykować, wycofując się z zaatakowania wysokiego c”). Z drugiej strony kusi nas ciągle magia obco brzmiących nazwisk, tak jakby wystarczyło to do zagwarantowania artystycznego sukcesu. Dlatego, jak sądzę, konieczna jest dbałość o pamięć o tym, co w polskiej operze było i jest niezwykłe. Tym bardziej, że wiele spektakli odchodzi w zapomnienie, brak bowiem oficjalnie dostępnej dokumentacji i sensownie udostępnionych operowych archiwów.

Myślałem o tym wszystkim oglądając, dzięki uprzejmości operowych przyjaciół, nagranie spektaklu "Latającego Holendra" Ryszarda Wagnera z Teatru Wielkiego w Łodzi. To inscenizacja ze wszech miar godna przypomnienia, zarówno ze względów stricte muzycznych, jak i z powodów teatralnych.

Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi zdjęcie z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
Latający Holender w Teatrze Wielkim w Łodzi
zdjęcia z prywatnych zbiorów i udostępnione do publikacji
przez profesora Włodzimierza Zalewskiego
kliknij, aby powiększyć...

Reżyserem tamtego spektaklu był Waldemar Zawodziński, dając wyraz dużej wrażliwości plastycznej i muzycznej. Stworzona przez Niego opowieść nie przesłania sensów Wagnerowskiej partytury, wydobywając z niej ciemne, neurotyczne tembry, których nie zakłóca nawet końcowa apoteoza. Oszczędna, symboliczna i plastycznie urzekająca scenografia, wyraźny, ale nie przerysowany sceniczny gest, oddanie wyobraźni reżyserskiej na usługi dzieła – wszystko to niewątpliwe atuty łódzkiego "Holendra". Szkoda, że szlachetna umiejętność „słuchania okiem” (jak nazwał ją sam Zawodziński) gdzieś się po drodze zagubiła. Jego aktualne inscenizacje operowe zbyt często budzą bowiem we mnie poczucie rozczarowania…

Spektakl jest także kapitalny muzycznie. Fascynującą postać Holendra stworzył Włodzimierz Zalewski. Nie brak tu silnych emocji, egzystencjalnego zagubienia, swoistej wyniosłości. Ale wszystko podane zostało w sposób powściągliwy, wolny od histerii, a dzięki temu o wiele bardziej tragiczny. Intrygujący, bo niejednoznaczny, jest Daland Andrzeja Malinowskiego. Holender budzi w nim zarazem hipnotyczną fascynacją, jak i strach, czy egzystencjalną niechęć. Dalandem targa jednocześnie pogarda wobec obcego i chciwość, którą ów obcy może zaspokoić. Wyraźnie czuć, że między tymi postaciami toczy się konflikt o władzę i wyższość. Konflikt, który jest motorem napędowym całego metafizycznego dramatu.
Wszystko to nie tylko widać na scenie, ale także słychać. Głosy Zalewskiego i Malinowskiego zostały dobrane idealnie! Pyszny bas-baryton Zalewskiego o barwie włoskiego orzecha i mroczny, czarny bas Malinowskiego dopełniają się w kontrastach, nigdy nie tracą miękkości i mienią się odcieniami. (Nawiasem mówiąc, podobnie kapitalne zestawienie udało się Otto Klemeprerowi, w nagraniu którego występują Theo Adam i Martti Talvela).

Poruszająca jest Senta Hanny Lisowskiej. To nie młoda, nieświadoma życia dziewczyna, ale dojrzała kobieta, której życie skazane jest na melancholię i tęsknotę za tym, by złożyć się w miłosnej ofierze. Jej śpiew pełen jest ciepła i rozmarzenia, czemu sprzyja bogaty, metaliczny głos barwy przytłumionej, ciemnoczerwonej krwi. Udatnie wypada także Andrzej Jurkiewicz jako Eryk. Jego tenor ma wyraźne, barytonowe, miedziane zabarwienie, idealnie współgrając ze śpiewem Lisowskiej.

Świetna jest także Alicja Pawlak, odtwórczyni skromnej partii Mary. Czaruje głosem nośnym i silnym, o zmysłowej barwie, która kojarzy mi się z dymnym kwarcem.

Kamera utrwaliła szczęśnie najlepsze lata chóru łódzkiej opery, który długo nie miał sobie równych. Na pochwały zasługuje także orkiestra – precyzyjna, barwna, bardzo dobrze prowadzona przez Antoniego Wicherka.

Chwaląc cudze, powinniśmy pamiętać, że warto również chwalić swoje.

Przyznaję, że wykreowany w Łodzi świat Senty i Holendra zasłużył na pochwały. Zasłużył także na utrwalenie – wydawanie spektakli na kasetach, a teraz na DVD czy CD to ciągła niedomoga naszych teatrów. A przecież autentyczne wartości tworzące naszą kulturę nie powinny przemijać wraz z nietrwałą ludzką pamięcią.

miejsce premiery:  Teatr Wielki Łódź
data premiery:  1994-06-25
reżyseria:  Zawodziński Waldemar
scenariusz:  Wagner Richard
choreografia:  Niesobska Janina (układ scen zbiorowych)
scenografia:  Zawodziński Waldemar, Wesołowska-Kowalska Barbara
muzyka:  Wagner Richard
dyrygent:  Wicherek Antoni, Tracz Aleksander
kierownictwo chóru:  Jaszczak Marek
kierownictwo muzyczne:  Wicherek Antoni


 
 










Dane o spektaklu za portalem e-teatr.pl


 Zostaw komentarz w dziale "Teksty"

 

 

Teatr Wielki w Łodzi - wydarzenia kwietnia

 

Messa da Requiem Teatr Wielki w Łodzi
Kliknij, aby powiększyć...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)