opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Wiadomości

Relacje ze Świata

Wiedeń

Wiedeńskie inspiracje część 2, czyli o tym, dlaczego warto zobaczyć tamtejszą „Rusałkę”

Autorzy: Beata i Michał

Krassimira Stoyanova (Rusalka) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the WIener Staatsoper
Wszystkie zdjęcia, kliknij aby powiększyć
All photos - click to magnify

W styczniu tego roku mieliśmy okazję zobaczyć w Wiedniu „Rusałkę” Antonína Dvořáka. Było to tuż przed transmisją „Rusałki” z Nowego Jorku w ramach cyklu MET Live HD. Trzeba nam wyznać, że amerykańska wersja nie bardzo przypadła nam do gustu. Tamtejsza inscenizacja wydała nam się nieszczególnie ciekawa, a kreacja bajkowego świata nie była najwyższych lotów. Ot naiwna, wręcz momentami infantylna produkcja, która poucza, że niektóre klasyczne operowe wystawienia nie wytrzymują próby czasu, a ich stylistyka nie do końca odpowiada dzisiejszym gustom. Co więcej, „amerykańska Rusałka” nie oczarowała nas również poziomem wokalnym. Choć Piotr Beczała w roli Księcia był bardzo dobry, to niestety nie mogliśmy już tego powiedzieć o występie Renée Fleming czy Dolory Zajick, a dobrze zaśpiewane role Obcej Księżnej czy Kuchcika oraz Gajowego nie uratowały  tego przedstawienia. Było to jednak pouczające doświadczenie, bo w konfrontacji z nowojorską produkcją „Rusałki”, ta wiedeńska okazała się godna zapamiętania, a jej niektóre momenty wręcz nas oczarowały.

Inscenizacja „Rusalki” z Wiener Staatsoper wymyka się standardom klasycznego spektaklu i na pewno nie spełnia kryterium sformułowanemu w „Debacie ekspertów” przez Piotra Kamińskiego. Prawdą jest bowiem, że dość często, to co dzieje się na scenie nie jest zgodne z zapisem libretta oraz didaskaliami. Jednak spektakl ma wiele walorów, czyniących go bardzo atrakcyjną

propozycją dla miłośników opery. Valentina Nafornita (Erste Elfe), Günther Groissböck (Der Wassermann),  Lena Belkina (Zweite Elfe), Ilseyar Khayrullova (Dritte Elfe) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the WIener StaatsoperPrzede wszystkim, w przyjętej przez reżysera konwencji, opowiadana historia jest spójna i sensowna, a ascetyczna scenografia utrzymana w większości scen w biało-szaro-czarnej kolorystyce świetnie współgra z przyjętymi rozwiązaniami scenicznymi. Bardzo dużym atutem przedstawienia jest też przemyślane w detalach, mądre i na swój sposób nowatorskie włączenie baletu. My w dodatku mieliśmy wiele szczęścia, bo tego wieczoru świetny dyrygent poprowadził orkiestrę z dużym wyczuciem a kluczowa partia Rusałki została rewelacyjnie zaśpiewana przez Krassimirę Stoyanową.

Produkcja „Rusałki” w reżyserii Svena-Erica Bechtolf'a oraz scenografii Rolfa Glittenberga tworzy na scenie obrazy może nieco surowe, ze względu na zastosowaną paletę barw (biel, czerń, szarość, za wyjątkiem pełnego barw świata Księcia), ale ani przez moment nie mamy wątpliwości, jakimi emocjami żyją postacie pojawiające się na scenie. Gesty i ruchy obrazują ich pragnienia, nadzieje, lęki, czy wreszcie zawód i frustrację. Ani przez chwilę nie zastanawiamy się o czym jest ta historia i od samego początku czujemy, że ta bajka nie będzie mieć szczęśliwego zakończenia.

W wiedeńskiej inscenizacji bardzo ciekawie rozegrano na przykład scenę, kiedy Rusałka wkracza do świata Księcia,Krassimira Stoyanova (Rusalka), Günther Groissböck (Der Wassermann) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper i kiedy to po raz pierwszy pojawia się rysa na ich związku, kiedy jej inność nagle zaczyna być widoczna, a jej chłodna natura zaczyna Księciu przeszkadzać. W tej scenie, w momencie, gdy Rusałka zostaje sama, na scenie pojawia się para, która zaczyna poprzez taniec opowiadać historię miłości kobiety i mężczyzny, i ich tak różnych czasem oczekiwań (świetną choreografię przygotował Luke Gaudernak). Wygląda to tak jakby Rusałka śniła na jawie, jakby jej własne lęki zmaterializowały się w obserwowanym przez nią tańcu tej dwójki. Na początku pomyśleliśmy, że tak jak to często bywa w niemieckich i austriackich teatrach, za chwilę na scenie zostaniemy „uraczeni” naturalistyczną sceną łóżkową, wątpliwej estetyki. Ale nie, nic bardziej mylnego, bo choć tańcząca para bardzo sugestywnie pokazała różnice w rozumieniu miłości i oczekiwaniach dwóch stron - kobiety z jej pragnieniem ciepła, potrzebą delikatności, jej obawami i niepewnością, i mężczyzny, pragnącego jak najszybciej skonsumować związek w sensie erotycznym, to granica dobrego smaku nie została przekroczona. Krassimira Stoyanova (Rusalka), Michael Schade (Der Prinz) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener StaatsoperTa scena jest bardzo piękna, bo szlachetna i wrażliwa Rusałka, obserwując tańczącą parę, włącza się do tego „dialogu” i pragnąc pomóc rozmijającej się w nadziejach parze, stara się nauczyć mężczyznę czułości a kobiecie pomóc pokonać jej lęki i wątpliwości. To nauczanie wspólnoty w bliskości jest bardzo wzruszającą sceną, tym bardziej poruszającą, że Rusałka samej sobie nie da rady pomóc.

Jednak nie wszystko w tej inscenizacji i nie u wszystkich odbiorców budziło pozytywne odczucia. Pisząc o ciekawych rozwiązaniach inscenizacyjnych, nie sposób nie opowiedzieć o tym, co wzbudziło totalny sprzeciw siedzących w loży obok nas widzów z Czech. Otóż w wiedeńskim spektaklu Ježibaba okazuje się nieco bardziej mściwą i bezwzględną postacią niż w oryginale, bo ... no cóż, zabija biednego Kuchcika podrzynając mu gardło, a wredne nimfy wypijają z niego krew. Na widok tej sceny, w trakcie spektaklu, Czesi zaczęli całkiem głośno krzyczeć „tfuj, tfuj”, a jedna Pani na znak protestu wstała ze swojego miejsca i już do końca spektaklu siedziała w przedsionku loży, jakby w ten sposób chciała okazać sprzeciw wobec takiego potraktowaniu dzieła Dvořáka. Nas ta scena nieco rozśmieszyła, ale nie ze względu na jej zabawny charakter, bo był to dość drastyczny,

Czytaj więcej: Wiedeńskie inspiracje część 2, czyli o tym, dlaczego...

Wiedeńskie impresje - część 1, czyli dlaczego warto zobaczyć tam „Pierścień Nibelunga”

Autorzy: Beata i Michał

Tomasz Konieczny (Wotan) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Szybkimi krokami zbliżają się wakacje i dosłownie za moment dobiegnie końca obecny sezon operowy w Wiedeńskiej Staatsoper. Na stronach internetowych tego teatru już od dobrych kilku tygodni jest dostępny program nowego sezonu 2014/2015. Są w nim świetnie zapowiadające się spektakle, takie jak „Elektra” z Niną Stemme, „Holender Tułacz” z Brynem Terfelem, czy też „Anna Bolena” z Anną Netrebko. To, na co jednak chcielibyśmy zwrócić uwagę, to fakt, że od września tego roku Wiedeńska Opera zaoferuje również kilkadziesiąt spektakli, które będzie można zobaczyć na żywo w ramach programu Live Streaming, czyli po prostu u siebie w domu na komputerze czy też telewizorze, bez konieczności odbycia podroży do Wiednia. Oczywiście wysłuchanie opery w teatrze, zanurzenie się we wszechogarniającej muzyce jest zupełnie innym doznaniem, ale mimo to uważamy taką inicjatywę za świetny pomysł, dający możliwość obejrzenia produkcji wiedeńskiego teatru widzom na całym świecie.

Kiedy przejrzeliśmy program transmisji z Wiednia na przyszły sezon (Live Streaming wiąże się z zapłatą 14 euro za spektakl), pomyśleliśmy, że warto napisać o kilku spektaklach operowych zobaczonych przez nas w Wiedniu na przestrzeni ostatnich miesięcy, które sprawiły, że jeszcze długo po wyjściu z teatru rozprawialiśmy na ich temat, a które będą dostępne w ramach tego programu. Może przekona to Państwa, by choć niektóre z nich zobaczyć u siebie w domu.

Cykl wspomnień o przedstawieniach z Wiedeńskiej Staatsoper chcielibyśmy rozpocząć od spektakli zobaczonych tam przez nas pod koniec maja tego roku, czyli od dwóch pierwszych części „Pierścienia Nibelunga” Richarda Wagnera.

Sebastian Kohlhepp (Froh), Tomasz Konieczny (Wotan), Caroline Wenborne (Freia), Norbert Ernst (Loge), Boaz Daniel (Donner), Elisabeth Kulman (Fricka) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Publiczność Opery Wiedeńskiej dość często ma możliwość wysłuchania całej tetralogii Wagnera. Tak było rok temu, tak jest w tym sezonie, tak będzie również w  roku przyszłym. Cały „Pierścień” będzie też można zobaczyć właśnie w ramach transmisji Live Streaming. Tomasz Konieczny, polski bas-baryton, który partie Albericha i Wotana śpiewa na deskach tak znamienitych teatrów operowych jak Bayerische Staatsoper w Monachium czy Wiener Staatsoper właśnie, powiedział nam kiedyś, że jeśli ktoś chce poznać opery Wagnera powinien przyjechać właśnie do stolicy Austrii, bo wykonania jego dzieł, zarówno od strony muzycznej, jak i wokalnej są tu najwyższej próby. Rok temu, kiedy było nam dane usłyszeć tam „Walkirię” musieliśmy przyznać mu rację. Dlatego nie wahaliśmy się w tym sezonie i gdy w Internecie, na dwa miesiące przed spektaklami, pojawiły się bilety na wiedeńskie „Złoto Renu” i „Walkirię”, kupiliśmy je i pojechaliśmy do Wiednia. Było warto, bo wykonania obu oper sprawiły nam wiele radości.

Tomasz Konieczny (Wotan), Jochen Schmeckenbecher (Alberich) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

„Pierścień Nibelunga” wystawiany Wiedniu to inscenizacja w reżyserii Svena-Erica Bechtolfa.  Nie zachwyca wprawdzie bogatą scenografią, ale, co ważne, jest to produkcja przemyślana, spójna i niezmuszająca nas do rozwiązywania ulubionej zagadki operowej współczesnych czasów: „co reżyser miał na myśli?”. Można oczywiście narzekać, że zastosowane środki sceniczne są dość skromne, ale najważniejsze, że nie przeszkadzają w śledzeniu opowiadanej historii, nie wytrącają ze świata wagnerowskich bogów, a śpiewakom nie utrudniają i tak niełatwego zadania. Jeśli zaakceptujemy, że w „Złocie Renu” głównym rekwizytem scenograficznym są białe, „skalne” obiekty, na których zmęczeni bogowie mogą na chwilę przysiąść, czy fakt, że w „Walkirii” w pewnym momencie tłem sceny są nieruchome sylwetki koni, w czasie, gdy Walkirie „znęcają” się nad bohaterami, próbując „wygonić” ich ze świata żywych, to poza podobnymi, drobnymi elementami, to, co dzieje się na scenie nie powinno nikomu sprawiać dyskomfortu. Musimy się już chyba pogodzić z tym, że piękne, plastyczne i bogate stylistycznie scenografie przeszły w teatrach operowych definitywnie do historii, bo cięcia budżetowe wszędzie dają o sobie znać. Jednak póki zachowana jest logika i sensowność poszczególnych scen, to nie powinniśmy przecież narzekać.

Najważniejsze jest bowiem zupełnie coś innego, czyli to, że obie widziane przez nas części „Pierścienia”, zarówno „Złoto Renu”, jak i „Walkiria” zaskoczyły nas pozytywnie bardzo wyrównanym, wysokim poziomem wokalnym wszystkich śpiewaków, i tych kluczowych i tych drugoplanowych, co w dzisiejszych czasach nie zdarza się często.

Ain Anger (Fafner), Sorin Coliban (Fasolt) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Tomasz Konieczny, śpiewający partię Wotana, po raz kolejny dowiódł, że z Wagnerem jest za pan brat. Jego kreacja, i aktorsko, i wokalnie, była świetna, ale o tym mogliśmy się przekonać już rok temu, więc tylko potwierdziliśmy swoje wcześniejsze doświadczenia. Wielka szkoda, że Tomasza Koniecznego tak rzadko można usłyszeć w Polsce! W Wiedniu, występujący z nim artyści w pełni dorównali mu kroku. W tym roku partię Fricki zaśpiewała austriacka śpiewaczka Elisabeth Kulman. Stworzyła ona na scenie postać kobiety silnej, żony, z której zdaniem Wotan musi się liczyć. Pomimo dość drobnej postury, gestem, ruchem, zdecydowanym, nieznoszącym sprzeciwu głosem potrafiła pokazać, kto tu dyktuje warunki. W roli Frei usłyszeliśmy Caroline Wenborne, śpiewaczkę o mocnym jak na tą partię głosie, a partię Erdy z dużym wyczuciem wykonała Janina Baechle. Brawo! Męskie role były równie ciekawie zaśpiewane. Partię Loge w „Złocie Renu” powierzono Norbertowi Ernstowi, tenorowi, którego mieliśmy okazję nieraz oglądać na deskach Wiedeńskiej Staatsoper, ostatnio w „Dziewczynie z Zachodu” Pucciniego. Norbert Ernst stworzył bardzo charakterystyczną postać Logego, w stylu nieco zapatrzonego w siebie lekkoducha, który rzadko traktuje coś na poważnie, a jego obietnice nie zawsze mają pokrycie w realnych możliwościach. Wokalnie był bez zarzutu. To artysta dysponujący dobrze słyszalnym głosem, bez trudu radzący sobie z wymogami wagnerowskiej partytury, a przy tym jest to głos o ładnej barwie, dobrze wypadający zarówno w niemieckim, jak i we włoskim repertuarze. Jeśli dołożymy do tego kreację sceniczną, to należy odnotować, że z przyjemnością się go zarówno słuchało, jak i na jego grę sceniczną patrzyło. Jako Alberich wystąpił Jochen Schmeckenbecher, który zastąpił planowanego w tej roli Erica Owensa i który zebrał na koniec „Złota Renu” zasłużone brawa od publiczności. Mocny, ciemny głos, dobra dykcja. Bardzo nam przypadły do gustu postacie Fasolta i Fafnera śpiewane przez Sorina Colibana i Aina Angera, (który w „Walkirii wcielił się w postać Hundiga). Nie dość, że panowie dysponują bardzo ładnymi, ciemnymi glosami o dużej mocy, to jeszcze zadbano o ich kreacje sceniczne. Nie tylko poprawiono ich wzrost o dobrych kilkanaście centymetrów (dzięki specjalnie skonstruowanym butom), ale ubrano ich w kostiumy imitujące nadludzką muskulaturę. Nic dodać nic ująć. W „Złocie Renu” interesująco wypadł również Boaz Daniel jako Donner i Sebastian Kohlhepp jako Froh, którego zarówno barwa głosu, jak i bardzo dobra technika wokalna sprawiły, że jego występ był godny zapamiętania. Herwig Pecoraro jako Mime również wypadł bardzo przekonująco.

Czytaj więcej: Wiedeńskie impresje - część 1, czyli dlaczego warto...

"Eugeniusz Oniegin" i "Adriana Lecouvreur" w Wiener Staatsoper

Autorzy: Halszka i Leszek

Mariusz Kwiecien (Eugen Onegin) phptp (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Weekend w Wiedniu
Eugeniusz Oniegin (Wiedeń, 7 marca 2014)

Kolejne dwa dni wyrwane obłędowi pracy, kolejne dwa operowe wieczory.  Pierwszy z nich spędziliśmy z Mariuszem Kwietniem jako Eugeniuszem Onieginem i Ronaldem Villazonem jako Leńskim oraz Dinarą Alievą jako Tatianą i Nadią Krastevą jako Olgą. Dyrygował Patrick Lange.

Realizację tę (w zupełnie innej obsadzie) opisywali już Beata i Michał w maju 2013 roku. Przypomnijmy, że w tle wszystkich scen ciągle pada śnieg, co wygląda dość romantycznie, choć nieco gryzie się z tekstem (w I akcie robotnicy przychodzą z pola i przynoszą zbiory - tu, nie dosyć, że za oknami zima, to w rękach robotników skrzynki z narzędziami... ). Dekorację tworzą głównie przeźroczyste bloki, być może mające obrazować lód, ale sprawiające wrażenie łazienkowych luksferów. Niemniej, ta dekoracja nie przeszkadzała śpiewakom, a lód na szczęście nie stopniał  w ostatnim akcie i Oniegin nie musiał biegać w kaloszkach.

Miło stwierdzić, że najjaśniejszą gwiazdą tego wieczoru był Mariusz Kwiecień. Głos Villazona tym razem zanikał dość wyraźnie, niestety... Ale i tak całość przedstawienia zdominowali panowie: Oniegin, Leński oraz książę Gremin. Tego ostatniego przepięknie odegrał i zaśpiewał Estończyk Ain Anger. Panie Dinara Alieva i Nadia Krasteva  pozostawały wyraźnie w tyle, zatem całe przedstawienie miało zupełnie inna siłę wyrazu niż to, opisane przez Beatę i Michała z Anną Netrebko w "roli głównej".

Angela Gheorghiu (Adriana Lecouvreur) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 

Adriana Lecouvreur (Wiedeń, 8 marca 2014)
Następnego wieczoru słuchaliśmy Angeli Gheorghiou w Adrianie Lecouvreur. Samo przedstawienie (w reżyserii Davida McVicara i ze scenografią Charlesa Edwardsa) było nam już znane z Barcelony, gdzie (w dwa kolejne wieczory) w roli Maurycego podziwialiśmy kolejno Roberto Alagnę oraz Fabio Armiliato, a Adriannę grały Barbara Frittoli oraz Daniela Dessi.

W pierwszym akcie faktycznie jesteśmy za kulisami teatru, potem przenosimy się do salonów - reżyser i scenograf nie wydziwiali i chwała im za to; garderoba aktorki wygląda jak garderoba aktorki, a salon jak salon. Cierpnie człowiekowi skóra gdy pomyśli, że intryga Adrianny mogłaby się jakiemuś reżyserowi skojarzyć z, dajmy na to, z walką byków i przeniósłby akcję na arenę, bo to i teatr i walka przecież.... Tfu, tfu, odpukać...

To przedstawienie jest na szczęście uroczo klasyczne i wymaga tylko jednego - divy w roli głównej. I Angela Gheorghiou jest idealną divą. Oczywiście, może głos czasem jej drżał (gdy nie powinien), czasem zanikał - ale to nic, ona jest Adrianą! "Divina!" jak wołał wielbiciel Angeli podczas burzy oklasków. Faktycznie.

Maurycego śpiewał znany nam już z Toski Massimo Giordano; podczas La dolcissima effigie był chyba bardzo stremowany, z L'anima ho stanca poszło mu trochę lepiej, ale ogólnie nie był niestety partnerem dla divy. Angela miała za to godną siebie przeciwniczkę w osobie Eleny Zhidkovej, o metalicznym i intrygującym mezzosopranie. Michonnetem był Roberto Frontali, urocza (i dobrze zaśpiewana) rola, która Halszce zawsze wyciska łzy z oczu. Całość znakomicie dyrygował Evelino Pido.

Warto zobaczyć to przedstawienie, warto zobaczyć divę w roli divy, zwłaszcza w spektaklu po spektaklu. Warto.

 

Czytaj więcej: "Eugeniusz Oniegin" i "Adriana Lecouvreur" w Wiener...

Ferruccio Furlanetto, czyli o doskonałości włoskiego śpiewania

Autorzy: Beata i Michał

Ramón Vargas (Don Carlo) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published  by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Wiedeńskiego „Don Carlo” w czteroaktowej, włoskiej wersji językowej mieliśmy już okazję zobaczyć i wysłuchać ponad rok temu. Wtedy wyszliśmy ze spektaklu po prostu zachwyceni, można nawet powiedzieć, że zostaliśmy wręcz wyproszeni przez obsługę z budynku teatru, choć długo się przed tym broniliśmy, oklaskując entuzjastycznie artystów (naturalnie nie byliśmy w tym stanie odosobnieni). Ówczesna obsada była jedną z lepszych, jakie można spotkać w dzisiejszych czasach na deskach teatrów operowych. W roli Króla Filipa II wystąpił bowiem René Pape, partię Rodrigo zaśpiewał Simon Keenlyside, w postać Elżbiety wcieliła się Krassimira Stoyanova, a Ramón Vargas zagrał tytułowego Don Carlo.

Ferruccio Furlanetto (Filippo II.) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Również tutejsza inscenizacja wydawała nam się wówczas bardzo ciekawa, bo scenografia, choć bardzo oszczędna, poprzez operowanie różnymi płaszczyznami, pozwoliła na znaczące zmniejszenie sceny Wiener Staatsoper, przez co wszystkie interakcje miedzy głównymi bohaterami nabrały charakteru intymności, bliskości. Taki zabieg bardzo nam się spodobał, bo często zdarza się, że biegający po wielkiej scenie artyści zaczynają śpiewać bardziej do publiczności niż do siebie i magia opery trochę się ulatnia. Twórcy wiedeńskiej inscenizacji również bardzo oszczędnie operowali liczbą rekwizytów, co sprawiło, że nic nas nie rozpraszało i w pełni skoncentrowaliśmy naszą uwagę na toczącej się na scenie akcji. Jeśli do tego dodamy przygaszone oświetlenie i w efekcie wszechobecny mrok, to praktycznie od początku spektaklu wiemy, że za chwilę rozegra się tu dramat.

Tamar Iveri (Elisabetta) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Ponieważ w tym roku mieliśmy okazję zobaczyć dwa inne, bardzo interesujące przedstawienia „Don Carlo” – jedno w maju w Londynie, a drugie w trakcie letniego Festiwalu w Salzburgu, w świetnych obsadach, byliśmy ciekawi, czy nasza zeszłoroczna fascynacja przedstawieniem w Wiener Staatsoper była uzasadniona, czy jedynie daliśmy się porwać świetnie wówczas zagranej muzyce i bardzo dobremu wykonaniu wokalnemu. No i musimy się jeszcze przyznać, że bardzo chcieliśmy ponownie zobaczyć w roli Króla Filipa II fantastycznego śpiewaka – Ferruccio Furlanetto, który w październiku tego roku miał wystąpić w tej partii właśnie na deskach Opery Wiedeńskiej! Jeśli dodamy, że partię Elżbiety, miała śpiewać Anja Harteros, to nasz wybór nie będzie brzmiał wcale  ekscentrycznie:-). Niestety, jak to z Anją Harteros bywa, my mamy do niej "zmienne" szczęście. Ilekroć jedziemy żeby ją zobaczyć, udaje nam się to tylko… co drugi raz. Nie udało się nam jej posłuchać w Londynie, i tym razem w Wiedniu. Anja Harteros odwołała swój występ z powodu choroby (dobrze, że choć w Salzburgu udało nam się jej posłuchać na żywo w „Don Carlo”!), a zastąpiła ją Tamar Iveri.

Ludovic Tézier (Rodrigo) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Nie będziemy szczegółowo opisywać wykonania poszczególnych śpiewaków, bo spektakl, jako całość bardzo nam się podobał, choć nie przeżyliśmy już takich emocji, jak w czerwcu ubiegłego roku. Powiemy tylko, że Ludovic Tézier jako Rodrigo bardzo mile nas zaskoczył, a Tamar Iveri z minuty na minutę coraz pewniej wykonywała swoją partię. Co do Violety Urmany jako Księżniczki Eboli mamy mieszane odczucia. Lubimy jej głos w dolnym rejestrze i jej wiedeński występ tylko to przeświadczenie w nas utwierdził, za to górne dźwięki wydają nam się nieco zbyt ostre, płaskie i niezachwycające. Co do Ramóna Vargasa to musimy się przyznać, że uwielbiamy go za całokształt, więc chyba nie jesteśmy w pełni obiektywni, ale cóż tam – nam się w roli Don Carlo podobał! 

Orkiestra Wiener Staatsoper pod batutą Franza Welser-Mösta zagrała wspaniale, ale nie ustrzegła się grania „całą parą”, co w niektórych momentach spowodowało, że tylko z ruchu ust mogliśmy momentami domniemywać, że Tamar Iveri i Ramón Vargas śpiewają swoje partie, bo ściana pięknej, porywającej, ale i wolumenowo monumentalnej muzyki po prostu nas od nich czasami odcinałą. Chyba jednak nie damy się przekonać tym, którzy mówią, że nie da się inaczej, że cichsze granie spowodowałoby uszczerbek dla piękna i wiarygodności muzyki. Jeśli bowiem można zagrać „Pierścień Nibelunga” Wagnera w taki sposób, że śpiewacy mogą szeptać i słyszymy zarówno ich, jak i muzykę (vide wykonanie Staatskapelle Berlin pod batutą maestro Daniela Barenboima na tegorocznych BBC Proms), to wydaje nam się, że i operę „Don Carlo” udałoby się zagrać z nieco większym poszanowaniem dla wysiłków śpiewaków. W końcu to opera, a nie koncert bez słów!

Ramón Vargas (Don Carlo) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published  by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Tak, jak się natomiast spodziewaliśmy idąc na wiedeński spektakl, głównym bohaterem tego wieczoru okazał Ferruccio Furlanetto. Jego kreacja króla Filipa II wydała nam się jeszcze bardziej poruszająca niż ta w Londynie. Nie wiemy czy sprawiła to oszczędna, wręcz mroczna scenografia, ale wykonanie "Ella giammai m'amò...", kiedy Ferruccio Furlanetto siedzi na tronie na tle praktycznie czarnego wnętrza, oświetlonego kilkoma skupiskami świec, stojącymi na podłodze, było bardzo wzruszające. Artyście udało się wyrazić w glosie ogromną rozpacz władcy, który mimo swojej potęgi, jest niezwykle samotny. Słuchając jego skargi, w jego głosie było zawartych tyle emocji! Nawet, gdy w pewnej chwili jego głos minimalnie się załamuje, to wiemy, że to nie „wypadek przy pracy”, tylko, że to cierpienie, że to wzruszenie odebrało mu na moment głos. Myślimy, że włoscy śpiewacy, są szczególnie uprzywilejowani we włoskim repertuarze operowym, bo śpiewając w języku, w którym, na co dzień wyrażają swoje myśłi i emocje, potrafią być o niebo bardziej wiarygodni i prawdziwi na scenie. I nie chodzi tu tylko o wymowę, akcentowanie czy tym podobne rzeczy. Po prostu zazwyczaj każdy z nas potrafi najlepiej oddać uczucia w języku, w którym myśli, czuje, cierpi, czy cieszy się. Jeśli do tego wszystkie dołożymy mocny głos Ferruccia Furlanetto, o pięknej barwie, jego charyzmatyczność, olbrzymią dojrzałość artystyczną i świetne wyczucie sceny, to czegoż chcieć więcej. Chyba tylko tego, by Ferruccio Furlanetto zachował formę i śpiewał jak najdłużej! Duże wrażenie zrobiła na nas również rozmowa króla Filipa II z Wielkim Inkwizytorem. W tej roli świetny Eric Halfvarson. Było to starcie dwóch silnych osobowości, „władców”, z których każdy posiada olbrzymią, choć zupełnie różną, władzę nad ludźmi, i którzy nie chcą zaakceptować autorytetu tego drugiego. Dlatego, pomimo, iż król Filip II pozornie w tej scenie wygrywa, to już wtedy wiemy, że przyjdzie mu się słono odpłacić Wielkiemu Inkwizytorowi za otrzymane przyzwolenie.

Wychodząc z Wiener Staatsoper, pomyśleliśmy sobie, że pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że choć jedna z tych świetnych tegorocznych inscenizacji „Don Carlo” zostanie w miarę szybko wydana na dvd, i będziemy mogli jeszcze nie raz do niej wracać.

Czytaj więcej: Ferruccio Furlanetto, czyli o doskonałości włoskiego...

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu”, czyli o pokerze w świecie namiętności

Autorzy: Beata i Michał

"La Fanciulla del West" photo (c) Winer Staatsoper / Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” Pucciniego nie jest łatwą w odbiorze operą. Kiedy po raz pierwszy jej wysłuchaliśmy to pomyśleliśmy sobie, że jeśli ktoś myśli że Wagner jest trudny do śpiewania, a jego muzyka nie jest harmonijna, to niech posłucha tej właśnie opery Pucciniego. Dla kogoś, kto wyznaje zasadę, że opera jest wówczas, gdy po wyjściu z teatru można coś z niej zanucić, to w „Dziewczynie…” „honor” ratują głównie partie męskiego chóru, zwłaszcza z pierwszego aktu. Ileż tam nostalgii i tęsknoty! To w sumie jeden z najbardziej chwytających za serce fragmentów wokalnych tej opery.  O ile bowiem w piętrzeniu trudności Puccini oszczędził chór, to już trójka głównych bohaterów takiego szczęścia nie miała, bo przed nimi kompozytor postawił o wiele trudniejsze zadanie. Nie oznacza to,  że muzyka w tej operze nas nie czaruje, wręcz przeciwnie, nie jest to jednak muzyka do której kompozytor przyzwyczaił nas w „Cyganerii” czy  w „Tosce”. Cześć osób powie zapewne, że słychać w niej wpływy Debussy'ego czy Straussa. My na swój własny użytek zwykliśmy muzykę w „Dziewczynie…” przyrównywać do muzyki filmowej, która tworzy nastrój, jest tłem do rozgrywających się historii, ale też narzuca  ramy, w które śpiewacy muszą sie ze swoimi dialogami wpisać. Co więcej, każda z trzech głównych postaci:  Minnie, szeryf Rance i bandyta Ramerez przeżywają w trakcie opery dość istotne przemiany.  Minnie z młodej dziewczyny z zasadami, wierzącej w romantyczną miłość, zmienia się w kobietę gotową walczyć o życie ukochanego mężczyzny nawet kosztem swoich dotychczasowych ideałów. Bandyta Ramerez dzięki miłości Minnie nawraca sie do uczciwego życia, a szeryf Rance odrzucony przez Minnie staje sie żądnym zemsty łotrem. Nie ma tu prostego podziału na bohaterów dobrych i złych, bardziej na takich, którzy budzą nasze zrozumienie i sympatię lub też nie. Jeśli do tego dodamy, olbrzymią zmienność nastrojów i nagłe zwroty akcji to zadanie stojące przed trójka głównych bohaterów nie jest proste i trudno znaleźć wykonanie tej opery, które od początku do końca w pełni nas przekonuje. Nie jest bowiem łatwym wszystko idealnie wyśpiewać i przekazać tak skrajne nieraz emocje.

"La Fanciulla del West" photo (c) Winer Staatsoper / Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Dlatego, gdy usłyszeliśmy jaka będzie obsada „Dziewczyny…” w Wiedniu, wiedzieliśmy że chcemy koniecznie ją zobaczyć. Nina Stemme jako Minnie, Jonas Kaufmann jako Ramerrez i Tomasz Konieczny jako szeryf Rance dawali gwarancje, że będzie to „kawał” dobrego śpiewania. Nie mogliśmy wysłuchać premiery tej opery na żywo w radiowej Dwójce, bo tego samego dnia była transmisja z MET, ale recenzja Marcina tylko podsyciła naszą ciekawość.

Inscenizacja „Dziewczyny…” została przeniesiona bodaj w czasy, gdy sama opera została napisana, czyli chyba na początek XX wieku. Piszemy chyba, bowiem obecność na scenie współczesnego radia, detale ubioru samych bohaterów mogą wskazywać na czasy znacznie nam bliższe. Nie jest to jednak aż takie istotne.  Zamiast typowego obrazu Dzikiego Zachodu mamy obóz z metalowych kontenerów, metalowy bar i ogólny obraz dość dzikich i nieprzyjaznych warunków, w których przyszło egzystować i pracować bohaterom opowiadanej historii. Scenografia wzmacnia poczucie, że poszukiwacze złota są daleko od domu w otoczeniu, które w niczym nie przypomina sielanki.

W takiej scenerii reżyser Marco Arturo Morelli „szkicuje” z dużym wyczuciem poszczególne postacie, nie skupiającej się wyłącznie na trójce głównych bohaterów, ale poświęcając również dużo uwagi postaciom drugoplanowym. Każdy ze śpiewaków z męskiego chóru wiedział doskonale jaką postać gra, co jego oblicze i postawa ma wyrażać. Byli i twardziele i wrażliwcy, wszyscy jakoś ze sobą związani wspólnym losem i na siebie nieobojętni. Kiedy widzimy jak Ci nieokrzesani, brutalni momentami mężczyźni z delikatnością i czułością obdarowują swoją Minnie prezentami, to wcale nas to nie dziwi. Każdy przecież potrzebuje odrobinę ciepła i czułości, nawet w tym tak bardzo męskim, bezwzględnym świecie. Akcja sceniczna w tym spektaklu, ma właśnie filmowy charakter i styl. I gdy może wydawać się nam, że w planie ogólnym, w dynamicznych scenach zbiorowych dużo się dzieje, że chaos rządzi momentami zachowaniami tej zbiorowości, to z bliska widać doskonale, że każdy ma tam swoje miejsce.

"La Fanciulla del West" photo (c) Winer Staatsoper / Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
"La Fanciulla del West" photo (c) Winer Staatsoper / Michael Pohn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Nina Stemme jest w swojej roli mistrzowska - udało jej się stworzyć postać nadzwyczajnie wiarygodną, pokazać dziewczęcą wrażliwość i delikatność, połączoną z pryncypialnością i siłą potrzebną do przetrwania w męskim świecie. A scena gry w pokera z Tomaszem Koniecznym to aktorski majstersztyk obojga - scena dramatyczna, trzymająca w napięciu, po prostu znakomita. Tomasz Konieczny świetnie zagrał szeryfa Rance'a. To twardziel, który w środku jest jednak samotnym, zagubionym człowiekiem. Jedyną osobą na której my zależy jest Minnie i nie może zupełnie zrozumieć dlaczego ona jest obojętna na jego uczucie. Jak to bywa w takich historiach, to odrzucenie wyzwala w nim pragnienie zemsty, tym bardziej, że w polu widzenia pojawia się prawdziwy rywal. Ktoś, na kogo nie działają brutalne i skuteczne metody zdobywania posłuchu. Rance nie może sobie poradzić z ta sytuacją, ona go po prostu przerasta. Dlatego pod pozorem obrony prawa sam próbuje to prawo zastąpić W sumie to bardzo nieszczęśliwa postać i mimo, że to nie jemu kibicujemy, to jednak trochę nam go szkoda. Jonas Kaufmann jako Ramerrez, jak zwykle potrafił wykreować wielowymiarową postać, którą przyszło mu grać. Jest w nim ta artystyczna wrażliwość, która sprawia, że kimkolwiek by nie był na scenie, ten ktoś zawsze ma w sobie rys szlachetności. Tak było i tym razem. Jako artysta Jonas Kaufmann, zawsze się nam bardzo podoba i akceptujemy go w pełni, zarówno „w Wagnerze”, jak i repertuarze francuskim czy włoskim. Jego barytonowy głos zawsze nas oczarowuje, a połączenie pian z pełnym dźwiękiem, niezmiennie robi na nas wrażenie.

Orkiestra jak zwykle pod batutą Franza Welsera-Mösta grała świetnie, poruszająco i momentami z dużą mocą, co zwłaszcza w pierwszym akcie czasami stawiało śpiewaków w kłopotliwym położeniu, bo musieli trochę walczyć z orkiestrą by być dobrze słyszalnymi. Potem sytuacja się poprawiła i mogliśmy już bez przeszkód cieszyć się muzyką i śpiewem. Nie będziemy w szczegółach pisać o wykonaniu wokalnym poszczególnych artystów, bo zgadzamy się z relacją Marcina. Dość powiedzieć, że wychodząc z „Dziewczyny…”, byliśmy rozemocjonowani i pełni wspaniałych wrażeń, a to oznacza, że dla Śpiewaków "z Dzikiego Zachodu" ta prawie wokalna „mission impossible”, tym razem zakończyła się całkowitym sukcesem. To był fantastyczny spektakl !

WykrzyknikTen artykuł jest kopią wpisu na blogu. Można go skomentować na trzy sposoby:

- wpisując poniżej swój komentarz; będzie on tylko widoczny tu, ale nie pojawi się na blogu autorki / autora;

- naciskając ten link Zostaw komentarz na blogu autorów i przenosząc się na stronę blogową, gdzie gdzie można opublikować swój komentarz; wpis w komentarzu na blogu nie będzie widoczny jednak pod tym artykułem;

- publikując swój wpis dwa razy, zarówno na blogu, jak i pod tym artykułem; jest to kłopotliwe, ale gwarantuje obecność komentarza w obu miejscach.

Ta zasada dotyczy wszystkich artykułów, które zostały opublikowane dotychczas jako kopie wpisów blogowych.

Angela Gheorghiu w Wiedniu, czyli o byciu Toską

Autorzy: Beata i Michał

gb big English version

 

 

Angela Gheorghiu (Floria Tosca) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Wysłuchanie na żywo dobrego wykonania „Toski” Giacomo Pucciniego jest zawsze nie lada gratką. W ostatnich latach kilkakrotnie mieliśmy okazję zobaczyć inscenizację tej opery na scenach różnych teatrów europejskich, ale zawsze czegoś nam w tych wykonaniach brakowało. Tej niefortunnej passy nie był w stanie przerwać nawet spektakl w Monachium, w którym w roli Cavaradossiego wystąpił Jonas Kaufmann. Bowiem choć on zaśpiewał swoją partię znakomicie, to wykonanie pozostałych ról, w tym szczególnie partii Toski, niestety nas nie usatysfakcjonowało.

Marcelo Álvarez (Mario Cavaradossi) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper

 

 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Kiedy myślimy o nagraniach na dvd „Toski”, dokonanych w ostatnich latach, to musimy przyznać, że zawsze na myśl przychodzi nam spektakl z Royal Opera House. W roli zaborczej śpiewaczki wystąpiła w nim Angela Gheorghiu, Jonas Kaufmann zaśpiewał partię Mario, a Bryn Terfel stworzył postać bezwzględnego i cynicznego barona Scarpii. W londyńskiej inscenizacji, klasycznej zarówno od strony scenografii, jak i kostiumów to co było niezwykle fascynujące, to świetne połączenie wspaniałej muzyki z bardzo dobrym śpiewem i z grą aktorską, chwilami na miarę znakomitego teatru dramatycznego: -). Oglądając towarzyszące  spektaklowi wywiady ze śpiewakami, szczególnie dobrze zapamiętaliśmy wypowiedź Angeli Gheorghiu, która rozpromieniona wyznała szczerze: „ja nie gram Toski, ja jestem Toską” i musimy przyznać, że rzeczywiście ta rola bardzo nam do niej pasuje i to jej kreacja sceniczna zaborczej, zazdrosnej, nieco „rozpieszczonej” i żądnej uwielbienia divy była dla nas przekonująca:-)

Dlatego też, kiedy dowiedzieliśmy się, że Angela Gheorghiu wystąpi we wrześniu w „Tosce” w Operze Wiedeńskiej, bardzo chcieliśmy osobiście przekonać się, czy występ na żywo,  wokalnie i scenicznie dorówna temu z londyńskiego nagrania. Gra była tym bardziej warta świeczki, że Angeli Gheorghiu mieli towarzyszyć Marcello Alvarez w roli Mario i Željko Lučić jako Baron Scarpia.  Wiedeńska inscenizacja również jest spektaklem klasycznym.

W sumie, jak sięgamy pamięcią, chyba nigdy nie zetknęliśmy się z próbą istotnej modernizacji tej opery. I całe szczęście! Scenografia w poszczególnych aktach pieczołowicie odwzorowywała wnętrze kościoła św. Andrzeja della Valle, komnaty Pallazzo Farnese czy też tarasu zamku św. Anioła. Wszystko ze smakiem, wizualnie ładne, podobnie jak kostiumy z epoki. Jakże byliśmy zdziwieni, gdy Mariusz J., (który był również na tym przedstawieniu), przeczytał, że jest to inscenizacja z lat 50-tych ubiegłego wieku! To niesamowite, ale wcale się nie zestarzała!

No, może tylko próba pokazania perspektywy w drugim akcie wypadła nieco śmiesznie, bo zastosowano malejące kolumny, które miały dawać poczucie głębi obrazu i długiego korytarza zakończonego drzwiami.  Jednak, kiedy ktoś przez te drzwi wchodził to wyglądał jakby był większy od tych kolumn, potem zbliżając się do środka sceny zrównywał się z nimi, by na końcu nabrać właściwych proporcji. Był to jednak tylko drobny mankament w całkiem udanej scenografii.

Marcelo Álvarez (Mario Cavaradossi), Angela Gheorghiu (Floria Tosca) photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Angela Gheorghiu jako Floria Toska nie zawiodła.  Pomimo, że jej głos nie jest może  typowy dla dramatycznych sopranów, to jednak ileż w nim jest uroku, jaka różnorodność barw i nastrojów. Miesza się w nim zazdrość, „humorzastość”, delikatność ze zdecydowaniem, determinacją i odwagą. To rzeczywiście, pod względem osobowości, stworzona jakby specjalnie dla niej rola. Rola kobiety zazdrosnej, wręcz domagającej się uwielbienia, ale i gotowej wiele zaryzykować dla miłości. Jest w niej połączenie delikatności, pewnej naiwności, wręcz niedojrzałości z kobiecością, kokieterią i dojrzałym wdziękiem. Dlatego też, jej wykonanie modlitwy w drugim akcie jest emocjonalnie jednym z piękniejszych, jakie słyszeliśmy. Jest w nim zawód, rozżalenie, szukanie ratunku. I to dobrze, że Angela Gheorghiu nie śpiewa tego z wielką siłą i dramatycznym pazurem, bo dzięki temu ujawnia ludzką słabość, kruchość, poczucie opuszczenia i gorycz niezasłużonego potraktowania. Ona skarży się Bogu, ale na niego nie krzyczy. Jest to intymna, piękna rozmowa. Angela Gheorghiu jest w roli Toski bardzo wiarygodna, to prawdziwa diva, tak jak Toska, z wszystkimi plusami i minusami z tego wynikającymi:-). Musimy przyznać, że patrzyliśmy na nią i słuchaliśmy jej z ogromną przyjemnością.  Ładne góry i przejścia, ciepła barwa, bardzo kobieca, pewne prowadzenie głosu przez cały spektakl.

Zeljko Lucic (Baron Scarpia)    „Tosca” Wiener Staatsoper photo (c) Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Kiedy przed rozpoczęciem przedstawienia na scenie pojawił się elegancki Pan w garniturze zamarliśmy! Wiemy, że zawsze oznacza to kłopoty.  Spodziewaliśmy się oczywiście najgorszego, czyli wycofania się któregoś z głównych śpiewaków. Pan wykazał się jednak litością i tylko przeprosił w imieniu Marcello Alvareza za jego pewną niedyspozycję tego wieczoru. Ucieszyliśmy się, że tenor nie odwołał występu, choć skłamalibyśmy, że nie towarzyszyło nam uczucie pewnego niepokoju, bo rola Cavaradossiego jest przecież wymagająca. Na szczęście, już po kilku minutach, okazało się, że nasze obawy były zupełnie niepotrzebne.  Marcello Alvarez zaśpiewał z odpowiednią mocą i siłą. Bardzo dobrze udało mu się połączyć w głosie liryzm z niezbędną, w drugim i trzecim akcie, dramaturgią. Góry były ładne, niewysilone. Jego głos o ciepłej, bogatej barwie jest wręcz idealny do włoskiego repertuaru. Przyjemnie się go słucha. Stabilność głosu w trakcie całego spektaklu i duże zaangażowanie w śpiewaną rolę pozwoliły mu stworzyć wiarygodną postać Cavaradossiego.  Byliśmy świadkami bardzo ładnych interakcji z partnerką. Jedyne problemy dało się zauważyć pod koniec trzeciego aktu. Podejrzewamy jednak, że sprawcą tych kłopotów był chwilowy brak porozumienia pomiędzy orkiestrą a artystami, bo ewidentnie, dobrze śpiewający do tego momentu artyści zabrzmieli nie do końca … równo. Jakby się coś na moment „rozjechało”. Kto zawinił? Czy dyrygent popełnił błąd? Trudno nam wyrokować, ale nie do końca chce nam się wierzyć, by w tym samym momencie zarówno Marcello, jak i Angela się „pogubili”. Na szczęście oboje bardzo szybko się „pozbierali” i całość została dokończona z dużą klasą.

Barona Scarpia zaśpiewał Željko Lučić. Trudno byłoby nam się do czegoś przyczepić w jego wykonaniu, poza tym, że dla nas jest on typowo lirycznym barytonem i w jego bezwzględnego i cynicznego Scarpię trudno nam po prostu było uwierzyć. My wolimy go w rolach bohaterów pozytywnych lub nieco „połamanych” życiowo. Pewnie dlatego jego „Vá Tosca” nie zabrzmiała wystarczająco złowieszczo. Zabrakło w jego wykonaniu demoniczności, tej złej strony duszy barona Scarpii. Za to dostaliśmy kawał solidnego śpiewania, ładne frazowanie i pełne zaangażowanie sceniczne.

Dyrygent Marco Armiliato sprawnie poprowadził Orkiestrę. W trakcie całego spektaklu widać było, że stara się żeby śpiewacy nie musieli przebijać się do nas przez ścianę dźwięku, no może z wyjątkiem pierwszego aktu:-).  Muzyka zabrzmiała wielokolorowo, udało się dyrygentowi osiągnąć równowagę pomiędzy potęgą muzyki i jej dramatyzmem, a lirycznymi momentami.

Tym razem to była „Toska”, dla której warto było we wrześniu do Wiednia przyjechać! 

Czytaj więcej: Angela Gheorghiu w Wiedniu, czyli o byciu Toską

"Messa da Requiem" w wiedeńskim Musikverein

Autorzy: Beata i Michał

Dziś wieczorem znaleźliśmy się w wiedeńskim Musikverein żeby posłuchać "Messa da Requiem" Giuseppe Verdiego. Ponieważ wczoraj nagle zmieniliśmy plany i zrezygnowaliśmy z pójścia na „Aidę” do Wiener Staatsoper, udało nam się oczywiście dostać już tylko miejsca stojące, ale nie byliśmy w tym wyborze odosobnieni. Ludzi było tyle, że trudno było znaleźć sobie dobre miejsce, jeśli przyszło się na ostatnią chwilę. My jednak tego błędu nie zrobiliśmy i zajęliśmy strategiczne miejsce pod ścianą na ponad 20 minut przed początkiem. Dziś w Musikverein zagrała Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, którą poprowadził Mariss Jansons. I to, co trzeba przyznać, dyrygował świetnie. Muzyka, tam gdzie trzeba zabrzmiała z niebywałą mocą, by po chwili przeistoczyć się w piękne dźwięki nadzwyczajnej delikatności. Początek przepięknie subtelny. Współpraca na linii orkiestra-chór-śpiewacy bardzo dobra. To, co pozostało w pamięci oprócz przepięknej muzyki to rewelacyjne wykonanie partii chóralnych przez Chor des Bayerischen Rundfunks. Najpiękniejsze momenty tego wieczoru im właśnie zawdzięczamy. Krassimira Stoyanova i Marina Prudenskaja wykonały swoje zadania na wysokim poziomie, choć nie będziemy ukrywać, że mieliśmy w stosunku do nich trochę większe oczekiwania. Natomiast obaj panowie: Saimir Pirgu i Orlin Anastassov nieco nas rozczarowali. Nie wiemy, czy był to problem nie do końca dobrze dobranych do siebie głosów, czy po prostu słabszy dzień śpiewaków, ale ich wykonanie pozostawiło nas obojętnymi. Bas brzmiał zupełnie bez majestatu i siły, a głos tenora wydał nam się nieco wyblakły. Jednak dla tak świetnie zagranej muzyki i przepięknych partii chóralnych warto było się tu znaleźć. A Państwa zachęcamy do wysłuchania kilku fragmentów Messa da Requiem w świetnym wykonaniu, (nagranie niedawno wydane przez Decca Classic), opublikowanych przez Decca na youtube.com. Warto!

 

 

WykrzyknikTen artykuł jest kopią wpisu na blogu. Można go skomentować na trzy sposoby:

- wpisując poniżej swój komentarz; będzie on tylko widoczny tu, ale nie pojawi się na blogu autorki / autora;

- naciskając ten link Zostaw komentarz na blogu autorów i przenosząc się na stronę blogową, gdzie gdzie można opublikować swój komentarz; wpis w komentarzu na blogu nie będzie widoczny jednak pod tym artykułem;

- publikując swój wpis dwa razy, zarówno na blogu, jak i pod tym artykułem; jest to kłopotliwe, ale gwarantuje obecność komentarza w obu miejscach.

Ta zasada dotyczy wszystkich artykułów, które zostały opublikowane dotychczas jako kopie wpisów blogowych.

„Carmen” w dwóch różnych odsłonach, czyli o tym co łączy Wiedeń z Gdańskiem.

Autorzy: Beata i Michał

Rinat Shaham (Carmen), Roberto Alagna (Don José) photo (c)  Wiener Staatsoper / Michael Pöhn published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć... / Click to magnify...

Na wstępie musimy się do czegoś przyznać, choć to co powiedzieć zamierzamy,  pewnie zdaniem wielu miłośników opery przyniesie nam wstyd i nie spotka się z aplauzem! Wiemy doskonale, że „Carmen” Bizeta to jedna z najczęściej granych oper na świecie, z całkiem spójną i logiczną historią w tle, my jednak jesteśmy na jej wdzięki, o zgrozo, niewrażliwi. Nic już na to nie poradzimy, ale muzyka, której nie można przecież odmówić melodyjności i charakteru, nie budzi w nas aż tak wielkich emocji, nie porywa nas i nie czaruje. Być może przyczyną jest "zawłaszczenie" tego tytułu operowego przez świat niemądrych reklam. Zdarzyło nam się już podziwiać bodaj reklamy środków czyszczących do toalety, w których rozanielona dama śpiewała niczym Escamillo o swojej zwycięskiej walce z zarazkami :)  Skłamalibyśmy, co prawda, mówiąc, że nie znajdujemy w tym dziele dla siebie żadnych magicznych muzycznie chwil, ale są to głównie początek trzeciego aktu i modlitwa Micaëli. To one sprawiają, że serce bije nam szybciej i odczuwamy zachwyt i zwykle wzruszamy się bardzo. Nie oznacza to jednak, że nie staramy się nad sobą pracować i co rusz podejmujemy nowe próby przekonania samych siebie do "Carmen":), którą kochają miliony ludzi, a tak wielkie zbiorowiska ludzkie, jak chcą niektórzy, nie mogą się przecież mylić:-)

Czytaj więcej: „Carmen” w dwóch różnych odsłonach, czyli o tym co łączy...

Demony Pogranicza, czyli opera (pozornie) testosteroniczna

Autor: Marcin Maria Bogusławski

Tomasz Konieczny (Sheriff Jack Rance) „La Fanciulla del West”  Wiener Staatsoper photo © Wiener Staatsoper / Michael Pöhn  published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Muszę wyznać, że do oper Giacomo Pucciniego mam sentyment zarazem ogromny i wybiórczy.  Nie należę do pasjonatów Cyganerii, poza kilkoma fragmentami nudzę się na Madamie Butterfly. Szaleję za to za Toską, Turandot, ale także za Tryptykiem oraz Dziewczęciem z Zachodu. Ostatnia z oper stanowi być może najbardziej niezwykła partyturę mistrza z Lukki. Jak w soczewce skupia się w niej bowiem cały, niezwykły talent Puccniego - słychać echa wcześniejszych partytur (intensywność miłosnego duetu kończącego pierwszy akt dziewczęcia byłaby niemożliwa bez Butterfly), słychać cierpką i szorstką harmonię zapowiadającą Płaszcz czy niektóre pomysły z Turandot. Ciekawie brzmią także wątki "lokalne", zaczerpnięte od Indian i Afrykańczyków. Dziewczę jest też bodaj pierwszą operą Pucciniego pomyślaną w całości w kategoriach teatru dramatycznego - nie ma tu klasycznych numerów, przerywających akcję (jak w Tosce, w przypadku której Maria Callas chciała zrezygnować z dramatycznego przerywnika w postaci Vissi d'arte).

Nina Stemme (Minnie) „La Fanciulla del West”  Wiener Staatsoper photo © Wiener Staatsoper / Michael Pöhn  published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
 Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Dziewczę... jest także operą związaną z Polską. Warto przypomnieć, że na prapremierze rólkę Ashby'ego kreował Adam Didur. Już rok po prapremierze dzieło zawitało także do Polski, utrzymując się w repertuarze. Partię Minnie wykonywała choćby Wanda Wermińska, zachowując o tym żywe wspomnienia. Pisała o tym spektaklu tak:

"Ja czułam się w swoim żywiole - w I akcie w spodniach, w butach, z koltem za pasem, w kowbojskim kapeluszu, do którego wtłaczałam swoje warkocze, byłam prawdziwą dziewczyną z dzikiego zachodu. Wspomnienia z dziecięcych lat, gdy nosiłam 'porcięta na jednej szelce', pomogły mi wejść w rolę".

Spektakl z Wermińską został dobrze przyjęty przez krytykę. Jak sama pisze, Adam Wieniawski docenił zarówno ją, jak i Ignacego Dygasa; Wermińska ze szczególną atencją zapamiętała z kolei Tadeusza Ordę, który wykreował szeryfa na postać pasującą do "drapieżnego, bezwzględnego Zachodu" [Harmonia, dysonanse i sława].

Czytaj więcej: Demony Pogranicza, czyli opera (pozornie) testosteroniczna

"Dziewczyna z Dzikiego Zachodu" - rozmowa z Tomaszem Koniecznym o premierze w Wiener Staatsoper

O najnowszej produkcji Wiener Staatsoper - "Dziewczynie z Dzikiego Zachodu" i swoim w niej udziale, Tomasz Konieczny opowiedział Beacie i Michałowi Olszewskim. Premierowy spektakl 5 października tego roku będzie transmitowany na żywo przez Program 2 Polskiego Radia.

Tomasz Konieczny
Kliknij, aby powiększyć...

"Dziewczyna z Dzikiego Zachodu" Pucciniego to opera, która nie jest dziś często wystawiana w teatrach operowych. Możemy się tylko domyślać, że jest to spowodowane między innymi tym, że wszystkie role głównych bohaterów - Minnie, szeryfa Jacka Rance'a oraz bandyty Dicka Johnsona, są bardzo wokalnie wymagające. Pomimo interesującej muzyki i wzruszających wręcz chórów, nie jest to opera łatwo wpadająca w ucho, pełna niezapomnianych arii. Nie jest też pewnie łatwo znaleźć taką trójkę śpiewaków, którzy poradzą sobie ze swoją partią, "przebiją się" przez orkiestrę i jeszcze w wiarygodny sposób odegrają na scenie opisaną w libretcie historię. Panie Tomaszu, skąd wziął się pomysł Pańskiego występu w tej właśnie operze, śpiewaka, który specjalizuje się w repertuarze wagnerowskim? Czy był to głównie Pański wybór czy też kierownictwo Wiener Staatsoper zobaczyło w Panu idealnego odtwórcę roli szeryfa Jacka Rance'a ze względu na pełen siły głos, znany wiedeńskiej publiczności z wcześniejszych ról Albericha, a potem Wotana w "Pierścieniu Nibelunga" Wagnera?

Jonas Kaufmann (Dick Johnson), Nina Stemme (Minnie) La Fanciulla del West - Wiener Staatsoper rehearsal photo (c) Michael Poehn / Wiener Staatsoper published by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Kiedy trzy lata temu dyrekcja Opery Wiedeńskiej zaproponowała mi wykonanie partii Jacka Rance´a w operze „Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” Pucciniego nie spodziewałem się, że będę miał do czynienia z partyturą tak kompleksową, interesującą, zgoła nie-pucciniowską, przypominającą Debussego, Wagnera, ba! nawet Gershwina, i partią wokalną tak porywającą i przejmującą, pełną pasji i dramatyzmu. Teraz w przeddzień premiery otwierającej sezon 2013/14 na deskach Wiedeńskiej Staatsoper - jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego, teatrów operowych świata, mogę śmiało powiedzieć, że rozumiem, dlaczego „Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” wystawiana jest tak rzadko... To jest po prostu potwornie trudne przedsięwzięcie! Nie tylko z uwagi na problem z obsadzeniem trzech głównych partii tej opery; Dicka Johnsona, Minnie oraz Rance´a. Także i inne postaci: ogromny ensemble Zbieraczy Złota zarówno w warstwie solistycznej ale także i tej chóralnej (w operze występuje tylko chór męski) wymagają doborowej obsady. Który inny teatr na świecie może sobie obecnie na to pozwolić? - chyba tylko Metropolitan Opera. Do tego opera Pucciniego ma niezwykle drobiazgowo napisane libretto. Akcja rozwija się powoli a ekspozycja postaci trwa cały pierwszy akt. Pucciniemu chodziło o dokładność i bardzo szczegółowe naszkicowanie wszystkich postaci. Nic dziwnego! W tej operze nie ma bowiem „dobrych” i „złych” w potocznym operowym znaczeniu.

Bo kimże jest szeryf Jack Rance?: graczem, pewnie szulerem, który pozycji szeryfa dorobił się grą w karty. Ale Jack Rance jest kimś bardzo samotnym i do tego wielbicielem Minnie. Kimś, kto proponuje jej rękę, opiekę i swoją miłość... Czy to coś złego? A kimże jest jej późniejszy ukochany, Dick Johnson vel Rammerez?: bandytą, złodziejem i być może mordercą, który zakrada się do obozu zbieraczy złota aby wykraść ich majątek... Czy to postać „dobra”?

I wreszcie Minni: samotna kobieta, szefowa miejscowej spelunki karciano-alkoholowej, która o życie swojego ukochanego gra z szeryfem w karty... i aby wygrać - oszukuje!!!

Tomasz Konieczny (Jack Rance), Marco Arturo Marelli, Jonas Kaufmann (Dick Johnson) La Fanciulla del West - Wiener Staatsoper rehearsal photo (c) Michael Poehn / Wiener Staatsoper published  by opera.info.pl by courtesy of the Wiener Staatsoper
Kliknij, aby powiększyć... / Click to magnify...

Tu nie ma dobrych i złych. Główny konflikt opery oparty jest na drobiazgowej analizie ludzkiej natury. Trzeba mieć więc nie lada cierpliwość, wytrwałość i umiejętności, aby tę wielowarstwowość postaci na scenie zainscenizować, poprowadzić wykonawców tak, by publiczność ich zrozumiała i pokochała.

Myślę, że jest niewielu reżyserów, którzy to potrafią, ba, którzy zadaliby sobie trud wypracowania wszystkich niuansów tej partytury na scenie operowej. I tu chyba leży główna przyczyna tego dlaczego tak rzadko „Fanciullę“ słyszymy...

Prapremiera „La Fanciulli” okazała się w Nowym Yorku ogromnym sukcesem, także komercyjnym. Wydaje się, że także i u nas – w Wiedniu wszystkie warunki zostały spełnione: mamy wspaniałą obsadę: w rolach głównych Jonas Kaufmann oraz heroina wagnerowska Nina Stemme, mamy wspaniałą orkiestrę Wiedeńskich Filharmoników pod dyrekcją jednego z najwybitniejszych dyrygentów świata Franza Welser-Mösta, mamy wreszcie doskonałego reżysera Marco Marelli´ego, który podjął się trudu zrozumienia i wykreowania wszystkich niuansów związanych z przedstawieniem postaci w tej operze. Mamy wspaniały chór męski i doskonałych śpiewaków-solistów z zespołu Staatsoper Wien w rolach Zbieraczy Złota... Mamy też wspaniałą wiedeńską publiczność oraz Państwa przed odbiornikami programu II Polskiego Radia...

Więc czy coś może pójść nie tak?

Czytaj więcej: "Dziewczyna z Dzikiego Zachodu" - rozmowa z Tomaszem...

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)