opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

„Wybieram się z Adą Sari na Monte Napoleone” – wywiad z Bogusławem Kaczyńskim - część pierwsza

Napisać kilka słów wstępu do rozmowy z Bogusławem Kaczyńskim jest zadaniem tak trudnym, jak stworzenie listy przedsięwzięć, w których nasz rozmówca był w swoim życiu zaangażowany. Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu, z którego dowiecie się Państwo między innymi, że w Polsce ma miejsce "chińska" rewolucja kulturalna, że Anna Netrebko nie jest jednak śpiewającą modelką i że można "stracić głowę" dla Brigit Nilsson. Dowiecie się również Państwo jak to jest siedzieć na królewskim tronie, czym wystraszyła Bogusława Kaczyńskiego wdowa po Richardzie Wagnerze i dlaczego Norina z "Napoju miłosnego" powinna mieć dołeczki w policzkach. 

Wywiad z Bogusławem Kaczyńskim przeprowadzili Beata i Michał Olszewscy.

Zapraszamy również do lektury drugiej części rozmowy, zatytułowanej "„Wybieram się z Adą Sari na Monte Napoleone” – wywiad z Bogusławem Kaczyńskim - część druga"

 

Bogusław Kaczyński i Ada Sari - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński i Ada Sari;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Jest Pan dla nas „gigantem”. Gdy zastanawialiśmy się jaki tytuł powinniśmy nadać wywiadowi z Panem, to żartowaliśmy, że powinien on brzmieć mniej więcej tak: „O  Herkulesie naszych czasów…”, bo gdy  zaczęliśmy spisywać czym Pan się w swoim zawodowym życiu zajmował, to kartki w formacie  A4  nam nie starczyło.  Pomyśleliśmy wtedy,  jak to jest w ogóle możliwe, żeby to wszystko unieść. Panie Bogusławie jak Panu się udało tego dokonać?

Proszę Państwa, od najmłodszych lat jestem wielbicielem Konfucjusza, który wygłosił taką piękną frazę: „Jeżeli będziesz robił w życiu to co kochasz, nigdy nie będziesz pracował”. Robię włącznie to co kocham i dlatego nigdy nie pracuję. Praca jest dla mnie wielką przyjemnością.

Ale trzeba z jakiegoś źródła czerpać siłę? Co jest takiego w muzyce, że warto jej życie poświęcić?

Muzyka uskrzydla człowieka. Powoduje, że staje się on szlachetniejszy, szczęśliwszy, wrażliwszy. To jest piękna gałąź sztuki wymyślona przed wiekami i bardzo pomaga ludziom, którzy otwierają dla niej umysły i serca. Trzeba pokonać nieraz ten pierwszy opór, aby otworzyć się na muzykę. A ze sztuką jest tak, że jeśli odwzajemni ona naszą miłość, to do końca życia nas nie opuści. To jest moja teoria i mnie przez całe życie muzyka nie opuszcza. Odczułem to szczególnie w trudnej chwili, kiedy znalazłem się w szpitalu sparaliżowany do połowy, i gdzie toczyła się walka o moje życie. Słuchałem wtedy od pierwszego dnia muzyki.

Co to była za muzyka?

Chopin, ale również muzyka operowa i operetkowa. Słucham muzyki w taki dziwny sposób. Nie potrafię dokonać jednoznacznego wyboru i postanowić, że teraz będę słuchał tylko Wagnera, albo Richarda Straussa. Nie! Mam w życiu chwile, kiedy wyłącznie słuchałbym piosenek Edith Piaf. W jej oczywiście wykonaniu. Zaraz potem odczuwam potrzebę słuchania finału „Toski” w wykonaniu Marii Callas, albo wielkiej sceny przy szubienicy z „Balu maskowego”. Też w wykonaniu Callas i di Stefano. Mam wiele takich utworów, których potrzebuję w danej chwili do szczęścia. Z kulturą jest jak z fizjologią. Dziś jemy to lub tamto, ale gdy jutro nam podadzą to samo, często jesteśmy zawiedzeni i oczekujemy czegoś zupełnie innego. Ale ważne jest, żeby już od dziecka zwracać uwagę na to co słuchamy. Aby były to wielkie dzieła, wielkie wykonania i interpretacje, a nie  miernoty, amatorszczyzna i tandeta, bo na takie rzeczy w życiu nie ma czasu. Trzeba skupić się i „celować” w szczyty Himalajów. Gubałówka w tym sensie to za mało (śmiech).

Ktoś musi jednak pokazać drogę Panie Bogusławie. To jest problem, bo gdy patrzymy na to, co się teraz w życiu publicznym dzieje, na powszechne lekceważenie kultury wysokiej, to dochodzimy do wniosku, że brakuje Pana, brakuje ludzi takich jak Pan, którzy pomagaliby innym odkryć drogę na szczyty owych Himalajów. W szkołach nie ma wystarczającego nauczania w dziedzinie muzyki, a i w domach z tym bywa bardzo różnie.

 

Bogusław Kaczyński z MArtą Eggerth zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z Martą Eggerth;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

To jest wielce skomplikowany problem. Mają Państwo rację mówiąc, że muzyka została wyeliminowana, zepchnięta do podziemia, a nawet powiem więcej, muzyka jest prześladowana. Ale to się dzieje tylko w Polsce. Tego nie ma na świecie, gdzie odczuwa się nieustanny szacunek dla wielkiej kultury muzycznej. Uważam, i nie wstydzę się swoich słów, że w Polsce trwa rewolucja kulturalna. Można ją porównać do tej, którą przeżywano przed laty w Chinach. Jej efekty widziałem, przebywając tam dosłownie „chwilę” po jej zakończeniu. Pamiętam, jak chiński minister kultury oprowadzał nas po cesarskim Zakazanym Mieście. Szalenie się wtedy cieszyłem, bo wchodziliśmy tam, gdzie  turyści zazwyczaj nie wchodzą, a gdzie mogłem obejrzeć cudowne rzeczy. Ponadto byłem w euforii, gdyż bardzo interesowały mnie słynne schody, po których kroczyła w blasku księżyca księżniczka Turandot. Gdy wreszcie je zobaczyłem, na drugim dziedzińcu, krzyknąłem: „Tutaj…, tutaj stąpała księżniczka…”. W tym momencie przeżyłem jedno z największych zaskoczeń w moim życiu. Minister zapytał: „Księżniczka Turandot …?”. „No, Turandot…” i zaczynam się zastanawiać, jak to się prawidłowo wymawia, bo zorientowałem się, że chiński dostojnik nie wie o kim mówię. A on: „Ale ja nigdy nie słyszałem o kimś takim”. Pomyślałem: „Matko Boska. Minister kultury i nie wie o księżniczce Turandot”. Dopiero po chwili olśniło mnie i pomyślałem, że minister nie wiedział, bo …wiedzieć o księżniczce Turandot po prostu nie mógł, gdyż nigdy ona w Chinach nie istniała. Księżniczkę Turandot wymyślił  przecież Carlo Gozzi w Wenecji (śmiech). A mnie zakochanemu w jej legendzie i operze Pucciniego, nie mieściło się w głowie, że nie kroczyła ze swym dworem po tych schodach!

Ale wróćmy do rzeczy. Gdy po oprowadzeniu nas po Zakazanym Mieście opuszczaliśmy już ten wspaniały pałacowy kompleks i  wychodziliśmy z  cesarskiego pałacu, zobaczyliśmy dwa puste postumenty. Zwróciło to moją uwagę. Zapytałem: „A co było na tych postumentach?” – myśląc o siedemnastym, albo osiemnastym wieku. Minister powiedział ze smutkiem: „Tutaj stały posągi Buddy, ale w czasie rewolucji kulturalnej zostały wysadzone w powietrze”. Po czym spojrzał na mnie i odrzekł: „Nam jest bardzo wstyd za to co się stało w Chinach. Ale byliśmy bezradni. Chcieliśmy uratować swoje życie. Na szczęście to minęło”. Zapamiętałem tamte słowa. Często używam ich dziś w Polsce, bo uważam, że nasze rządy nad kulturą przejęli hunwejbini. To są ludzie niewrażliwi na sztukę.  Nie czują tej wyższej wibracji. Nie czują owej harmonii sfer, która unosi się nad nami i której jesteśmy cząstką. Istnieje harmonia sfer, ale oni tego nie odbierają i kulturę w Polsce zamienili na show bussines, który nawiasem mówiąc jest w dalszym ciągu na poziomie amatorskim. Wyeliminowano z telewizji nie tylko opery i koncerty symfoniczne, ale również Konkurs Chopinowski, co jest po prostu niebywałym skandalem. Bo proszę Państwa, Konkurs Chopinowski to jest największe polskie wydarzenie muzyczne o randze światowej. To jest rzecz niezwykła. Wiadomości z Konkursu usunięto też z telewizyjnych programów informacyjnych. Dla mnie to był wielki szok, bo przez czterdzieści lat relacjonowałem w telewizji wszystkie wydarzenia konkursowe. A przecież nowa władza, dwadzieścia lat temu zachęcała: „Bierz sprawy w swoje ręce. Przyszłość należy do Ciebie”. I gdzie jest ta przyszłość…?

W przeszłości…?

Bogusław Kaczyński z z Teresą Żylis-Gara zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z z Teresą Żylis-Gara;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

We wspomnieniach, względnie w podziemiu. Ja wspominam przeszłość, czasy, kiedy teatr był teatrem, filharmonia filharmonią, gdzie wszystko funkcjonowało prawidłowo i ówczesnej władzy nie przyszłoby do głowy, aby nie transmitować Konkursu Chopinowskiego. To po prostu było niemożliwe!

To bardzo smutne zjawisko, zwłaszcza, że w owym czasie istniały tylko dwa okrojone programy telewizyjne, a dziś są ich dziesiątki, jeśli nie setki. Wśród nich na przykład TVP Kultura, kanał który programowo powinien być poświęcony temu co dzieje się w kulturze, a tymczasem jest wypełniony powtórkami programów i filmów z minionej epoki. Opera jest tam prezentowana od święta. Czy jest Pańskim zdaniem ratunek przed postępującą, kulturową degrengoladą?

Mam nadzieję, że tak, że to całe zło kiedyś przeminie i upadnie, jak rewolucja kulturalna w Chinach. Tyle tylko, że w tym czasie wyrośnie pokolenie, może jedno, może dwa, ludzi głuchych i niewrażliwych. To będą ludzie, którzy nawet nie będą wiedzieli, że istnieje wielka kultura. Nie będą wiedzieli kim był Beethoven, a kim Chopin…

Pewnie zapytani na ulicy, spróbują zgadnąć, czy to aby nie jacyś nowi piłkarze z Borussi Dortmund… Oczywiście żartujemy…

Ależ nie, to bardzo prawdopodobny scenariusz (śmiech)…

Niemniej efekty opisywanych zjawisk już są widoczne w teatrach operowych. Otóż, na widowniach dominują ludzie w sile wieku lub wręcz osoby elegancko określane jako seniorzy. Śmiejemy się, że gdyby publiczność operowa stała się partią polityczną, to ludzie po pięćdziesiątce, mogli by w niej tworzyć partyjną „młodzieżówkę”. To oznacza, mówiąc serio, że na widowni brakuje ludzi z młodego pokolenia.

Bo to pokolenie, wyrosło i ukształtowało się bez kontaktu z kulturą. Odebrano mu tę szansę. Telewizja i radio nie relacjonują w wystarczającym stopniu wydarzeń kulturalnych, szkoła nie uczy, prasa kulturalna upada lub już upadła, a rodzice mają prawo niczego nie wiedzieć na ten temat. To odebranie szansy kulturalnego, cywilizacyjnego awansu całemu pokoleniu przywodzi na myśl laicyzację w bolszewickiej Rosji. Zabraniano wtedy chodzić do cerkwi, a historyczne świątynie, często związane z dziejami narodu, wysadzano w powietrze, aby na ich miejscu budować baseny kąpielowe lub parki. Teraz te cerkwie odbudowuje się w szybkim tempie, a świątynie wypełniały się ludźmi. Tłumami młodzieży. Co więcej, w tych świątyniach pojawiają się prezydent i premier Rosji. Słowem, na przykładzie Rosji widać, że jest nadzieja, że okres barbarzyńskiego traktowania wysokiej kultury przeminie tak, jak przeminęła przymusowa „laicyzacja” w Rosji.

Ale nie tylko w tej dziedzinie w Rosji jest łatwo zauważalna restytucja symboli przeszłości, a co za tym idzie powrót do tego co wielkie w tej kulturze. Wspomniał Pan o prezydencie i premierze obecnych tam na religijnych uroczystościach w cerkwi.  Ale mówiąc w przenośni, prosimy zauważyć, że po tych uroczystościach obaj mogą udać się na wielki spektakl do nowego Teatru Maryjskiego.

To jest swoisty fenomen. Z wielka uwagą oglądałem w telewizji uroczystość jego otwarcia. Chętnie bym tam pojechał. Znam dość dobrze Walerija Gergieva, z którym w Cannes wypiłem niejedno wino. Nie było to jednak możliwe, gdyż nie wolno mi podróżować samolotem ze względów zdrowotnych. Koncertem byłem zachwycony. Zbudowanie tak wspaniałego nowego teatru, obok istniejącego tam Cesarskiego Teatru, jest wydarzeniem niezwykłym w skali światowej.

Tyle tylko, że tam mecenat nad takimi wydarzeniami sprawuje prezydent kraju…

 

Bogusław Kaczyński na Festiwalu w Łańcucie zdjęcie opublikowane dzieki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński na Festiwalu w Łańcucie;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

…który naturalnie zjawił się na inauguracji i nie siedział w loży honorowej, ale na widowni w  trzecim rzędzie. Na ten wieczór, co jest niezwykle znamienne i wzruszające, zaprosił Maję Plisiecką, największą tancerkę drugiej połowy dwudziestego wieku, nazywaną na świecie „nieśmiertelnym łabędziem”. Do udziału w Gali zaproszono wielkie światowe gwiazdy. Między innymi Annę Netrebko, która zdumiała wspaniałym wykonaniem dramatycznej arii z Makbeta. Nigdy nie przypuszczałem, że jest w stanie tak wykonać tę arię. Gdyby mi kiedyś powiedziano, że będę jej słuchał w  takim repertuarze, to pewnie bym nie uwierzył i jeszcze bym się upierał: „Jak może Mimi z Cyganerii śpiewać Lady Makbeth?” Pewnie bym dodał, że od tego jest Brigit Nilsson albo Maria Callas. A tymczasem siedziałem przed telewizorem zelektryzowany. Wykonała to rewelacyjnie.

Czyli poprawiła się Pańska ocena talentu Anny Netrebko, bo przed laty w jednym z wywiadów mówił Pan, że jest ona bardziej produktem współczesnego rynku komercyjnego?

Pytano mnie kiedyś w wywiadzie dla jednego z kolorowych pism, co sądzę o Annie Netrebko. Muszę przyznać, że przez wiele lat nie byłem wielbicielem tej śpiewaczki, więc powiedziałem, że dla mnie Anna Netrebko jest świetnie śpiewającą modelką. Mówiłem, że ona świetnie śpiewa na scenie , ale gdy skończy występ, zadajemy sobie pytanie: „Gdzie dziś wieczorem pójdziemy na kolację?”. Sądziłem wtedy, że sztuka  Anny Netrebko, nie pozostawia takiego wrażenia jak magnetyzm Marii Callas, o której po wyjściu z teatru, mówiło się przez kilkadziesiąt lat… i mówi do dzisiaj. Kiedy wspominam Callas, dreszcze mi przechodzą po plecach. Maria Callas była po prostu niezwykła. W pewnym momencie straciłem też głowę dla Birgit Nilsson, z którą nawet się zaprzyjaźniłem. Nie zapomnę majowego festiwalu w Wiesbaden, gdzie śpiewała Brunhildę w Wagnerowskiej „Walkirii”. Słyszałem ją wtedy na żywo pierwszy raz. Drodzy Państwo, kiedy Nilsson wbiegła na scenę w drugim akcie i zaśpiewała „Hoja to ho”, żyrandole dosłownie trzęsły się tak, że byłem pewien, że spadną. Głos Birgit Nilsson dosłownie przykrywał orkiestrę. Nie słyszałem nigdy podobnego zjawiska …

Który to był rok?

(Chwila wahania) …1974, nigdy tego nie zapomnę…

Nie tylko Pan nie może o niej zapomnieć. Niedawno widzieliśmy w Wiener Staatsoper „Walkirię” z Niną Stemme w partii Brunhildy. Po spektaklu austriacka prasa pisała, że „takiej Brunhildy nie słyszeliśmy od czasów Birgit Nilsson”. Ona do dziś stanowi punkt odniesienia dla rozkochanych w muzyce klasycznej wiedeńczyków. Powiadają, że dzięki Stemme jest nadzieja na powrót do wielkich czasów opery…

Daj Boże, żeby tak się stało… Zaręczam Państwa, że jeśli ktoś nigdy nie słyszał na żywo Birgit Nilsson, ten nie może sobie nawet wyobrazić zjawiska jakim była. Nagrania płytowe niestety nie oddają potęgi jej śpiewu oraz magnetyzmu osobowości. Istniała ogromna trudność w nagrywaniu jej głosu. Otóż rejestrując głos Nilsson, musiano przykręcać potencjometry, bo jej głos przekraczał możliwości techniczne ówczesnego sprzętu. Jest takie historyczne nagranie Turandot z Franco Corellim. Kiedy w scenie zagadek Nilsson śpiewa owo słynne „c”, dźwięk w tym miejscu jest ewidentnie ucięty. Nie dało się bowiem zarejestrować go w skali jeden do jednego. Fenomenalna kobieta. Kiedyś miałem okazję zapytać ją, czy zamierza w przyszłości uczyć śpiewu. Odpowiedziała, że nie, bo by sobie nie poradziła. Powiedziała: „Mój  głos jest darem natury. Szczęście polegało na tym, że moi profesorowie  nie zniszczyli mi głosu”.

Była samorodnym, jedynym w swoim rodzaju talentem…?

Bogusław Kaczyński z Bogdanem Paprockim zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z Bogdanem Paprockim;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Właśnie. I do tego była osobą niesłychanie pracowitą. Na próbę przychodziła perfekcyjnie przygotowana. Jej próby to były występy. Jeśli któryś z solistów był niedostatecznie przygotowany i pomylił się, zdarzało się, że protestowała…

Namówiłem kiedyś Birgit Nilsson na występ w  Warszawie w „Tosce”. Było to bodaj w roku 1976. Jej  występ w naszym kraju został sfinansowany przez Króla Szwecji. Był darem dla Polski. A trzeba wiedzieć, że honoraria Nilsson były niebotyczne. Żyłem w ogromnych „nerwach”, bo Teatr Wielki miał opinię „nieakustycznego” i wyjątkowo, przez rozmiar sceny,  nieprzyjaznego śpiewakom. W napięciu słuchałem próby. Byłem mokry ze zdenerwowania, bo opowiadałem w radiu i telewizji o głosie, którego wcześniej świat nie słyszał. Bałem się, żeby fatalna akustyka nie postawiła mnie w niezręcznej sytuacji. A potem się zaczęło. Pierwszy dźwięk, drugi, trzeci… fotele na widowni wpadały w wibracje. Po chwili Nilsson podeszła na proscenium, aby zaśpiewać kilka kolejnych fraz. Przerwała i powiedziała: „Pierwszy raz śpiewam w tym teatrze! Jaka świetna akustyka!”

Czy ktokolwiek rejestrował wtedy ten spektakl?

Nagranie było zrobione  nieoficjalnie, wyłącznie dla potrzeb Teatru. Przez wzgląd na prawa autorskie, nie mogła tego spektaklu transmitować telewizja, ani radio. Nie mam pojęcia gdzie można odnaleźć to historyczne nagranie. Nie wiem nawet czy przetrwało. (Chwila namysłu) Wiecie Państwo to jest moja wielka wada, że do wielu rzeczy podchodzę tak, jakbym miał żyć co najmniej dwieście lat. I zamiast dbać od razu o pewne sprawy, mawiałem: „Wezmę to nagranie kiedy indziej, bo teraz się śpieszę. Może jutro, a może jak wrócę z Ameryki…”. Mnie wtedy do głowy nie przyszło, że wszystko przemija. Zawsze miałem nadzieję, że zdążę, że dam radę…

A może ta nadzieja, jest właśnie źródłem Pańskiej siły?

…chyba tak.

A wielka przygoda z muzyką zaczęła się jeszcze w Pańskim domu rodzinnym? Pańscy rodzice byli rozkochani w muzyce…?

Bogusław Kaczyński z ojcem zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z ojcem;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Tak, to prawda, przy czym rzecz dziwna, rodzice byli bardzo muzykalni ale nikt w rodzinie nie był muzykiem. Mój ojciec wprawdzie za młodu o tym marzył, ale zawieruchy XX wieku, w tym rewolucja w Rosji całkowicie mu to uniemożliwiły. Ale za to od dziecka uczył mnie gry na fortepianie. I to z jakim skutkiem! Kiedy dziś o tym rozmyślam, to po prostu sam sobie nie dowierzam. Wiem z opowiadań rodziny, że kiedy miałem dwa i pół roku ojciec posadził mnie na stołku i uczył jak paluszkami trafiać w klawisze. Ojciec miał nie tylko anielską cierpliwość, ale również niewiarygodną intuicję. Wiedział jak postępować z takim maluchem.

Pański tata był samoukiem?

Tak. Nie ukończył żadnej szkoły muzycznej. Nie było w jego czasach na to żadnych warunków. Tak naprawdę najważniejsze, że uszedł z życiem. Jego ojciec zginął. Ale wróćmy do czasów kiedy uczył mnie grać. Nie pamiętam jak przebiegały pierwsze lekcje, ale wiem, że kiedy miałem trzy i pół roku wystąpiłem pierwszy raz publicznie. To była duża sala w Białej Podlaskiej, którą odwiedziłem potem, gdy już byłem dojrzałym artystą. Rzecz zaskakująca, że ta sala nazywała się… „Skala”. Miałem ponad trzy latka, kiedy zostałem posadzony przy fortepianie. Nie wiem z jakiej to było okazji. „Skala” była wypełniona ludźmi. Zagrałem jedyny utwór jaki wtedy miałem w repertuarze, zatytułowany „Jaś mi z jarmarku przywiózł pierścionek”. Utwór był prościutki, ale publiczność, o czym wiem z przekazów rodzinnych, biła brawo i krzyczała: „mały graj, mały graj!”. I grałem trzy razy z rzędu to samo. Można powiedzieć, że był to debiut z bisami (śmiech), co nie każdemu wirtuozowi przecież się zdarza. W 1984 roku pojechałem do Mediolanu z ekipą telewizyjną aby przygotować program o „Teatro alla Scala”. Pozwolono nam filmować wszystko, a więc scenę, kulisy, zaplecze, dosłownie wszystko. Kiedy nagrywaliśmy sekwencję w loży królewskiej, gdzie pośrodku ustawiony był tron królewski, dyrektor „La Scali”, z którym nagrywaliśmy wywiad, powiedział: „Proszę usiąść na tronie i  przekonać się, że z tego miejsca jest najlepszy widok na scenę”. W tym momencie poczułem się tak, jakby we mnie strzelił piorun. Był to pierwszy z trzech piorunów, których w życiu swoim doświadczyłem. Pierwszym był ów tron… Usłyszawszy propozycję dyrektora zaniemówiłem a potem zacząłem się wzbraniać: „Nie, nie usiądę na tym tronie”. Sądziłem, że byłaby to profanacja. W końcu nie siada się na tronie w Wersalu... A on na to: „Proszę żeby Pan usiadł” i prawie siłą posadził mnie na …królewskim tronie. Nagle, o czym przez lata nie myślałem bywając w tym słynnym teatrze, uprzytomniłem sobie, że siedzę na tronie samego króla Wiktora Emmanuela, w reprezentacyjnej loży „La Scalii”. Ten  mały chłopczyk, który ongiś rozpoczynał od występu w „Skali” w Białej Podlaskiej! To był dla mnie moment szczególny, bo ujrzałem wtedy jakąś symboliczną klamrę. Ujrzałem drogę, którą przebyłem ze „Skali” do „La Scali”. Z Białej Podlaskiej do Mediolanu. 

A drugi i trzeci piorun, o których Pan wspomniał…?

Drugi emocjonalny wstrząs przeżyłem w Bayreuth, kiedy Wolfgang Wagner, wnuk wielkiego kompozytora, pokazywał mi kanał orkiestry.  Jest on głęboko wpuszczony pod sceną, a widzowie nie widzą orkiestry i dyrygenta. Muzyka Wagnera brzmi w Bayreuth wyjątkowo. Dźwięk potężnej orkiestry miesza się najpierw w owym podziemnym orkiestronie, by dopiero potem wyjść odpowiednio zmiksowanym na scenę i  do publiczności. Kiedy Caterina Ligendza śpiewała Izoldę w Bayreuth, było to przepiękne, mistrzowskie wykonanie. Kiedy potem słyszałem ją w Tristanie w MET zrozumiałem na czym polega magia teatru Richarda Wagnera, bo w Nowym Jorku Ligendza została niestety przez orkiestrę „przykryta”. To jest  tajemnica brzmienia wielkiej partytury Wagnera.    

Czyli, że obecność w Bayreuth jest kluczowa dla zrozumienia tej wielkiej muzyki?

Bogusław Kaczyński z MArią Fołtyn zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z Marią Fołtyn;
kliknij zdjecie, aby powiększyć...

Tak właśnie jest. Byłem zapalonym Wagnerzystą już od czasów studiów. Mój znakomity profesor Stefan Śledziński był Wagnerem zafascynowany. Nie zdarzały się u niego wykłady, na których nie wspomniałby o Wagnerze, a my, studenci, wzrastaliśmy w kulcie i podziwie dla wielkiego kompozytora. Znałem wszystkie dzieła Wagnera na pamięć. Kiedy pierwszy raz pojechałem do Bayreuth, usłyszałem  i zobaczyłem znane mi doskonale opery i dramaty. Znałem te utwory tak dobrze, że mogłem poddawać je szczegółowej analizie, a słynny akord „tristanowski” grałem na fortepianie we wszystkich tonacjach. Kiedy w 1975, a może 76-tym roku wychodziłem z teatru w Bayreuth po zobaczeniu na scenie „Tristana i Izoldy” , szedłem ulicami i mówiłem do siebie, że do dzisiaj niczego nie rozumiałem z muzyki Wagnera. Niczego! Byłem tym odkryciem oszołomiony. Szedłem jak lunatyk. Dawno minąłem hotel i doszedłem do willi Wahnfried, gdzie ogrody są stale otwarte. Tam znajduje się grób Wagnera i jego żony Cosimy. Stanąłem przy grobie i długo rozmyślałem o sensie tej muzyki oraz o tym co właśnie do mnie tego dnia dotarło. Wizyta skończyła się w dosyć niesamowitych okolicznościach. Bo tak rozmyślając o wszystkim, o życiu Wagnera, o jego twórczości... nagle miałem widzenie, przerażające złudzenie, że z grobu …Cosima wyciągnęła do mnie  rękę.. (śmiech) … Tak się wtedy przestraszyłem, że zacząłem uciekać. Biegłem do samego hotelu… (śmiech)…

A wracając do rozmowy z Wolfgangiem Wagnerem…?

…no właśnie. Byliśmy w orkiestronie. Wyjaśniał mi jakie są korzyści płynące z takiego nietypowego rozwiązania. To był bardzo miły i sympatyczny człowiek. W pewnym momencie zwrócił się do mnie: „To jest podium dyrygenta. Proszę na nim stanąć, a przekona się Pan jak znakomicie widzi on scenę”. W tym momencie znów przeżyłem szok. Bo w tym miejscu stał Richard Wagner, Hans Knappertsbusch, Arturo Toscanini, Herbert von Karajan i inni giganci batuty… I teraz ja miałem tam stanąć. Nie, to było niemożliwe… Powiedziałem: „ Dziękuję, już widzę” … A on: „Proszę zobaczyć stąd…” No i stanąłem… i to była kolejna klamra mojego życia. Nigdy więcej takie wyróżnienie mnie nie spotkało…

A trzeci piorun…?

A trzeci piorun…? No, to wydarzyło się sześć lat temu… Ten naprawdę uderzył mnie w sam środek głowy. Nagle i niespodziewanie…

…ale nie pozwolił się Pan tej klamrze zamknąć… ?

…(Chwila namysłu) Wykluczam z tej opowieści takie podświadome myślenie, że to jest jednak śmiertelna choroba i że czeka się na śmierć przez siedem pierwszych dni…

…Pan to dobrze wie, bo to jest rodzinna choroba…?

…wszyscy po kolei tak umierali, a ja ich wszystkich oglądałem przez ten właśnie tydzień … i wiem jak to jest…

U Pana zwyciężyła jednak wola życia…?

Tak, coś w tym jest… Ta choroba objawiła się tak niespodziewanie… Właśnie miałem jechać do Olsztyna na koncert z Walewską i Kwietniem, ale nie dojechałem, tylko znalazłem się w szpitalu, sparaliżowany, na noszach. Byłem jak w malignie, na świat patrzyłem przez jakąś grubą zasłonę… Lekarz zapytał: „Czy Pan wie jak się Pan nazywa”, „czy Pan wie gdzie Pan pracuje…”. Odpowiadałem niewyraźnie, ale prawidłowo… Zamierzał pytać mnie dalej, ale przerwałem mu i bełkotliwie powiedziałem: „Panie doktorze, ja muszę dziś jechać na koncert do Olsztyna… tam ludzie na mnie czekają”. Spojrzał na mnie i nieco zaskoczony odpowiedział: „Proszę Pana, dzisiaj to Pan nigdzie nie pojedzie…” Te słowa dotarły do mnie i zrozumiałem, że sprawa jest poważna i nie skończy się na zastrzyku, po którym wstanę, otrzepię się i pojadę do Olsztyna.  No i zaczęło się….

Bogusław Kaczyński z Heleną Scuderi w Nowym Jorku zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Bogusława Kaczyńskiego
Bogusław Kaczyński z Heleną Scuderi;
kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

A potem zaczęła się prawdziwa epopeja … A  teraz, gdy tak na Pana patrzymy i myślimy o Pańskiej nieprzerwanej działalności zawodowej, to jesteśmy przekonani, że wiele osób podzielających Pański kalendarzowy wiek, winszowałoby sobie takiej aktywności i sprawności… Wiele osób w Pańskim wieku i formalnie w lepszym zdrowiu, często ze wszystkiego rezygnuje, bo im się nie chce, bo nie mają siły, albo nie mają po prostu pomysłu na życie… Pańską pasją zawsze była opera. Skąd to umiłowanie do muzycznego teatru? Znamy ludzi rozkochanych w muzyce klasycznej, którzy na hasło „opera”, krzywią się z niesmakiem. Panie Bogusławie za co pokochał Pan operę…?

W życiu trzeba cos wybrać. Myślę, że byłem dziedzicznie obciążony zamiłowaniem do śpiewu, do muzyki i opery. Moi rodzice kochali operę i bardzo wcześnie zaczęli mnie zabierać do teatru muzycznego. Pierwszym spektaklem, który zrobił na mnie wstrząsające wrażenie, była „Halka” oglądana w Warszawie, jeszcze na ulicy Nowogrodzkiej, w której śpiewali Maria Fołtyn, Wacław Domieniecki i Marian Woźniczko. A potem wyjeżdżaliśmy na wakacje do mojego wuja, który mieszkał we Wrocławiu. Był on zatwardziałym operomanem. Miał nawet swoją lożę w operze. Dzięki niemu codziennie bywaliśmy w teatrze. Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłem „Aidę”, którą śpiewała młodziutka Krystyna Jamroz. Stanisław Romański był Radamesem a Halina Szczegłowska Amneris. Do dzisiaj zapamiętałem ozdobę jej głowy, którą był …piękny metalowy łabędź. Kiedy po latach, jako telewizyjny gwiazdor spotykałem panią Szczegłowską,  wspominaliśmy tę olśniewającą ozdobę (śmiech). We Wrocławiu oglądałem też przedstawienia baletowe.  Były to czasy dla tańca klasycznego znakomite. Wystarczy wspomnieć występujących wtedy Conrada Drzewieckiego i Henryka Tomaszewskiego, Klarę Kmitto i Ruthę Syldorf. A potem były już wizyty w teatrach Warszawy i Wrocławia. I spektakle operowe i baletowe. Nigdy nie zapomnę wspaniałej primadonny Haliny Halskiej, która do dziś jest dla mnie ideałem Noriny z „Don Pasquale”. To dziwne i zabawne zarazem,  że ilekroć oglądałem na świecie Don Pasquale, to choć były to przedstawienia mistrzowskie, to żadna Norina nie podobała mi się tak jak Halska, a to dlatego, że potrafiła ona zbudować całą rolę wykorzystując swoją fizjonomię. Była ona uroczym „pulpecikiem”, zalotną panią z czarującymi dołeczkami w policzkach. I taką Norinę zapamiętałem i pokochałem na resztę życia. Pewnie gdyby Halina Halska była osobą szczupłą, mój ideał tej roli przypominałby współczesną modelkę (śmiech). Ogromną moją fascynacją były płyty, których słuchałem namiętnie. Pamiętam radość, kiedy otrzymałem pierwszą płytę Wandy Wermińskiej. Był to jej recital operowy nagrany w Bydgoszczy z orkiestrą radiową, zaraz po powrocie gwiazdy z Ameryki Południowej. To było śpiewanie pełne patosu, na miarę włoskiej primadonny z wielkich scen. Tę płytę kilka lat temu wznowiłem w mojej Złotej Serii.

Zapraszamy do dalszej lektury:

 

„Wybieram się z Adą Sari na Monte Napoleone” – wywiad z Bogusławem Kaczyńskim - część druga

 

Wywiad dla opera.info.pl przeprowadzili: Beata i Michał Olszewscy

Wszelkie prawa zastrzeżone © opera.info.pl

 



  • Nie znaleziono komentarzy
Zamieszczanie komentarzy wymaga zalogowania. Jako niezarejestrowany możesz skorzystać z Księgi Gości / Visitors may leave their comments in the Guest Book

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)