opera.info.plSzanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że podjęliśmy decyzję o zamknięciu serwisu opera.info.pl w dotychczasowej formule. Po trzech latach naszej intensywnej pracy nad stworzeniem wortalu społecznościowego  poświęconego sztuce operowej, uznaliśmy ten projekt za niemożliwy do zrealizowania. Z przykrością stwierdzamy, że nie udało nam się przekonać naszych czytelników do podjęcia wysiłku współtworzenia treści publikowanych na opera.info.pl  Tylko garstka entuzjastów opery wsparła nasze starania, pisząc teksty, publikując komentarze i dzieląc się z innymi cennymi informacjami.  Wszystkim naszym współautorom oraz sympatykom opera.info.pl z całego serca dziękujemy.  Bez Państwa wsparcia, niniejszy tekst zostałby opublikowany znacznie wcześniej.

Szanowni Państwo,

Jest naszym zamiarem, aby strona internetowa opera.info.pl, w niedalekiej przyszłości powróciła w nowej formie do swoich czytelników. Nadal będzie to przedsięwzięcie czysto hobbistyczne, ale o innym charakterze i innych rozmiarach. Zasadniczy cel, nie ulegnie jednak zmianie. W dalszym ciągu będziemy opowiadać o operze, która bardzo potrzebuje wsparcia jej miłośników.

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim sympatykom opera.info.pl za uwagę, którą poświęciliście Państwo naszemu przedsięwzięciu.

Serdecznie Wszystkich Państwa pozdrawiamy,

Beata i Michał Olszewscy
opera.info.pl - 11/05/2015

Jeśli chcecie przesłać nam Państwo wiadomość, prosimy o skorzystanie z formularza kontaktowego. Dziękujemy :)

 

Jednocześnie informujemy, że nadal aktywny jest profil opera.info.pl w serwisie społecznościowym Facebook.

opera228

 

 

 

Ludzie Opery - profile

Ludzie Opery - wywiady

Ludzie Opery - blogi, listy, opowieści...

Wywiad z Piotrem Beczałą - część pierwsza

Wywiad w wersji angielskiej Great Britain flag

 

O tym dlaczego śpiewacy marzą o mieczu, o pułapkach teatru reżyserskiego, o nauce śpiewania, dla której nie ma końca, o magicznych momentach w operze, o rzucaniu piłeczką do celu, byciu piekarzem i śpiewaniu Otella, o tych i o wielu innych jeszcze ważnych sprawach opowiedział Piotr Beczała w wywiadzie dla opera.info.pl udzielonym Beacie i Michałowi Olszewskim w Wiedniu 3 grudnia 2012 roku.

Uwaga wywiad składa się z niezależnych części - pierwszej i drugiej.

Katarzyna i Piotr Beczałowie - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Katarzyny i Piotra Beczałów

Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

Panie Piotrze, podobno mężczyźni tym się różnią od kobiet, że na zawsze pozostają fantazjującymi chłopcami. Kiedyś marzył Pan by być jak Placido Domingo, stanąć z mieczem na scenie i zaśpiewać „Esultate!”. Teraz Pana wizerunek ozdabia okładkę OperaNews, a Pańskie śpiewanie z Anną Netrebko zostało uznane za nowy „duet marzeń” przez miłośników opery na całym świecie. Jest Pan na szczycie! Co więc dziś zostało z młodego Piotra?

Wszystko! Ja dalej marzę, aby stanąć na scenie i zaśpiewać z mieczem. Ale z realizacją tego jest pewien problem. Dzisiaj śpiewacy nie mają często możliwości by spełniać swoje marzenia, gdyż niejednokrotnie zamiast miecza dostajemy… na przykład kubek kawy z McDonalda. My, nieco starsi śpiewacy, pewnie zawsze będziemy pielęgnować swoje sny o operze, ale młodsze pokolenie śpiewaków jest już chyba pozbawione złudzeń i podobnych do naszych wyobrażeń o tym zawodzie. Oni nie mogą sobie pomarzyć tak jak ja kiedyś, żeby stanąć z mieczem i zaśpiewać na scenie „Esultate” albo „Vincero, vincero”, czy „Alarmi”, bo oni dziś widzą nas „tarzających” się w jeansach i podkoszulkach, kiedy gramy władców w jakiś abstrakcyjnych okolicznościach i tracą resztki nadziei na normalność. Ta sytuacja wymaga od nich nie lada wiary, żeby sobie ten zawód sensownie wyobrazić, tak jak my mogliśmy to robić dwadzieścia kilka lat temu.

Jak więc Pan sobie ten zawód wyobrażał?

Dla mnie teatr operowy, to była świątynia sztuki – Ponnelle, Zefirelli, Schenk, piękne kostiumy i inscenizacje absolutnie zgodne z muzyką. Dla mnie opera, była ponadto ucieczką od rzeczywistości.

Ale młody chłopak zwykle gania za piłką, dziewczynami, popija piwo…

No, a co to przeszkadza…?

…ale rzadko który myśli o tym żeby stawać z mieczem i …

Ale ja, gdy miałem dziewiętnaście lat, już dosyć nabiegałem się za piłką, za dziewczynami i wiedziałem, że najwyższa pora szukać nowej drogi zawodowej. Jakoś mi się nie marzyło, żeby stać resztę życia przy tokarce przez osiem godzin, po prostu to mnie nie interesowało. Takie myśli miałem już za sobą i tokarki, i frezarki, i różne podobne rzeczy. Zupełnie nie widziałem siebie jako spawacza…

Czy więc na przeszkodzie w realizacji marzeń stoi modny dziś w świecie opery teatr reżyserski? Rzeczywiście, wiele współcześnie interpretowanych dzieł operowych, jest do tego stopnia „przemodelowana”, że czasami z trudem potrafimy je rozpoznać. Czy jest jeszcze nadzieje na odwrót, albo chociaż normalizację tego zjawiska?

Piotr Beczała jako Rodolfo z "Cyganerii" - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Katarzyny i Piotra Beczałów
Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć...

Jest, ja ciągle o to walczę, choć czasem mam wrażenie, że jestem ostatnim bastionem, który broni normalności na scenie. Bo to nie chodzi o to, że ja sprzeciwiam się współczesności, że ja się bronię przed „unowocześnianiem” opery. Inscenizacja „La Boheme” na ostatnim Festiwalu w Salzburgu była bardzo współczesna, a jednak wszyscy wystąpiliśmy w niej bardzo chętnie. To nie musi być od razu Zefirelli. Ale ja bronię się przed tym, żeby sztuka operowa została sprofanowana, a my śpiewacy byli sprowadzani do roli marionetek w rękach reżysera „szaleńca”. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale zwykle publiczność wie o kogo może chodzić… W tym kontekście, w Polsce jest z tym wielki problem, ponieważ polscy reżyserzy teatralni pracujący w operach, są głównie znani z prowokacji i z przysłowiowego „odwracania kota ogonem”, kota najlepiej odzianego w lateks…

Na ile , Wy śpiewacy, macie możliwość ingerowania, powiedzenia „stop”, „tego nie zrobię”?

Ja akurat mogę powiedzieć, „dziękuję, nie”. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że kiedy mi się proponuje kontrakt na daną operę i widzę, kto reżyseruje, to zawsze mogę powiedzieć „ten Pan jest u mnie w czarnym kajeciku”.

Ale przecież bywa czasami tak, że podpisuje Pan kontrakt z pięcioletnim wyprzedzeniem i nie wie Pan kto będzie reżyserował.

To prawda, ale w takich sytuacjach mogę zawsze powiedzieć dyrektorowi teatru operowego, że podpiszę przykładowy kontrakt pod warunkiem, że reżyseria będzie się trzymała pewnych reguł i pewnych ram. Tak na przykład zrobiłem w przypadku „Balu maskowego”, który będzie grany w Monachium w 2015 roku. Powiedziałem dyrektorowi - „Pan zna moje zapatrywania, więc wystąpię w tej inscenizacji pod warunkiem, że reżyseria nie będzie w konflikcie z moim spojrzeniem na operę”. I żebyście mnie Państwo dobrze zrozumieli, mnie nie chodzi o modernizację jako taką, ale o pewne estetyczne uwarunkowania, czy podejście do tematu.

Spotkaliśmy się wielokrotnie z dziwnymi sytuacjami, które mogłyby stanowić ilustrację dla omawianego problemu. Jednym z nich mogłaby być Natalie Dessay, która nie ukrywała swojego negatywnego stosunku do zaproponowanej interpretacji jej roli w Manon w styczniu tego roku, ale która jednak na odmowę się nie zdecydowała, bo śpiewała u siebie, czyli w Paryżu. Była to interpretacja, delikatnie mówiąc specyficzna.

Widziałem to przedstawienie… (Piotr Beczała po chwili namysłu) …to smutne.

Czy wspomniana już przez Pana skłonność polskich reżyserów do „popisywania się kontrowersyjnymi modernizacjami” nie oznacza, że szanse na to, że w najbliższych latach zobaczy Pana publiczność, na przykład w Warszawie, są małe?

No, nie przesadzajmy. Zawsze istnieje szansa, że „ów trend” się odwróci. Wielokrotnie już to publicznie mówiłem, nie mam nic osobiście przeciwko Mariuszowi Trelińskiemu, ale styl, który propaguje on i jego koledzy, mi nie odpowiada, a ja nie mam specjalnej przyjemności w traceniu sześciu tygodni na taką bezsensowną działalność pseudoartystyczną.

To, do czego Pan doszedł, zawdzięcza Pan sam sobie. Wielokrotnie podkreślał Pan kwestię, która jest dla przeciętnego człowieka niezwyczajna. Powiada Pan na różne sposoby, że całe swoje zawodowe życia Pan się cierpliwie uczy i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, i stopniowo buduje swoją pozycję artystyczną. A tymczasem teraz jest inna moda - szybka kariera, szybkie pieniądze, szybko wysokie stanowisko, szybkie samochody…

Piotr Beczała - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Katarzyny i Piotra Beczałów
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć...

…no nie mam nic przeciwko szybkim samochodom…

…jasne, ale Pańska „droga zawodowa” tej zawodowej pośpieszności jakby zaprzecza. Pan buduje swoją postać, swoją pozycję stopniowo, cały czas ucząc się. W każdym niemalże wywiadzie wskazuje Pan również na to, jak wiele zawdzięcza Pan konkretnym ludziom - swoim nauczycielom. Wymienia Pan Pawła Lisicjana, Senę Jurinac. Cały czas podkreśla Pan przede wszystkim rolę Pana Daila Fundlinga…

…o Żonie nie zapominając…

Tak, ale Pani Katarzynie poświęcimy zasłużoną uwagę w odrębnym pytaniu… Czy tymczasem, może Pan opowiedzieć o pracy z tymi ludźmi, o tym jak oni na Pana wpłynęli? I drugie pytanie, czy młody człowiek, który nie będzie miał tyle szczęścia i nie trafi na takich ludzi jak to Panu się zdarzyło, nie ma szans w świecie opery?

Wystarczy, że trafi na jednego. Ja miałem szczęście i trafiłem na trzech. Paweł Lisicjan, już po moim pierwszym roku studiów ustawił troszkę mój „światopogląd” – on tak to wtedy określił. Paweł Lisicjan jako pierwszy powiedział mi, że mam potencjał, ale, że muszę być mądry. Po drugie, Sena Jurinac, która w ogóle odwróciła mi wszystko „do góry nogami” ponieważ ja myślałem wtedy, że jestem mocnym głosem, prawie spintowym, a tu się okazało, że mam zapomnieć o Cavaradossim, a mam brać się za Mozarta. To były dwa bardzo ważne momenty w moim życiu, bo byłem u niej na kursie Master Classes dwa lata z rzędu, w 1988 i 1989 roku, za pierwszym razem w Lenk w Szwajcarii, a drugi raz w Vilecrose koło Niceii . Kiedy skończyłem studia i zatrudniłem się w Operze w Linz, już w pierwszym sezonie trafiłem, zupełnym zresztą przypadkiem, na Dale Fundlinga. On w ogóle etatowo nie uczył śpiewu, bo pracował głównie jako akompaniator, ale jednocześnie udzielał korepetycji. Tak się jakoś złożyło, że ja się u niego zacząłem uczyć prywatnie, i tak do dziś się u niego uczę….

Ale czy jest prawdą, to co on powiedział dla wrześniowego wydania magazynu Opera News, że w każdym słowie, które Pan śpiewa, „on tam jest”? Jego wypowiedź trochę nas zaskoczyła…

Może troszeczkę przesadził, ale faktycznie to on zbudował ten instrument, którym ja do dziś na scenie się posługuję. Instrumentem tym jest pewien sposób, pewna technika traktowania głosu. I tu przyznaję mu absolutnie rację. Dale zmienił całkowicie mój sposób kształtowania dźwięku, i to nie oznacza tradycyjnych zaleceń w rodzaju „śpiewa się od przepony i pcha się w maskę”. To nie o to chodzi, bo śpiewanie jako takie jest bardzo intuicyjne. Jest to raczej praca wyobraźnią, niż „fizyczne” traktowanie strun głosowych jako instrumentu. I tu jest wielka różnica między Dale’m a całą resztą nauczycieli, że on pracuje wyobraźnią, a nie wyświechtanymi radami, które coś mają zmienić, albo w śpiewaniu ustawić. Śpiew to jest … metafizyka. Sprowadzenie zaś śpiewu do szeregu technicznych rad o „masce”, „wysokim podniebieniu”, „języku”, „krtani”, jest bez sensu…

Ale przecież wszyscy jakoś związani ze śpiewem to właśnie głównie mówią…?

No, to przykro mi bardzo, …ale wszyscy się mylą.

Czytaj więcej: Wywiad z Piotrem Beczałą - część pierwsza

Wywiad z Piotrem Beczałą - część druga

Czytaj pierwszą część wywiadu z Piotrem Beczałą
Wywiad w wersji angielskiej Great Britain flag

 

 

O tym dlaczego śpiewacy marzą o mieczu, o pułapkach teatru reżyserskiego, o nauce śpiewania, dla której nie ma końca, o magicznych momentach w operze, o rzucaniu piłeczką do celu, byciu piekarzem i śpiewaniu Otella, o tych i o wielu innych jeszcze ważnych sprawach opowiedział Piotr Beczała w wywiadzie dla opera.info.pl udzielonym Beacie i Michałowi Olszewskim w Wiedniu 3 grudnia 2012 roku.

Uwaga wywiad składa się z niezależnych części - pierwszej i drugiej.

Katarzyna i Piotr Beczałowie - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Państwa Beczałów
Kliknij, aby powiększyć...

A rola dyrygenta? Obserwujemy z niepokojem, że narasta zjawisko ograniczania liczby prób z całą orkiestrą lub co gorsza, w skrajnych przypadkach, rezygnowania w ogóle z takich prób. W tych przypadkach, próba generalna jest jednocześnie… premierą. Sami mieliśmy okazję widzieć już pierwsze w danym sezonie przedstawienia w renomowanych teatrach operowych, w których brali udział bardzo sławni i doświadczeni w tym repertuarze śpiewacy, którzy zachowywali się tak jakby pierwszy raz w życiu występowali na scenie operowej. Wpatrzeni w dyrygenta, ignorujący wzajemnie swoją obecność na scenie i śpiewający jakby niedokładnie to samo, co gra orkiestra. Dość upiorne doświadczenie….

Dyrygent musi uczestniczyć w tym, co się dzieje na scenie. Jeżeli tego nie robi, to jest to duży problem, ponieważ dyrygent nie może "siedzieć tylko w orkiestrze" , gdyż wtedy faktycznie każdy na scenie „gapi się” na niego, by we właściwym czasie złapać każdy ruch jego pałeczki. Dyrygent powinien być jak Maestro Santi, który „jest z nami” na scenie permanentnie i nawet… z nami śpiewa. Powinna zawsze obowiązywać relacja – dyrygent przez śpiewaków „dociera” do orkiestry, a nie przez orkiestrę do śpiewaków. To tak powinno działać, bo orkiestra to ogromny instrument, który w dodatku siedzi plecami do sceny. To właśnie w tym miejscu rodzi się brak porozumienia i kompatybilności.

 

A mała ilość prób…?

Moim zdaniem, to nie zawsze musi przeszkadzać, jeśli dyrygent zna operę i może ją poprowadzić z zamkniętymi oczami. Problem polega na czymś innym. Pojawiło się mnóstwo dyrygentów, tak zwanych „shooting stars”, którzy nie wiadomo dlaczego znaleźli się w słynnych teatrach operowych, którzy nie potrafią ani „jeden”, ani „dwa” pokazać… Taki dyrygent jest tylko „przeszkadzajką”, ponieważ niestety orkiestra patrzy na niego, a nie na nas. Cały spektakl się wtedy sypie, bo dyrygent nie jest tym czym być powinien, czyli koordynatorem.

 

Kiedyś powiedział Pan w wywiadzie, że zdarza się Panu występować i śpiewając mieć wrażenie, że to nie Pan śpiewa, tylko że dokonuje się coś magicznego i metafizycznego, polegającego na tym, że przez Pana ten śpiew przepływa, że Pan w tym magicznym momencie pozwala mu po prostu trwać…. To są chyba te szczególne dla opery chwile, kiedy Pan staje się graną przez siebie postacią, a my na widowni wierzymy w to bez reszty. Kiedyś, tu w Wiedniu mieliśmy okazję wyznać Natalie Dessay po spektaklu „Traviata”, że nigdy nie przypuszczaliśmy wcześniej, że będziemy aż tak bardzo płakać w trakcie opery. Na co Pani Dessay odparła, „ja też nigdy nie sądziłam, że będę tak płakać na scenie”. No i tak to się wtedy zdarzyło, że wszyscy płakaliśmy w teatrze, i ci na scenie i my na widowni. Panie Piotrze, co to jest…?

To jest ten moment, dla którego wykonuje się ten właśnie zawód. Gdybyście Państwo zapytali mistrza świata Formuły 1, dlaczego on tak szybko jeździ, w dodatku runda po rundzie? Jego reakcje wówczas w dużym stopniu są podświadome. Podobnie jest z nami. W takich chwilach jesteśmy częścią czegoś niezwykłego, pewnego przepływu energii, który się właśnie w teatrze dokonuje.

 

Czy po takim głębokim, emocjonalnym doświadczeniu, można w ogóle spokojnie potem wrócić do domu, by położyć się i zasnąć?

Rzadko. Prawdę mówiąc, ja właściwie bardzo mało śpię po spektaklach…

Ale żeby doświadczyć tych szczególnych, magicznych momentów operowych, musi „zagrać” wiele elementów…?

Musi „zagrać” ogromna ilość elementów, ale przede wszystkim śpiewak musi być w zgodzie z postacią ,którą gra. Prawie nigdy nie można odczuć doskonałości sztuki operowej w inscenizacjach reżysersko kontrowersyjnych, bo cały czas musimy się w nich koncentrować na robieniu rzeczy, które mają mało, albo wręcz nie mają nic wspólnego z tym, co się śpiewa. W takich momentach nasza percepcja jest zupełnie gdzie indziej.

 

Ale wie Pan co, Panie Piotrze, widzieliśmy ostatnio słabego tenora w słabym przedstawieniu, któremu się na końcu wydawało, że był świetny, więc pozwolił sobie wobec publiczności na gest zwycięstwa, na ostentacyjny triumfalizm. Wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie…

Chyba wiem, o kim Państwo mówicie. To bardzo przykre zjawisko. Ten młody chłopak, który odniósł kilka lat temu sukces na Operaliach śpiewając w nich bardzo trudne i dramatyczne arie z pierwszej opery Pucciniego i mając wtedy 24 lata podobno poradził sobie z nimi. To jest taki południowoamerykański styl, w którym przed trzydziestką nie zważa się na higienę głosu i technikę. Bardzo to ekscytujące dla młodego człowieka , kiedy tak „pruje do przodu”, ale to się zazwyczaj niestety kończy w bardzo przykry dla niego sposób…

Chcą za szybko „dorwać się” do owego miecza?

Tak, tak… bo jak już mówiłem, na miecz trzeba sobie zasłużyć.

 

No tak, ale wie Pan, że dla młodych ludzi to Pan jest „niedzisiejszy”. Bo teraz obowiązuje taka zasada, że jeśli nie odniosłeś do trzydziestki spektakularnego sukcesu to jesteś „looserem”. Wydaje się, że takie właśnie podejście teraz dominuje?

Matematyka tenorowa jest bardzo prosta. Za Cavaradossiego dostaje się 20% gaży więcej niż za Tamina. Jednak bohatera „Toski” śpiewa się zazwyczaj tylko dwa razy w tygodniu, podczas gdy Taminem można być bez problemu cztery razy w tygodniu przez trzydzieści lat. Rachunek jest bardzo prosty. Po pięciu latach przedwczesnego śpiewania Cavaradossiego tracę głos i mam na kupce pewną ilość pieniędzy, gdy tymczasem po dwudziestu latach śpiewania lirycznego repertuaru zachowuję głos i mam kupkę wiele razy większą. Proszę mi wierzyć, nie ma nic bardziej przykrego, jak śpiewak bez głosu, a tych było już niesłychanie wielu. Część z nich, zbyt szybko chciała osiągnąć sukces…

Opowiemy teraz Panu historię, o której dokończenie poprosimy właśnie Pana. „Pewnego dnia, złośliwy, ale dość niewydarzony demon, zastąpił drogę Piotrowi Beczale. Kolego – powiada - mam deficyt złych uczynków, więc muszę odebrać Ci talent śpiewaczy. Ale widzisz, lubię Cię chłopie, więc nie tylko sprawię, że będziesz tak samo wielki, ale sam będziesz mógł sobie wybrać inną dziedzinę życia. Piotr Beczała pomyślał chwilkę i wybrał…” Panie Piotrze prosimy o dokończenie tej historii.

W Ameryce pewnie byłbym profesjonalnym bejsbolistą. Teraz pewnie byłbym już po karierze, cieszyłbym się posiadaniem owej „dużej kupki” i zapewne na jakimś college byłbym trenerem. Super robota ..(śmiech)

A Pan zna się na bejsbolu?

Nie, ale lubię rzucać piłeczkami do celu. Mógłbym również być zawodowym golfistą …

Ale to w Ameryce. A w Europie?

Piotr Beczała w roli piekarza - zdjęcie opublikowane dzięki uprzejmości Katarzyny i Piotra Beczałów
Kliknij zdjęcie, aby poiększyć...

Piekarzem…

Ale my pytamy na serio?

Poważnie. Ja naprawdę lubię piec… Zresztą, pewnie miałbym po jakimś czasie sieć piekarni. Co więcej, warto pamiętać, że Pavarotti był synem piekarza, Kiepura był synem piekarza i ja też przez dwa miesiące pracowałem w piekarni w trakcie studiów.

Panie Piotrze, czy rozmyśla Pan czasem o tym co będzie Pan robił za piętnaście lub dwadzieścia lat?

Na pewno będę uczyć. Może będę miał szkołę wokalną i co cztery lata będzie z niej wychodził jeden tenor umiejący śpiewać.

Myśli Pan o szkole w Wiedniu?

Nie wiem jeszcze, ale na pewno szkoła powinna funkcjonować tam, gdzie jest historyczne centrum muzyczne i oczywiście z tej przyczyny Wiedeń jako miejsce działania takiej szkoły bardzo się do tego nadaje.

Bardzo często rozmówcy pytają Pana o autorytety, o ludzi których Pan uważnie słuchał, by korzystając z ich mądrych rad, stawać się coraz lepszym. Pan w takich chwilach, oprócz opowieści o Dale Fundlingu, Nello Santiim czy Alexanderze Pereira, podkreśla rolę swojej żony Katarzyny, z której zdaniem zawsze Pan się bardzo liczy. Mamy wrażenie, że Pani Katarzyna o operze wie wszystko?

Ale ja wiem więcej… Żartuję oczywiście. Żona jest profesjonalistką. Jest obecna na większości prób, na każdym prawie spektaklu i zawsze wspiera mnie udzielając bezpośrednich, szybkich rad. Co więcej, Kasia również trzy lata studiowała u Dale’a, więc ma doskonale wyrobione pojęcie o ideale dźwiękowym. Nikt nie śpiewa perfekcyjnie cały czas. Mnie również zdarzają się momenty, kiedy próbuję wymyśleć jakiś inny sposób, coś kombinuję, szukam czegoś oryginalnego i wtedy żona trafnie interweniuje: „musisz uważać na to”, „bądź czujny w tym miejscu”, „zastanów się czy na pewno tak”, a nawet… ”wiesz co, z tym lepiej zadzwoń do Dale’a”. Krótko mówiąc Kasia jest zawsze „do bólu” szczera, za co ją ogromnie szanuję i bardzo cenię. Tym bardziej, że jestem świadomy, że Żona stara się mnie chronić, a jej intencje są zawsze bardzo dobre.

Kilka miesięcy temu Pani Katarzyna powiedziała nam, że zawsze była przekonana, że będzie Pan świetnym śpiewakiem w repertuarze francuskim. Wygląda na to, że wcale się Pańska Żona nie pomyliła?

Tak, bo w tym repertuarze są najlepsze i najpiękniejsze dla mnie role – Romeo, Faust, Des Grieux …

Ale najnowsza, nagrana już przez Pana płyta poświęcona jest Verdiemu? O kontrakcie z Deutsche Grammophon i płycie poświęconej twórczości Richarda Taubera ostatnio bardzo dużo się mówi, a na temat tej płyty nie wiadomo praktycznie nic. Czy może Pan nam uchylić rąbka tajemnicy jaka ta płyta będzie?

Na płycie znajdzie się aria „Parmi veder…” z Rigoletta, będzie duży duet z panią Ewą Podleś – cała scena Manryka i Azuceny z drugiego aktu „Trubadura”, to jest piętnaście minut śpiewania. Będzie „Ah Si Ben Mio” również z Trubadura, następnie scena z „Les vêpres siciliennes”, czyli francuskiej wersji „Nieszporów sycylijskich”, kolejno „Traviata” i „ Aria i Canaletta”, „Makbet”, „Bal maskowy”, „In Gemisco” oraz duet z Mariuszem Kwietniem z „Don Carlo”.

Będzie „Otello”?

Nie, nie będzie „Otella”… (śmiech)…

Czytaj więcej: Wywiad z Piotrem Beczałą - część druga

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich stosowanie na stronach opera.info.pl Czytaj więcej…

Rozumiem i akceptuję

To My

Szanowni Państwo,

W związku z wprowadzeniem nowych regulacji w polskim prawie, jesteśmy zobowiązani poinformować Państwa jako Czytelników i Uzytkowników serwisu opera.info.pl, że nasze strony wykorzystują technologię plików cookies (po polsku "ciasteczek"), podobnie jak praktycznie wszystkie inne serwisy internetowe na świecie.

Informacje zapisane za pomocą cookies są wykorzystywane w celach statystycznych oraz w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych preferencji naszych Użytkowników. Stosowanie cookies jest niezbędne, aby serwis opera.info.pl mógł dostarczać treści i funkcjonalności w zaprojektowanym zakresie. Każdy Czytelnik lub Użytkownik opera.info.pl może zmienić ustawienia dotyczące technologii cookies, dostosowując konfigurację programu internetowego, za pomocą którego korzysta z zasobów internetu, do własnych wymagań. Dla ułatwienia podajemy poniżej adresy stron interentowych, z których możecie Państwo dowiedzieć się jak modyfikuje się ustawienia w przeglądarkach, z których zazwyczaj korzystacie:

Firefox - włączanie i wyłączanie obsługi ciasteczek;

Internet Explorer - resetowanie ustawień programu Internet Explorer;

Chrome - zarządzanie plikami cookie i danymi stron;

Opera - ciasteczka;

Safari - manage cookies;

Korzystanie przez Państwa z serwisu internetowego opera.info.pl (zgodnie z naszą Polityką prywatności) oznacza, że wyrażają Państwo zgodę aby cookies były zapisywane w pamięci wykorzystywanego przez Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami Państwa przeglądarki.

Beata i Michał opera.info.pl

 

gb bigThis is information about cookies technology being used by opera.info.pl You always may change your settings. If you continue without it we'll assume that you accept all cookies on our website :)